Kosmetyki ANTI-POLLUTION to kosmetyki antysmogowe, które działają przeciw zanieczyszczeniom. Wiadomo jak jest w mieście, zwłaszcza w okresie zimowym, kiedy ludzie na potęgę zaczynają ogrzewać swoje domy Bóg wie czym. Nie wiem jak u Was, ale u mnie na osiedlu są dni ( te bez wiatru) kiedy dosłownie nie da się żyć. Nie można nawet uchylić okna, bo w domu czuć po prostu smród. A co dopiero wyjść na dwór - połykać to wszystko i wystawiać buzie na tak szkodliwe działanie.
Laboratoria Vichy, opracowały taką pielęgnację, dzięki której możemy zminimalizować działanie negatywnych czynników na naszą cerę.
To taki krem-maska, który stosujemy na noc. Krem poprawia dotlenienie naszej skóry i wspomaga jej regenerację w ciągu nocy. Rano skóra jest znacznie bardziej nawilżona i gładsza w dotyku. Krem ma też właściwości, które opóźniają oznaki starzenia. Wpływa pozytywnie na takie drobne zmiany skórne, jak delikatne zmarszczki, zmęczenie na twarzy, poszarzała cera. Myślę, że mogę śmiało powiedzieć, że również nieco ujędrnia, jeśli mamy do czynienia z utratą jędrności np. w okolicy policzków czy brody.
Krem możemy zastosować na dwa sposoby.
Pokazywałam Wam kiedyś swoją wodę termalną od Vichy - możecie też spryskać nią twarz po zastosowaniu maski, ale pamiętajcie, że po takim zabiegu, po ok. minucie również trzeba zebrać nadmiar wacikiem, a właściwie tak lekko dotykać wacikiem twarzy, żeby nie była mokra.
Krem nie należy do tanich, ale ja jestem akurat kosmetyczną minimalistką - lepiej drożej, ale mniej. Mam kilka sprawdzonych kosmetyków i coraz większą wagę przywiązuję do dbania o swoją cerę. Pamiętacie tekst z 10 rzeczami, za które podziękuje Wam Wasza skóra? Od tamtej pory wciąż mam na półce ciągle te same kosmetyki.
W kosmetykach mocno doceniam składniki naturalne, nawet jeśli kosmetyk w 100% nie jest naturalny. Krem Slow Age Night ma w swoim składzie cenny składnik jakim jest... resweratrol. To właśnie on odpowiada w kosmetyki za właściwości przeciwstarzeniowe. Ma działanie antyoksydacyjne, wygładza skórę i chroni ją przed negatywnym wpływem środowiska.
Oczywiście, że sam krem to nie jest recepta na całe zło. Jeśli problem zanieczyszczeń w Waszym mieście jest naprawdę duży, warto pomyśleć o dodatkowych rozwiązaniach takich jak kupienie maseczki antysmogowej. To dobra rzecz, zwłaszcza dla dzieci, dla których smog jest najbardziej niebezpieczny. Pamiętajcie o piciu dużej ilości wody ale przede wszystkim pamiętajcie o tym, by samemu nie przyczyniać się do pogarszania jakości naszego powietrza.
Dbajcie o siebie ludziska i dajcie koniecznie znać, czy też stosujecie kosmetyki antysmogowe czy może usłyszeliście o nich pierwszy raz :) Do zobaczenia!
Jakiś czas temu podjęłam współpracę z kliniką La Perla w Warszawie. To już trzecia klinika w Warszawie, z której usług zaczęłam korzystać. W poprzednich klinikach korzystałam z ukochanej enermologii, na którą mogłabym chodzić non stop, gdybym tylko miała czas i pieniądze. Korzystałam też z mikrodermabrazji, karboksyterapii i zabiegów Vela Shape. Wszystko jak dla mnie na plus. Może dlatego, że zwyczajnie lubię takie rzeczy. Dają mi one jakieś poczucie, że robię coś dla siebie, że się o siebie troszczę. Wizyty w takich klinikach to zawsze najlepszy patent na odprężenie i poczucie się "jakby luksusowo" cytując polski film ;)
W Klinice La Perla, chciałam doświadczyć czegoś innego. Wypróbować to, co cenią sobie inni. Dlatego moim pierwszym pytaniem do dziewczyn z La Perla było pytanie, na co teraz jest największy szał - no i w odpowiedzi usłyszałam: Indiba! A że ja ufam innym i zawsze zdaję się na ludzi pracujących w zawodzie, to powiedziałam: no czemu nie...
Indiba to zabieg, który szybko i trwale ujędrnia skórę. Poprawia owal twarzy, redukuje zmarszczki. Indibę możemy stosować na całe ciało czyli np. podnieść sobie pośladki, zredukować cellulit czy rozstępy. Indiba jest też świetna w pracy nad świeżymi bliznami, w walce z trądzikiem czy w stanach zapalnych skóry.
Zabieg nie jest inwazyjny i bolesny. Działa w sposób zgodny z naszą fizjologią, a mianowicie stymuluje nasze tkanki do odbudowy na poziomie komórkowym. Indiba działa dzięki technologii Deep Care czyli wykorzystywaniu fal radiowych. To one własnie stymulują potencjał elektryczny tkanek.
Przed zabiegiem za plecy wkłada się taką podgrzaną, dużą "płytkę", na której leżymy przez cały zabieg. Twarz najpierw myje się żelem do mycia twarzy, a następnie smaruje się kremem. Dzięki temu głowica sprzętu lepiej przemieszcza się po twarzy i lepiej przewodzi radiofrekwencję. Podczas ruchów głowicy, czuć na twarzy delikatne ciepło ( coraz większe) ale jest to uczucie meeega przyjemne i odprężające. No i łatwo zasnąć ;) Indiba świetnie niweluje zmarszczki wokół oka i ujędrnia te delikatne okolice. Działa też na opadającą powiekę. Na oku działa się w ten sposób, że osoba wykonująca zabieg, kładzie sobie odrobinę kremu na swoją rekę i do swojej ręki przykłada głowicę - a oko masuje się tylko PALCEM, który przewodzi ciepło - niesamowite! Gałki ocznej nie można przegrzewać, a w ten sposób uzyskuje się odpowiednią temperaturę.
Po zrobieniu jednej połówki twarzy, przerwałyśmy na chwilę zabieg, żeby zrobić małe porównanie. I to było genialne. Połowa twarzy, która była po zabiegu była w dotyku znacznie jędrniejsza i sprężysta niż ta, na której jeszcze nie działałyśmy. Natomiast po całym zabiegu, cała buźka była już ujędrniona, kości żuchwy, kości policzkowe bardziej uwydatnione. Jak na JEDEN zabieg, efekt jest naprawdę świetny. I to nie tylko moja opinia, ale po moim InstaStories, dziewczyny pisały, że rzeczywiście buzia wygląda inaczej i ma taki ładniejszy "kontur" :)
W Indibie fajne jest to, że jest ona dla każdego. Zazwyczaj w takich zabiegach, są różne przeciwwskazania i sporo osób np. z nowotworami czy nawet z chorobami autoimmunologicznymi jak moja, należy do grona "wykluczonych" i na zabieg się po prostu nie kwalifikuje. Tutaj czegoś takiego nie ma. Indiba jest dla każdego.
Jak dla mnie - mocne 8/10. Czemu nie 10? Po pierwsze cena, po drugie... no mnie trzeba mocno zaskoczyć i nie wiem czy cokolwiek zasłuży kiedyś na 10 - ale może się niebawem przekonam. Do Kliniki La Perla mam w planach zawitać jeszcze kilka razy. Nie wiem szczerze mówiąc na co się zdecyduję. Na pewno chciałabym wypróbować coś nowego i móc Wam to pokazać. Myślę o jakimś ciut bardziej inwazyjnym zabiegu na twarz celem zmniejszenia porów, ale ... to się jeszcze okaże :) Póki co, zapisuję się na konsultację i mam nadzieję, że kolejne zabiegi będą równie efektowne co ten, który Wam dzisiaj pokazałam. Dziękuję Klinice La Perla, a zwłaszcza osobom pracującym w punkcie przy ulicy Wilczej - jesteście cudowne dziewczyny! :)
Jest kilka rzeczy, które mnie uspokajają i wyciszają. Najważniejszą z nich jest pobyt w kościele. To działa na mnie najbardziej. Pobyt w kościele ( byle nie na Mszy dla dzieci! ) jest dla mnie lekiem na całe zło. Zaraz po tym, na mojej liście uspokajaczy znajdują się książki, mantry, relaksacyjna muzyka, świecie i gorąca kąpiel. Całe szczęście, wszystkie z wymienionych można ze sobą połączyć w jedno.
W moim domu, mam swoje prywatne, domowe SPA. Mówcie co chcecie - wcale nie trzeba się nagimnastykować, żeby sobie takowe u siebie urządzić. Wystarczy odrobina chęci, kilka prostych ruchów, kilka minut na przygotowanie - efekt jest tak nieziemski, że mogłabym na przygotowanie czegoś takiego poświęcić nawet godzinę. I też byłoby warto.
Kiedyś nie umiałam radzić sobie ze swoimi negatywnymi emocjami. Uciekałam się do głupich rzeczy, które przynosiły ukojenie jedynie na chwilę. Od kilku lat zgłębiam tajniki pozytywnego myślenia, metod oddychania i czerpania z życia wszystkiego co najlepsze. Zsynchronizowałam się z samą sobą i nauczyłam się słuchać swojego organizmu. Dziś wiem, że wiele z naszych schorzeń, lęków czy stresów, można wyleczyć i zwalczyć naturalnie - najważniejsza jest jednak siła woli. Gdyby ktoś mi kiedyś powiedział w stresującej sytuacji: weź idź się wykąp, zapal sobie świecę, wycisz się - to bym go obśmiała. Niestety, ale wyśmianie to najczęstsza reakcja na coś czego nie rozumiemy, czego nie znamy. Powierzchowna wiedza nie pozwala nam zrozumieć tematu. A wystarczy chociaż spróbować...
Moje domowe SPA, to przede wszystkim atmosfera. Łazienka musi być czysta i nie mogą się w niej znajdować żadne rozpraszacze, pozwijane ręczniki, gumowe zabawki. Krok pierwszy to przede wszystkim wywalenie z łazienki wszystkich niepotrzebnych rzeczy, tak żebyśmy naprawdę mogli odpocząć w ciszy, spokoju i porządku. Następny krok, to że tak powiem: oczywista oczywistość. Żeby sobie przyjemnie poleżeć, nie ma bata - trzeba się w wodzie zanurzyć po samą szyję. A żeby było w tej wodzie "przytulnie" to trzeba się jeszcze w dodatku przykryć pianą. Obecnie nie mam żadnych soli do kąpieli, ale i na to przyjdzie pora. Póki co, starcza mi zwykły płyn.
Ogólnie, preferuję ciszę. Ale zauważyłam, że kiedy jestem w wannie, to cisza wręcz mnie rozprasza. Z kolei przy muzyce - rozpływam się. Wystarczy wpisać na You Tube "meditation music" i w sekundę wyskoczą Wam setki propozycji. Niektóre melodie, mają dziesiątki milionów wyświetleń i tysiące komentarzy w różnych językach, w których ludzie opisują jak zbawiennie te melodie działają na nich, ale też na ich życie! Jeśli chodzi o świecie - zapachowe, lub bez zapachowe - decyzja należy do Ciebie. Wpatrywanie się w płomień świecy to rodzaj medytacji, który niesamowicie uspokaja i redukuje stres. Możecie spróbować od wpatrywania się przez minutę, dwie, a z każdą kolejną kąpielą pomału możecie wydłużać ten czas, aż dobijecie do 10 minut. Taki rodzaj medytacji niesamowicie pomógł mi w zeszłym roku, w jednej z bardziej stresujących sytuacji jakie miały miejsce w moim życiu.
Podczas kąpieli , warto wybrać jakąś lekką lekturę, przy której nie trzeba zbytnio myśleć, która działa na nas kojąco. Dla mnie taką pozycją, wciąż jest Manufaktura Codzienności, po którą sięgam zawsze, kiedy dopada mnie nawet delikatny stres. Kilka wersów i wszystko wkoło zdaje się być bardziej przyjemne... Nasze domowe SPA, nie ma już konkurencji, na stówę!

Nie od dziś wiadomo, że jednym z najlepszych przyjaciół kobiety, są maseczki i inne cuda, dzięki którym jesteśmy piękniejsze. Domowe SPA, nie mogłoby istnieć bez rytuału oczyszczania twarzy, a po kąpieli, wklepywania w nią kremów. Opowiadałam Wam wczoraj, że jakiś czas temu, odezwała się do mnie dziewczyna, z którą współpracowałam przy okazji wnętrzarskiego projektu, rok temu. Tym razem, odezwała się jako część tematu KOI cosmetics. Wobraźcie sobie, że razem z mamą i siostrą, otworzyły rodzinny biznes i zajęły się produkcją i sprzedażą swoich naturalnych kosmetyków. Bajka, co?! Klaudyna wysłała mi kilka kosmetyków na próbę i do jakiś dwóch tygodni, jestem tak bardzo nimi zajarana, że dla podbicia efektu ich stosowania, praktycznie przestałam się malować.

Kosmetyki są obłędnie zapakowane. Dziewczyny ręcznie pakują wszystkie prezenty, paczuszki i pudełka w swoim małym biurze w Warszawie. Kosmetyki produkują pod Warszawą. Wszystko wymyślają i tworzą same! I w takiej rodzinnej, przyjaznej atmosferze... A wiecie co jest najciekawsze? Że na pomysł KOI wpadły z dwóch powodów: niezadowolenia z sieciówkowych kosmetyków i zbyt wysokich cen dobrej jakości kosmetyków naturalnych. Co więc zrobiły? Stworzyły własne. Genialne, co nie? Takim oto sposobem, tworzą dobrej jakości kosmetyki, które można kupić w naprawdę dobrej cenie. Serio, kiedy na początku zerknęłam zobaczyć co takiego te dziewczyny tworzą, byłam pewna, że za moment wyskoczą mi ceny ok. 200 zł za jeden produkt. A ceny są znacznie niższe...
Tym wspaniałym trzem kobietom należą się ogromne brawa. Stworzyły świetną linię łagodzącą-nawilżająca i w planach mają dużo, dużo więcej.
"Plany na przyszłość? Właśnie jesteśmy w fazie tworzenia kolejnych produktów, olejków, hydrolatów, maseczek, a być może nawet pojawi się płyn micelarny do demakijażu. Staramy się bardzo aby nasze kosmetyki były z najlepszych składników i świetnej jakości. Lubimy, jak jest w nich dużo olejków, m.in. z awokado, oliwek, masło shea itd. Przy naszych kosmetykach już od pierwszego użycia czuć, że działają.Najciekawszy produkt? Naszym zdaniem eliksir. Jest genialną bazą pod krem, dzięki której nie ma szans na uczucie suchości czy ściągnięcia skóry. Kwas hialuronowy świetnie nawilża i przez cały dzień skóra jest miękka i gładka. Dodatkowo jest to produkty tylko wodny, a wielu takich nie ma na rynku."
Pewnie zastanawiacie się, co takiego stosuję ja. Ja akurat stosuje póki co 3 produkty: tonik z nanozłotem, krem pod oczy i dwufazowe serum. Z racji, że zmarszczek pod oczami nie mam, to oczywiście faworytami jest tonik i serum. Chyba po raz pierwszy tak bardzo uzależniłam się od jakiegoś kosmetyku - stosuję dosłownie codziennie i mało tego - sprawia mi to przyjemność. Tonik jest taki fajny, orzeźwiający i przemywam nim buzię rano i wieczorem. Serum nakładam na twarz wieczorem i lekko go wmasowuję w buzię.



Miałam dla swojej mamy uszykowany cudowny zestaw idealny na prezent, ale stwierdziłam, że lepiej domówię jej jeszcze jeden, a ten zostawię sobie no i przy okazji go Wam pokażę. Nic jeszcze z niego nie testowałam, więc żeby w tych "testach" nie być samotną, dwa takie zestawy rozdam wśród Was.
Wystarczy, że pod tym postem konkursowym na blogu, napiszecie mi bez czego nie wyobrażacie sobie swojego domowego SPA. Liczę na luźne i proste odpowiedzi, bez wierszy i poematów :)
Bawimy się calutki tydzień, czyli do końca dnia 16 maja. Chciałabym, żeby przesyłki dotarły do Was przed dniem mamy, bo taka nagroda to prezent idealny na to właśnie święto - i nie tylko.
W zestawie znajduje się herbatka ziołowa, eliksir i krem ultra nawilżający. Wszystko jest obłędnie zapakowane i myślę, że jako prezent dla mamy, siostry czy przyjaciółki, nada się idealnie!
Dziękuję wszystkim za udział w zabawie! Nagrody lecą do komentarzy autorstwa: Magand06 ; Klaudia Młotkiewicz i Katarzyna Niemyjska - swoje adresy wraz z numerem telefonu, wyślijcie mi proszę na adres e-mail: alicja.wegner.blog@gmail.com
Dziękuję za zabawę, gratuluję wygranym, a reszta niech się nie zniechęca - wkrótce kolejne nagrody do wygrania ! : )




Na koniec zapraszam Was do obejrzenia kilku kadrów przedstawiających moje domowe Spa. Mam nadzieję, że wpis Was trochę natchnie i następnym razem jak mąż albo dzieci wyprowadzą Was z równowagi - spróbujecie mojego prostego sposobu i doświadczycie na własnej skórze jego zbawiennego działania. Na ciało i duszę :)









Potrzebowałam naprawdę poświęcić sobie czas, by zrozumieć, że to ja sama dla siebie powinnam być najważniejsza. By nie zwariować i nie dać się zmieść z powierzchni ziemi przez szalejący huragan w moim życiu, musiałam jak nigdy dotąd skupić się na medytacji, mantrach, ale także drobniejszych przyjemnościach. Wiecie... takich, które nie wymagają jakiegoś wielkiego zachodu, a jednak sprawiają, że czujemy się jakoś tak błogo. No bo kto nie lubi się tak czuć, co kobietki? Wiecie, że jestem takim człowiekiem, który nie czerpie żadnej przyjemności z mega fajnych rzeczy, jeśli nie śle ich dalej w świat. No bo jaka to do jasnej cholery frajda, jeśli układamy sobie swoje klocki najpiękniej jak umiemy, a nie pokazujemy innym jak osiągnąć podobny efekt, hmmm? ;) Więc z ogromną radochą, chciałabym Wam przekazać te wszystkie drobnostki, które sprawiły, że listopad mimo szarości i deszczu za oknem, próbującymi wdzierać się do mojej duszy - pozostanie mimo wszystko w mojej pamięci niesamowicie radosny i spokojny.
Przede wszystkim postawiłam na uzdrawiającą mantrę RA MA DA SA, która automatycznie mnie uspokaja i sprawia, że wszystko co złe, zdaje się nagle jakoś słabnąć w moich oczach, przestaje mieć znaczenie. Mantrę możecie odnaleźć na YT, a na blogu Agnieszki Maciąg, macie dokładne instrukcje w jaki sposób należy ją śpiewać, w jakiej pozycji itp. Mantry mają silne działanie i realny wpływ na nasze życie i naszą duchowość. Kiedyś totalnie nie interesowałam się takimi rzeczami, a moja niewiedza kwitowała wszystko tego typu słowem: ściema. Miałam lat naście, można mi wybaczyć :P Pamiętam, że kiedy pierwszy raz, rok temu, włączyłam sobie powyższa mantrę na słuchawkach, cała drżałam, a z oczu leciały mi meeega wielkie łzy. Dziś mantry wyzwalają we mnie jedynie błogie uczucie spokoju i cudowne uzdrowienie mojej duszy. To coś, czego nie byłam w stanie pojąć, póki tego nie spróbowałam i nie poczułam na własnej skórze! Naprawdę, musicie tego spróbować! Wczujcie się i same zobaczycie, że to naprawdę jest jakiś kosmos, magia !!! Postaram się kiedyś napisać o tym osobny wpis - dajcie znać, czy ten temat Was w ogóle interesuje :)
Mantry mantrami, ale to o co pytacie najczęściej to książki. A listopad to przecież najlepszy miesiąc na książki czytane pod kocykiem! Cały instagram Wam to powie! No więc nie odstaję od reszty i czytam książkę za książką. W listopadzie zainwestowałam wreszcie w książkę Reginy Bret, pt: " Bóg nigdy nie mruga" no i... okazała się idealną literaturą na ten niezwykle ciężki i wymagający czas. Wpasowała się w moją sytuację życiową IDEALNIE. Wiecie, że książki tego typu mają szczególne znaczenie w moim życiu, bo to właśnie dzięki wiedzy w nich zawartych, jestem tu gdzie jestem. Po raz kolejny uzmysłowiłam sobie, że droga, którą zmierzam jest dobra. Że warto pomimo wszystko czerpać z tego życia najmocniej jak się da, nawet jeśli los nie jest dla nas szczególnie łaskawy... Zawsze dziwi mnie podejście ludzi objawiające się tonem: ja tam nie wierzę, że książka może zmienić moje życie. No oczywiście, że książka sama w sobie nie zmieni niczyjego życia. Zmienić życie możemy jedynie my, wykorzystując np. właśnie wiedzę zawartą w danej książce. Te, które wybieram, nie przedstawiają żadnych nowoczesnych sposobów na życie. To nie są gotowe przepisy na to jak żyć. To uniwersalne prawdy, które stosowano już w czasach, o których my możemy jedynie czytać w Piśmie Świętym. To uniwersalne prawdy, które pokazują nam prawdziwy sens życia, pokazują nam to co najważniejsze. Po "Bóg nigdy nie mruga", automatycznie zabrałam się za kolejne dzieło Reginy czyli "Jesteś cudem", jestem już mniej więcej w połowie. Totalnie oczarowana i po raz kolejny naładowana pozytywną energią !!! Życzę takiej energii każdemu z Was, naprawdę! Ja jestem pod wrażeniem samej siebie każdego dnia. Bo o ile kiedyś moje zmiany były krótkotrwałe, tak teraz uzmysłowiłam sobie ( w obliczu problemów), że szczęście to mój styl życia. I jest we mnie nawet wtedy, gdy wszystko wokół się wali. To jest tak cholernie piękne!
Mówiłam Wam ostatnio na InstaStories, że od jakiegoś czasu mam totalnego bzika na punkcie dbania o siebie, swoje ciało, swoją urodę. O ile jako nastolatka wolałam towarzystwo kumpli i nie rozumiałam tych rozmów koleżanek o kosmetykach - tak teraz, zaczynam to naprawdę solidnie nadrabiać. Lubię być kobietą, lubię kosmetyki, lubię testować nowości. Po prostu lubię o siebie dbać i podoba mi się to coraz bardziej. Wklepywanie maseczek i smarowanie się balsamami kiedyś było dla mnie najgorszą karą - no lepiej mnie obierzcie ze skóry, niż każcie mi wklepywać w siebie jakieś mazidła!!! Dzisiaj ... inna bajka ! Te wszystkie balsamy i inne cuda to dla mnie przekozacka i niesamowita przyjemność, w której nareszcie jestem systematyczna.
Hity, które przetestowałam w listopadzie to nowości od Hello Body (dżiiiizaasss, kocham! ) - maska do włosów Coco Shine, balsam do ust Coco Rich oraz krem do twarzy na noc Coco Soft. Tym oto sposobem moja rodzinka Hello Body powiększyła się i na pewno będzie się jeszcze powiększać. O kosmetykach od HB pisałam Wam już we wpisie #hityinternetu - kosmetyki Hello Body. Jeśli chodzi o nowości czyli maskę do włosów - jest to absolutnie HIIICIOR, który powinna przetestować każdy z Was. Niesamowite odżywienie dla włosów, które po odżywce są lśniące, gładkie i naprawdę zdrowo wyglądają. Odkąd ścięłam włosy, mam naprawdę bzika na punkcie ich pielęgnacji! Krem do twarzy stosuję systematycznie od jakiś dwóch tygodni, ale nie będę Wam tutaj opowiadać o rewolucji w wyglądzie mojej twarzy, bo moja cera jest w dobrej kondycji już od kilku miesięcy. Krem na pewno świetnie nawilża i rano spokojnie mogę wyjść bez makijażu z domu. Nie wiem ile będzie mi jeszcze dane go używać, bo zabierają mi go wszyscy domownicy. F. regularnie wklepuje krem przed pójściem spać, Pola to sama nie wiem kiedy mi to zabiera, ale ciągle krzyczy : "Mamo! To tak pięknie pachnie! Jak kokosowe lody!" - no dacie wiarę? Niespełna 4latka? Co to będzie jak będzie nastolatką... kosmetyki będę chyba trzymać w sejfie. A, że F. podkrada to chyba jednak największe zdziwienie. Bo podkrada mi jeszcze balsam do ust. No to jest dopiero sztosik. RE WE LA CJA! Nigdy chyba nie miałam tak cudownie nawilżonych i mięciutkich ust. Jeeezu i to wszystko jeszcze tak bosko pachnie! Na hasło MAMALLA20 mam dla Was zniżkę 20% na wszystko od Hello Body. Niebawem postaram się rozdać jakiś zestaw wśród Was, żebyście mogły poczuć na własnej skórze, że to jest naprawdę warte swojej ceny :) Swoją drogą, uwielbiam Wam rozdawać prezenty, no kocham!
No i tak już pomału kończąc. Wiecie... staram się w miarę zdrowo odżywiać, ale natury nie oszukam. Czekolada to moja druga połówka. Można wziąć ślub z czekoladą? Bo słyszałam, że ludzie biorą śluby z jakimiś różnymi dziwnymi rzeczami. Ja mogłabym właśnie z czekoladą. O ile ktoś mnie już nie ubiegł. To z czym w listopadzie nie rozstawałam się na krok, to zdecydowanie mój the best of the best... boski napój poprawiający humor natychmiastowo czyli CHOCO DREAM! Można na ciepło, można na zimno... jedno jest pewne - można czekoladowo i zdrowo. A to chyba spełnienie marzeń wszystkich z nas, co nie? Co prawda w listopadzie stosowałam dużo więcej produktów od NM na przykład Diet Caps, przed każdym posiłkiem, Fit Caps po posiłku lub przed treningami i oczywiście moje ukochane herbaty i szeeeejki zwłaszcza o smaku wanilii i kokosu. Ale Choco Dream w jesienną aurę wpasowuje się najbardziej. Kakao jest wegetariańskie, bez dodatku laktozy i glutenu i bez dodatku... cukru!!! Wszystkie moje czytelniczki są zauroczone produktami od Natural Mojo i ja się im wcale nie dziwię ;)
Nadal mam dla Was zniżkę 25% na wszystko od NM - hasło MAMALA25, ale DZISIAJ do godziny 23:59 możecie też wykorzystać kod BLACKTUESDAY, dzięki któremu przy zakupie za min.250 zł, dostaniecie zestaw 3 herbatek gratis :)
Oczywiście nie mogłam pominąć mojego pierwszego w dorosłym życiu... swetra! Jest cudowny, typowo jesienny, ciepły no i szary! Trochę to dziwne, ale mimo, że w mojej duszy jest milion pięćset kolorów, to jeśli chodzi o ubrania czerń i szarość nie mają dla mnie konkurencji! Zawsze wydawało mi się, że takie swetry to wiecie... mało kobiece itp. Ale jak się kobiecość swoją czuje, to się nią emanuje nawet w worku, co nie? Dostałam o ten sweterek sporo zapytań, a to nic innego jak zaaaara. Nie że zara Wam powiem, tylko ZARA :P ( ale suchar )
Ha! To co najważniejsze, zostawiłam na sam koniec. Chyba największą listopadową przyjemnością, a właściwie nie chyba, a na pewno, była dla mnie noc, kiedy miejsce miał... nów księżyca. Byłam co prawda totalnie rozłożona na łopatki, chora i kaszląca jak gruźlik, ale że rodzinka szybko zasnęła, a ja w końcu trafiłam na ten nów ( sobotni wieczór), postanowiłam jak najlepiej wykorzystać energię :) Nów księżyca to bardzo silna energia. ( ta to je nawiedzona dopiro). To właśnie podczas nowiu powinniśmy siać w głowie i na kartkach swoje marzenia. Rozpaliłam więc świeczki, włączyłam wspomnianą na początku wpisu mantrę i otworzyłam swój magiczny notatnik o tytule " Amazing things can happen" - to takie w moim stylu, prawda? ;) No i wzięłam długopis do ręki i zaczęłam... marzyć. Na dwóch kartkach, drobnym druczkiem, zapisałam jak wygląda moje wymarzone życie. Zapisałam to w czasie teraźniejszym, jakby już tak wyglądało. Poruszyłam wszystkie kwestie. Związku, rodziny, relacji z ludźmi, pracy, pasji, wyglądu, samopoczucia. Tworzę takie wizualizacje od jakiś dwóch lat i to naprawdę niesamowite, ale wszystko się spełnia, wszystko co zapisuję, zamienia się w rzeczywistość! Afirmacje to nie jest jakiś wymysł dzisiejszych czasów, to coś o czym warto poczytać i się w to zagłębić, jeśli w naszym życiu nic nie zmienia się na lepsze. Wszystkie takie "metody" ograniczają się jak dla mnie do jednego stwierdzenia - jesteśmy tym, czym są nasze myśli. I tyle w tym temacie moi drodzy!
Nieważne jakie problemy Was napotykają, jaka jest Wasza sytuacja życiowa - starajcie się szukać pozytywów we wszystkim i dążcie do zmiany swojego nastawienia. W życiu można wybrać dwie drogi: być szczęśliwym, lub być nieszczęśliwym. Wybór należy do Ciebie. Pamiętaj! Czasem wystarczy zmienić jedynie perspektywę... a wtedy nawet smutny listopad, który prawie zmiótł mnie z powierzchni ziemi, może okazać się piękny. Ściskam Was serdecznie, wysyłam moc energii i z niecierpliwością czekam na Wasz "znak"! :*
Moje problemy z cellulitem to coś z czym zmagałam się od lat. Gwałtowne utraty wagi spowodowane chorobą, potem nagłe skoki wagi w górę. Dodajmy do tego olanie zasad zdrowego żywienia i kompletny brak zainteresowania kondycją swojego ciała - i oto mamy nogi pokryte szpecącym cellulitem. Jak zlikwidować cellulit? To pytanie spędzało mi sen z powiek.
Ponoć niektórym kobietom on nie przeszkadza. Wygląd nie jest najważniejszy, ale zdecydowanie lepiej i pewniej czuję się w ciele, które lubię. Kocham swoją bliznę po cesarce, bo jest ona dla mnie sentymentalna. Cellulit - nie. Mogę śmiało powiedzieć, że był on wynikiem mojego lenistwa i pociągu do niezdrowego jedzenia. Napoje gazowane w młodości i tony chipsów zrobiły swoje. Choć wciąż na tylnej części nóg mam kilak dziurek, to jednak to jak było, a jak jest to niebo a ziemia...
Nawet kiedy intensywnie ćwiczyłam i stosowałam różnego rodzaju specyfiki - cellulit był nie do pokonania. Postanowiłam spróbować czegoś jeszcze. Jakieś trzy miesiące temu postanowiłam odpowiednio przygotować się do lata i rozpoczęłam sesje zabiegów w Klinice Murano. Wybrałam zabiegi endermologii i karboksyterapii. Niedawno zakończyłam oby dwie sesje i... TAK! Tak, tak, tak. Warto o tym mówić i polecić to innym...
Nie raz słyszałam: Ala po co Ci to? Przecież jesteś zgrabna, szczupła. Kochani - widzicie tylko zgrabne ciało pod ubraniem, ewentualnie z odsłoniętym brzuchem. Nie widzicie mnie na żywo, z bliska, bez ubrań. Cellulit to okropna menda, ale całe szczęście nie widać jej przez jeansy. Mam lustro i uda pokryte dziurami, które widziałam nie były moim wymysłem. Przejdźmy jednak do konkretów.
ENDERMOLOGIA
Tego zabiegu będzie mi brakować. Już mi go brakuje. Od zawsze uwielbiałam intensywne masaże i sama podsuwałam mojemu F. przeróżne rollery, którymi miał rozbijać mi mój cellulit na nogach i pośladkach. Ta intensywność była dla mnie zawsze fajna, bo czułam, że coś się tam dzieje. Że coś się tam rzeczywiście może rozbić. Podobne uczucie dały mi zabiegi endermologii. Zabieg ten ma za zadanie wymodelować sylwetkę i ujędrnić skórę. Jest to jedna z najskuteczniejszych metod walki z cellulitem! Zabieg ten jest całkowicie bezbolesny i w 100 % bezpieczny. Wykonuje się go na całe ciało. Czas trwania to ok 45 minut. Żeby zabiegi miały sens należy wykonać ich min. 10 , 1 do 2 razy w tygodniu. Zawsze po tym zabiegu było mi mało. Rewelacyjne odprężenie i wrażenie, że po zakończonym zabiegu nasze łydki są jakieś takie cieńsze, mniej obrzęknięte. Im mocniej urządzenie "zasysało" moją skórę tym bardziej czułam, że daje to efekt, szczególnie na pupie i udach. Więcej o zabiegu możecie poczytać tutaj.






KARBOKSYTERAPIA
Największy przełom w medycynie estetycznej. Zabieg polega na wprowadzaniu pod naszą skórę dwutlenku węgla. Samo ukłucie nie jest oczywiście bolesne. Moment rozchodzenia się dwutlenku węgla pod skórą jest z kolei... dziwny. Czuć takie charakterystyczne rozpieranie, czasem całkowicie bezbolesne, czasem jednak czuć lekki dyskomfort. Ja jestem jednak jedną z tych osób, które wiedzą doskonale, że ból to tylko wytwór naszej głowy. Wystarczy uwierzyć w to, że charakterystyczne rozpieranie jest tak naprawdę przyjemne i to lubimy i nagle okazuje się, że i podczas niego możemy się śmiać i rozmawiać. ( zupełnie jak podczas mojego porodu ;) ). O ile ja stosowałam karboksyterapię tylko w obszarze ud i pośladków, tak można ją zastosować nawet pod oczami, by usunąć denerwujące cienie! Zabieg ten przywróci Wam nawet jędrność wiotkiej skóry twarzy czy dekoltu. Jak to stwierdziłyśmy z P. Alą - osobą, która wykonywała mi zabieg: dwutlenek węgla jest dobry na wszystko! W przypadku karboksyterapii również wybrałam pakiet 10 zabiegów, wykonywanych raz w tygodniu. Dwutlenek węgla podawany jest przy pomocy oryginalnego urządzenia do karboksyterapii C.D.T. Evolution. Zapomniałabym - kiedyś karboksyterapię wypróbowałam również na moich obrzękniętych łydkach - efekt naprawdę był świetny. Ból i opuchlizna - jak ręką odjął.








 l


EFEKTY
Na efekty musiałam trochę poczekać. Przykładowo fałdki pod pośladkami zaczęły zmniejszać się mniej więcej po 6 zabiegu karboksyterapii. Musimy oczywiście pamiętać o tym, że zabiegi pójdą na marne, jeśli wciąż będziemy siedzieć na kanapie i jeść fast-foody. Z kolei łącząc sport z w miarę rozsądnym żywieniem i serią takich zabiegów - możemy się spodziewać naprawdę dużych efektów. Jak więc zatem z tymi efektami jest u mnie? Cellulit nie znikł do zera - to jest pewne. Niestety nie pilnowałam jakoś ściśle diety, zdarzały mi się grzeszki, a i sport nie był uprawiany codziennie. Jednak jak już wcześniej pisałam - kondycja mojego ciała przed zabiegiami, a po jest naprawdę zauważalna, zwłaszcza na tylnej części ud i pośladkach. Choć robiłam sobie zdjęcia to jednak zdjęcia tyłka jakoś nie idą w parze z moim zmysłem estetycznym stąd wpadłam na pomysł, że zrobię tego lata po prostu fajną estetyczną sesję w bikini w jakimś nadmorskim klimacie. Fotki z ręki własnych czterech liter, raczej nie byłyby tutaj na miejscu.
Że ja zauważyłam zmiany w swoim ciele - to zrozumiałe. Ale sporo z Was już po zdjęciach w krótki spodenkach z zoo, pytało czy takie efekty są właśnie po zabiegach?! Tak, są! Cellulit był moim największym wrogiem i kompleksem... Nie lubiłam swoich nóg i dostawałam drgawek na myśl o wrzuceniu na siebie stroju kąpielowego. Efekty po zabiegach dały mi jeszcze większa motywację, by swoje ciało teraz pięknie wymodelować i wyrzeźbić. Czy polecam? Zdecydowanie. A na endermolegię wybiorę się z pewnością jeszcze nie raz.
Podkreślać jednak będę na każdym kroku! ZDROWE ŻYWIENIE to podstawa! Nie możecie oczekiwać, że jakikolwiek zabieg zrobi za Was całą robotę. Ćwiczenia również nie dadzą nic, jeśli będziecie wcinać po nich pizzę i hamburgery. Jeśli wciąż zadajesz sobie to jedno pytanie. Jak się pozbyć cellulitu? To wiedz, że najpierw musisz zacząć od zmiany swojego życia. Potem dopiero możesz pomyśleć i zainwestowaniu kasy w tego typu zabiegi. Ja nie żałuję! :)








Za zdjęcia dziękuję najlepszej Whale Photography !!! :)
Mikrodermabrazja to fajne doświadczenie, które warto opowiedzieć krok po kroku. O klinice MURANO dowiedziałam się jakieś dwa miesiące temu. Zapewne poszłabym do niej od razu, gdyby nie fakt, że jestem typową matką polką z dzieckiem pod pachą. Z dzieckiem jestem WSZĘDZIE. W sklepie, w wannie, w łóżku, u dentysty. 24h, 7 dni w tygodniu. I bądź tu człowieku mądry i znajdź czas i chęci, by wyjść gdzieś SAMEMU. Takiej okazji jednak przepuścić nie mogłam. Już od jakiegoś czasu czułam się przytłoczona wiecznym makijażem na buzi. Coraz częściej chodziłam bez makijażu, zaczęłam systematycznie stosować peeling i krem. Czułam jednak, że te wszystkie lata zapychania cery tonami fluidu i pudru - pozostawiły po sobie ślad...ślad w postaci martwego naskórka i zapchanych porów.
Do tej pory nie zagłębiałam się w oferowane zabiegi kosmetyczne. Szczerze mówiąc, żyłam nawet w przekonaniu, że zapewne to wszystko to pic na wodę i po co w ogóle robić coś takiego, przecież wystarczy zmywać makijaż, nałożyć jakiś krem i po sprawie. Taaak. Oczywiście.
No dobra. To zacznijmy od początku.
Co to w ogóle jest ta mikrodermabrazja diamentowa?
Mikrodermabrazja, a konkretnie SilkPeel czyli połączenie mikrodermabrazji oraz infuzji. W głąb skóry zostaje wtłoczony odpowiedni komponent. Taki zabieg ma głównie na celu oczyszczenie skóry, złuszczenie naskórka i pobudzenie odnowy komórkowej. Więcej o zabiegu: klik
Wskazania i przeciwwskazania:
Zabieg ten jest jak najbardziej przeznaczony dla cery, która pozbawiona jest blasku. Jest szara i przesuszona. Zabiegu nie należy natomiast wykonywać kiedy na naszej twarzy występuje opryszczka, kiedy mamy aktywne stany zapalne bądź nowotwór skóry.
Jak przebiega zabieg?
Oczywiście pominę kwestie typu: pogawędka z obsługą, ciepła herbata i plotki. W gabinecie, w którym odbywa się zabieg, w osobnym pomieszczeniu zdejmowana jest góra ubrania. Na głowę nakładamy opaskę, a zamiast bluzki - białą, seksowną narzutkę ;) Kiedy znajdujemy się już na fotelu, rozpoczyna się demakijaż twarzy. Wybieramy też preparat, który będzie dla nas odpowiedni. Mamy do wyboru 4 preparaty:
Cery trądzikowej nie mam, przebarwień również nie. Najodpowiedniejszy wg mnie był preparat z kwasem hialuronowym, który doskonale nawilża i sprawia, że skóra staje się znacznie bardziej promienna i miła w dotyku.
Zabieg został przeprowadzony na całej twarzy, szyi oraz dekolcie. Był całkowicie bezbolesny, a zaróżowienie znikało z minuty na minutę. Na sam koniec całość została nawilżona kremem. Najlepszy efekt osiąga się przy powtórzeniu tego przy serii 4-6 zabiegów. Jednak nie oznacza to, że JEDEN zabieg nie daje nam żadnego efektu. Wręcz przeciwnie. Moja skóra po 3 dniach od zabiegu jest po prostu...fantastyczna. Miękka w dotyku, delikatna i co najważniejsze - widać, że jest oczyszczona.
Po zabiegu, na własne oczy widziałam ilość martwego naskórka, który został mi usunięty. SilkPeel trwa krótko, bo 20-30 minut - a to dla mnie baaardzo ważna kwestia, zważając na to, że jeśli już wychodzę z domu to i tak muszę załatwić sprawy w tempie ekspresowym - sami wiecie jak jest - chcemy się wyrwać, a potem obsesyjnie myślimy, czy nasze dziecko czasem nie płacze. MATKI.
Wiem jednak, że jak przy każdym zabiegu - pojawiają się też negatywne opinię. Pominę kwestię ceny - to jest temat, który nie podlega dyskusji. W mniejszych miastach jest taniej, w większych drożej. Albo kogoś stać, albo nie. To jest nieistotne. Czasem ludzie nastawiają się na spektakularne efekty. Oczekują, że jeden krótki zabieg, usunie im zmarszczki, wygładzi cerę maksymalnie jak się da. Jednym słowem: ludzie oczekują efektu niczym z photoshopa. NIE! Główny cel to oczyszczenie i nawilżenie. Nie spodziewaj się, że będziesz wyglądać nagle jak zupełnie inna osoba. Nie taki jest cel zabiegu! Generalnie jestem zdania, że zanim poddamy się jakimkolwiek zabiegom - musimy zgłębić swoją wiedzę na jego temat najbardziej jak się da.
O czym warto wiedzieć?
Hit czy kit?
Mając wiedzę na temat tego zabiegu i wiedząc co ma on na celu. Stwierdzam - mikrodermabrazja to HIT! Jest to jedna z tych rzeczy, z której wiem, że skorzystam jeszcze nie raz. Jestem natomiast PEWNA, że ogromne znaczenie ma to, kto wykonuje nam ten zabieg. Ja postanowiłam wybrać profesjonalną klinikę, w której wiedziałam, że wszystko zostanie wykonane tak jak powinno być. Dostałam już wielokrotnie w życiu nauczkę, że na rzeczach tego typu nie powinno się oszczędzać.
A jeśli o cenach mowa- klinika MURANO właśnie w okresie świątecznym przygotowała dla wszystkich bardzo fajne zniżki. Zajrzyjcie na stronę i sprawdźcie sami, czy jest coś, co mogłoby Wam pomóc.
A na koniec - NAJLEPSZE!
KONKURS ZAKOŃCZONY!!!
Chcesz poddać się zabiegowi mikrodermabrazji diamentowej wykonanej w klinice murano?
Odpowiedz na dwa pytania i wygraj zabieg!
W komentarzu koniecznie podaj swój adres e-mail, z którego w razie wygranej będziesz się z nami kontaktować! Będzie mi miło jeśli udostępnisz wpis na facebooku.
Bawimy się do niedzieli tj. 13.12. Wyniki zostaną ogłoszenie w przeciągu trzech dni od zakończeniu konkursu, w tym samym wpisie.
WYNIKI !!!
A oto komentarz, który wygrał zabieg: mikrodermabrazja diamentowa. Serdecznie gratulujemy! Zwycięzcę proszę o wiadomość na adres e-mail: alicja.wegner.blog@gmail.com

GRATULACJE !!!
narzutka w kwiaty: klik
