Bycie full time mamą 24 h bez żadnej pomocy potrafi ostro dać w kość. Doskonale pamiętam czas, gdy miałam swoją teściową dwa bloki dalej i podczas mojej choroby brała Polkę na kilka godzin, albo po prostu brała ją gdy chciałam wyskoczyć na pocztę, do sklepu. Wiedziałam, że wyprowadzka do nowego miasta, gdzie nie będę miała kompletnie nikogo, będzie dla mnie wyzwaniem. Jednak jak się okazało - mimo, że jest cholernie ciężko - jest jeszcze lepiej.
Jeszcze kilka miesięcy temu, kiedy któraś z koleżanek pisała mi, że jest z dzieckiem bez żadnej pomocy rodziny, odpowiadałam "Boże podziwiam! Ja to bym zwariowała". W sumie to miałam rację. W cholerę idzie zwariować jak się nawet człowiek załatwić w spokoju nie może i w cholerę idzie zwariować jak Ci nikt do dziecka przyjść nie może, żebyś z facetem mogła iść sobie na głupi spacer we dwójkę na 10 minut. Ale kto powiedział, że nie można zwariować pozytywnie? Oczywiście, że można. A jak to było u mnie?
- Euforia - nowe miejsce, stolica, nowi ludzie, nikt mnie nie zna, chcę tańczyć, śpiewać, ahhh! - no bo jak tu się nie cieszyć, że się w końcu znalazło w miejscu, o którym się marzyło. Ludzie biegnący 24 h, a mimo to uśmiechający się do ciebie. Ty bez makijażu wylatująca po bułki, bo przecież "I don't ku*wa care! Nikt mnie nie zna!" - do czasu aż podchodzi do Ciebie nieznajoma pani i mówi "Jejku czytam Twój blog!"
2. Znudzenie - halo? Dlaczego jestem tutaj sama? Dlaczego nikt jej na chwilę nie weźmie? Boże, dlaczego znów jem zimny obiad? Halooo, ja chcę do kina! Do pubu, na kolację!
3. Nauka organizacji - czyli akceptacja tego, że nie mam nikogo do pomocy i nie mogę nad tym stanem rzeczy ubolewać przecież. Uczenie się siebie z Polą od nowa, walczenie z momentami słabości i dbanie o jak najlepszą organizację dnia czyt. pakuję do torby pampersy, żarcie i picie i wybywam z chałupy, żeby nie sprzątać ;) ( joke - chociaż nie powiem - bywało i tak :D )
A tak całkiem poważnie. Kiedy miałam pomoc pod ręką, mówiłam: " Ja nie dałabym rady bez rodziny, bo są sytuacje, że dziecko muszę po prostu podrzucić nawet na pół godzinki" - i do tej pory doceniam, że nie musiałam z dzieckiem pocić się w kolejkach do lekarza gdy chorowałam, nie musiałam targać na usg piersi, do ginekologa i na pocztę. Kiedy jednak człowiek zostaje skazany sam na siebie, okazuje się, że bywanie z dzieckiem WSZĘDZIE jest normą, bo przecież inaczej nie można. Ciekawą sytuacją było dla mnie ostatnio ukruszenie zęba. To niesamowite jak bardzo wątpimy czasem w nasze dzieci. Zrozpaczona umówiłam się na wizytę ok.18 do dentysty w bloku naprzeciwko. F. dzwoni, że będzie po 20 - norma. I teraz czarny scenariusz przed oczami - ja kładąca się u dentysty na cudownym, wygodnym fotelu i Pola skacząca po mnie, bojąca się usiąść na 10 minut sama obok. Aż w końcu dentystka wypraszająca mnie z sali, bo nie może przecież nic zdziałać. No i siedziałam w tej poczekalni zestresowana, a Pola bawiła się w kąciku. I nagle drzwi się otwierają: " Proszę wchodzić" - posadziłam więc Polę na krzesełku obok biurka, dałam książeczkę, kilak zabawek i usiadłam, a Pani zaczęła naprawiać moją jedynkę. 5,10,15 minut dziecko cisza. Wstaję z fotela, Pola spokojna. What the fuck - myślę sobie? Aż musiałam familię obdzwonić, że z dzieciem moim, szatanem małym poszłam naprawić ząb do dentysty. I, że dziecko moje nogi się kurczowo nie trzymało jak zawsze. Może to te opary stomatologiczne...
W każdym bądź razie - nagle okazuje się, że jesteś w stanie z dzieckiem robić wszystko. Jechać godzinę metrem na spotkanie, nawet jeśli w połowie musisz wyjść, bo dziecko zaczyna drzeć się z niewiadomych przyczyn. Nagle okazuje się, że w 30 stopniowy upał potrafisz sama biec z chorym dzieckiem do przychodni, a potem zrobić zakupy na cały tydzień i biec z nimi i z wózkiem do domu. Nagle się kurka okazuje, że dostajesz +100 do zaradności, bo umiesz robić jeszcze więcej rzeczy nogą, uchem, a nawet małym palcem od stopy.
Ale co jest w tym wszystkim najprzyjemniejsze? Teściowa stająca w drzwiach z walizkami i zabierająca dziecko codziennie przez tydzień na kilkugodzinne spacery. Myślicie, że cieszyło mnie to tak samo, gdy pomoc była tuż obok?
A tak całkiem, całkiem serio...największym wyzwaniem jest chyba...samotność. Bo ciul z tą pomocą. I tak jakoś mega tej pomocy nie wykorzystywałam. Ale było do kogo pójść, odezwać się, pośmiać, a nawet po prostu wypić herbatę. I tęskno mi jak cholera i nawet nie wiedziałam, że będzie mi aż tak bardzo. Ale wiecie co? Nie wrócę. Tutaj inaczej się oddycha, inaczej się funkcjonuje. Wierzę, że kiedy w końcu Pola podrośnie, to poznam tutaj fajnych ludzi, z którymi będę mogła sobie wyjść do kina, teatru czy na drinka. Zawsze sobie powtarzam: " Dziewczyno! Masz dopiero 22 lata! Wszystko przed Tobą". A teraz? Teraz to chłonę to miasto jak gąbka z najlepszą towarzyszką, jaką mogłam sobie wymarzyć. I ta towarzyszka nie pozwala mi się nudzić i rozmyślać. Stworzyłyśmy w tej stolicy swój mały świat. Mamy swoje spacerowe miejscówki, swoje ulubione zabawy i póki co jesteśmy tylko dla siebie. Ja dla niej, ona dla mnie. Cholernie to piękne i cudowne zarazem. Pokochałam jedzenie z nią śniadań na blacie i czekanie na F. z ciepłym obiadem. Pokochałam bycie Panią domu wiecie? Jak nigdy polubiłam gotować i sprzątać. I właśnie to stało się dlatego, że wiem, że nikt nie zrobi tego za mnie. Nikt mi w niczym nie pomoże. Więc muszę być samodzielna. I nie dam sobie wmówić, że cały ten pierdolnik, który jest na naszej głowie, musi sprawić, że stanę się sfrustrowaną matką polką. Ja to cholera lubię! Ja tu zostaję!
bluzka - tutaj













Ala, bardzo Cie podziwiam i wiem co czujesz. Jestem prawie dwa razy starsza ( no nie, mam 37 lat :-)) ale dziecko tez mam małe :-) Ja musiałam zdecydować swego czasu co jest najważniejsze...nie tylko dla mnie, ale i dla moich dzieci (bo mam jeszcze sztuk dwie, starsze ancymony), życie w rozdzielonej rodzinie (mąż w UK) czy przeprowadzka i zaczynanie życia od nowa, bez rodziny (z którą jesteśmy mocno związani) i z dala od kraju. Jednak rodzina najważniejsza, ta moja rodzina, moje 2+2 (jeszcze wtedy), tata potrzebny dzieciom jak powietrze, a i mąż czasem się przydaje :-) I tak od 5 lat mieszkam w Londynie, bywa baaaardzo ciężko i smutno, bo tak jak mówisz ta samotność jest najgorsza, to, że z siostrą nie mogę poleżeć na sofie z winem i pośmiać się do łez, że do mamy na obiadek nie wpadnę znienacka, ach....i juz łza się kręci. Wszystko sama, zawsze, zapierdziel jak na rollercosterze, ale jesteśmy razem, nasze 2+3 już teraz i wiem, że dom jest tam gdzie my :-) Dasz radę kochana, Twoja młodość to Twój największy atut, energia i siła, którą masz i ta wiara, że możesz wszystko sprawi, że właśnie tak będzie, a na koniec, za 100 lat bedziesz z siebie cholernie dumna, bo jak to mówi przyjaciółka wszystkich Polek Ewa Chodakowska, nikt tego za Ciebie nie zrobił :-)))) To TY SAMA!!!
Buziaki dla Ciebie i Poldunka! Trzymaj sie dziewczyno i zdobywaj świat!!!!!
Jak czytała bym o sobie. Identycznie tyle ze w De. :)
Powodzenia dziewczyny/matki/kobiety/kochanki!!!
powodzenia! :*
Aaaa bardzo dziekuję Ci za ten komentarz!!! <3 Damy radę! <3
Świetny tekst Alu! :)
dzięki!
Takich decyzji podjęłam w życiu kilka, doskonale cię rozumiem. Wyjechałam na Śląsk mając 18lat, nie było do kogo gęby otworzyć, a internetów jeszcze nie było. 600km od domu i nikogo znajomego w pobliżu, potem było już lepiej, ale nadal daleko od domu i nadal samotnie ;)
Gdyby nie te internety to by było pewnie baaardzo ciezko!
Ja od zawsze jestem sama z dziećmi. Częste przeprowadzki, brak rodziny ale nie narzekałam bo jak sama piszesz człowiek szybko nabiera wprawy w organizowaniu życia tak by zabrać ze sobą dziecko. Na przykłądzie tego tekstu widać że to co chcesz może się spełnić
Dokładnie wprawa przyszła bardzo szybko. :*
Super ze docenisz i pozytywy podkreślasz. Nareszcie! Tez nie mamy nikogo do pomocy i po ponad 1000km od naszych rodzin zyjac w Niemczech. Nie korzystamy z usług niań i zlobka ?wszystko sami! ale właśnie to sprawia że jestem z nas 2x bardziej dumna ?? za każdym razem gdy niemożliwe stanie się możliwe!!! Te wyzwania nakręcaja nas właśnie i cieszą. Ucza organizacji i kreatywnosci ? Dziś dostałam prace do której mogę zabierać córeczkę. (Z dziecmi ?o ktorej jeszcze tylko marzylam rok temu) prócz tego jutro i pojutrze idę dorobić w restauracji. A ciul ze wlasnie grypa nas troje dopadła. Będzie większa satysfakcja. Córka zajmie się w tym czasie maz po nocce w pracy. Który ostatni dzień wolny od pracy miał 11dni temu ?a potem znów będzie mial nocke. Ajj będzie co wspominać ns starość. Mimo pędu znajdujemy czas tylko dla nas. Każdy taki moment bardziej się ceni. Jesteśmy szczęśliwi!
Oj tak mozna być z tego dumnym, mimo, że zdarzają sie chwile słabości, kiedy człowiek już pęka! Ale chyba najwazniejsze jest to, że tak jak mowisz..jesteśmy szczęśliwi!
Mam takie same odczucia co Ty, z tym że ja już 3 rok w Anglii rozpoczynam.
Teoretycznie powinnam już mieć do kogo gębę otworzyć (na szczęście chodzę co Collegu na angielski, więc zawsze to jakaś odskocznia), ale mam wrażenie, że jestem bardziej samotna, niż tuż po przyjeździe.
"Bilety nie są drogie, dużo macie kasy jak w Anglii jesteście"- mówią ludzie- "w każdej chwili wsiadasz w samolot i lecisz". Niestety, ciężko mi zrozumieć takie myślenie innych.
Tak czy siak, nie łamie się, wręcz przeciwnie, jak Ty- nie chciałabym już wracać. Tęsknie, ale tu mam inne, lepsze życie :)
Hah te teksty...genialne! Najwięcej mają do powiedzenia ludzie, którzy tylko srtoją z boku i obserwują... ;)
Haloooo to ja Marika...raz wspolczuje a raz zazdroszcze...masz Dziewczyno charakter i wrazliwosc i młodosc i dasz rade...wspolczuje bo jestes sama....Powiem Ci tak jeszcze gorzej byc z dzieckiem mega mega samotna gdy wokol najblizsi...serio doswiadczylam tego.!!!!chory zwiazek.dzieciak wiecznie chory,szpitale ,rehabilitacja i tatus po kilku dniach wracajacy z delegacji,ktory ma nas w dupie bo musi odpoczac....bo ja przeciez nic nie robie,siedze z dzieciakiem w domu a on ciezko zapierdala...to jest dopiero kosmos...uwierz!!!!
Heeej kochana! No tak...facetom ciężko pojąć, że nasza robota jest równie ciężka co ich... Doceniają jak tracą...a czasem nawet i nie...:/ trzymaj się!
Znam to uczucie ze wspomnień. Raz dobrze, drugi raz gorzej - ale jedno niezmienne. Duma, że dałam radę :*
Dokładnie - duma wielka :*
Nie da się ukryć, że dziadkowie potrafią być wybawieniem. Moi rodzice nie mieli tak dobrze, bo wszyscy dziadkowie poumierali przed moimi (i siostry) narodzinami albo zaraz po nich. Mam zamiar nie nadwyrężać swoich rodziców oraz teściów, ale od czasu do czasu podrzucę im Jasia - niech się nacieszą, a ja chwilę odetchnę. ;-) Ale wiadomo - każda mama jest strongwoman, zatem da radę nawet w pojedynkę!! :)
Dokładnie. Jak miałam rodziców blisko nie nadwyrężałam, ale czasem korzystałam. No ale jak trzeba być strong to trzeba dać radę i w pojedynkę :D Nie jest źle!
Świetny tekst Alka, dużo w życiu osiągniesz. Powodzenia.
Oby... :) Dziękuję! <3
zdjecia z samowyzwalacza? Bo rewelka! A wpis super, wiedzialam, ze dasz rade!
Tak, samowyzwalacz :D Buziaki :*
My mieszkamy zagranicą, więc niestety
znam ten ból braku pomocy. Na szczęście Dziadkowie Milli już nie pracują więc
mogą nas dosyć często odwiedzać, ale to nigdy nie będzie to samo. Jeśli chodzi
o Warszawę to mam do niej straszny sentyment! Mieszkałam tam kilka miesięcy, to
właśnie tam ‘zeszliśmy się’ z moim Szymonem i mieszka w niej mnóstwo moich
znajomych! Za każdym razem gdy lecimy do Polski, taki minimum 2-dniowy pobyt w
Warszawie to musJ Uwielbiam Twojego bloga, więc następnym razem musimy umówić
się na jakąś kawkę!
Oh koniecznie kochana! Aczkolwiek kawki nie lubię, więc wybiorę inny "trunek" ;) Buziaki!
Ty zawsze dasz radę. Gdziekolwiek będziesz.
Taki mam zamiar! :*
Sama rozważam wyprowadzkę, ale póki co zbyt dużo wątpliwości. Jednak Ty pokazujesz, że trzeba je pokonać...
Oczywiście, że trzeba! Wątpliwości sprawiają, że stoimy w miejscu...