0
0,00  0 elementów

Brak produktów w koszyku.

0
0,00  0 elementów

Brak produktów w koszyku.

Grudzień był magiczny. Niby to w Boże Narodzenie, zwierzęta przemawiają ludzkim głosem, a tu się okazuje, że w grudniu ludzkim głosem mówią ludzie. Którzy nie byli dla nas ludzcy.

 

NICZEGO NIE OCZEKUJ

Weszłam w grudniowy miesiąc trzymając się mocno hasła: niczego nie oczekuj. Totalnie niczego. Ostatnie lata to było jedno wielkie oczekiwanie wobec innych ludzi i świata. A to niesie za sobą rozczarowania. Długo nie mogłam zrozumieć jak można nie oczekiwać totalnie niczego. Miłości, kiedy sami kochamy. Pomocy, kiedy sami pomagamy. Okazało się, że kiedy przestałam się skupiać na oczekiwaniach, los zaczął dawać mi to, czego bezskutecznie oczekiwałam przez ostatnie lata. Miłość, zainteresowanie, czas. Kiedy zaczynamy być totalnie bezinteresowni i nie obarczamy innych ludzi swoimi oczekiwaniami, oni chętniej dają nam siebie i coś od siebie. Nie zawsze, ale bardzo często tak się dzieje. Byłam zmęczona wiecznym analizowaniem, wiecznym oczekiwaniem, że stanie się to i to, a kiedy się nie działo byłam wściekła, zła i sfrustrowana i winiłam innych. Dziś niczego już nie oczekuję, nie analizuję zbyt bardzo i jestem jakaś spokojniejsza. Jakie to jest ciekawe, że czasem trzeba odpuścić coś całkowicie, by zmieniło się to na lepsze.

 

SESJA ŚWIĄTECZNA I BEZTROSKI SPACER PO ZIMNEJ WARSZAWIE

W grudzień weszłyśmy z Polą w iście świątecznym nastroju, bo odwiedziłyśmy jedną z warszawskich, pięknych kamienic, w której czekała na nas Kasia z Happy Factory. Uwieczniła w kilku kadrach mnie i Polcię, a ja zakochałam się zwłaszcza w tych ujęciach:

 

 

 

 

 

Po sesji, jakoś tak spontanicznie, zamiast wrócić do domu, zrobiliśmy sobie rodzinny spacer po Warszawie i choć było niemiłosiernie zimno, to jakoś nikomu to nie przeszkadzało. Podziwialiśmy pierwsze świąteczne ozdoby, a potem przez godzinę szukaliśmy miejsca, w którym będziemy mogli coś zjeść. Wyobrażacie sobie, że NIGDZIE nie było wolnego miejsca? Na dodatek musieliśmy szukać miejsca, w którym dostaniemy też deser lodowy, bo to miało być nagrodą dla Poli za piękne poradzenie sobie na sesji - zrobił się z niej mały wstydzioch ostatnio. Ostatecznie weszliśmy do Browarmii na rogu Krakowskiego Przedmieścia, ale nie był to najlepszy wybór. O ile lody z bitą śmietaną były smaczne ( w końcu to zwykłe lody, one zawsze są smaczne) tak już nasze dania, czyli burger i sałatka cezar - no nie bardzo. Mocno przeciętne i raczej nie zawitam tam po raz kolejny jeśli chodzi o zjedzenie czegoś. Plusem jest to, że w niedzielę dzieci jedzą za darmo, ale... dziecięce menu to tylko dwie opcje: naleśniki i nuggetsy z frytkami. Pola wybrała nuggetsy i nawet jej smakowało, ale mi za darmochę też zawsze wszystko smakuje :P Po obiedzie dłuuugo szliśmy do naszego auta, bo tamtego dnia prawie nigdzie nie było miejsca do zaparkowania. Po drodze zatrzymywaliśmy się co chwilę i jedliśmy ciepłego kołacza z kokosową posypką! N a dłuższy czas zatrzymaliśmy się przy Pomniku Powstania Warszawskiego. Ten Pomnik wywołuje we mnie masę różnych emocji - od wdzięczności za nasz wolny, niepodległy kraj, po strach o przyszłość naszych dzieci. Ale wywołuje głównie smutek. Kiedy myślę o całej krwi jaką musieli przelać ludzie w walce o nasz kraj, o tym jak Polska została zniszczona, o tym ilu ludzi straciło życie... to wciąż łamie serce i wciąż jest dla ludzi mojego pokolenia, czymś w co trudno uwierzyć. A jednak wydarzyło się naprawdę. Poczucie niesprawiedliwości ciągnie się za naszym narodem do tej pory. Życie w ciągłym strachu, podejrzliwość, brak zaufania. Musimy zostawić w końcu przeszłość za nami. Pamiętać o niej, upamiętniać, ale zmienić swoją mentalność. Musimy wypełnić swoje serca wdzięcznością i radością, że to już za nami.

 

 

TEATR MAŁEGO WIDZA I WARSZAWA NOCĄ Z DZIECKIEM

Bilety do Teatru Małego Widza kupiłam już na dwa miesiące do przodu. Zawsze kupuję bilety na podobne wydarzenia na godziny poranne, bo wieczór = zmęczone dziecko, sami wiecie. Tym razem jedyne bilety były na godzinę 17, ale ... po raz kolejny okazało się, że wszystko dzieje się po coś, ale o tym za chwilę. Teatr Małego Widza poruszył mnie maksymalnie. Nie wiedziałam czego się spodziewać. Wybraliśmy się na spektakl Cztery Pory Roku. Weszliśmy do małej salki. Na środku parkietu były dwie panie i kilka rekwizytów. Podczas spektaklu jedna z Pań wydawała przeróżne dźwięki, za pomocą małych instrumentów, albo po prostu uderzając o coś, czy gwiżdżąc w coś - coś niesamowitego. Druga Pani opowiadała historię, nie używając słów. Tańczyła, gestykulowała. Cały spektakl pokazywał uroki każdej z pór roku, ale też "wady", pomimo których owe pory roku kochamy. W pewnym momencie ciekły mi łzy. Z radości, ze wzruszenia. Pola śmiała się w głos, ale oczy również jej się szkliły. Bajki w telewizji to milion bodźców i dialogów. Tutaj nie trzeba było mówić nic. Połączenie muzyki na żywo, tańca i obrazu sprawia, że człowiek wpatruje się jak zaczarowany. Nieważne, czy ma pół roczku, roczek, 4 lata czy... 25 :P Bilety kosztują 45 zł. Wydałam 90 zł i wiem - nie jest to mało. Ale wiecie co? Z ręką na sercu powiem Wam, że była to najlepsza atrakcja, na jaką wydałam kasę przez tych 5 lat, kiedy Pola jest na świecie. Tego wydarzenia na prawdę nie da się opisać słowami. Trzeba to zobaczyć. Jeśli zatem zastanawiacie się gdzie się wybrać podczas zwiedzania Warszawy z Waszymi dziećmi, to ręczę wszystkimi kończynami, że tej atrakcji nie pożałujecie :) Aha! Spektakl trwa 45 minut, z czego 30 minut trwa spektakl na scenie, a widzowie oglądają, a 15 minut na samym końcu to czas kiedy dzieci mogą wejść na scenę, bawić się rekwizytami itp. Teatr to idealne miejsce, bo pokazać dziecku, jak należy się w takich miejscach zachowywać - nie pić, nie jeść, nie przeszkadzać, nie spóźniać się.

 

 

No i docieram w końcu do momentu, w którym mogę Wam powiedzieć, dlaczego znów stwierdzam, że wszystko dzieje się po coś i cieszę się, że bilety kupiliśmy na godzinę wieczorną. Otóż, kiedy wyszłyśmy z Teatru i podziwiałyśmy Wisłę i rozświetlony Stadion, stwierdziłyśmy z Polą, że jest tak cudownie ciepło i przyjemnie, że nie chcemy wracać do domu. Postanowiłyśmy przejść się po Starym Mieście i... okazało się, że własnie tego dnia, o czym totalnie nie wiedziałam, całe Stare Miasto i Krakowskie Przedmieście, było jedną wielką atrakcją. To tego dnia rozbłysła choinka na Krakowskim Przedmieściu i wszystkie iluminacje świetlne. Wyobraźcie sobie to... na każdym kroku magia świąt. Elfy grające świąteczne piosenki, chór, maszerujący mikołajowie z prezentami, rozświetlone choinki, lodowisko pełne elfów, turyści pijący grzańce, ludzie sprzedający świecące balony, mikołaj na rowerze - nie jestem w stanie nawet wszystkiego wymienić. Stories z tamtego dnia cieszyło się chyba największą popularnością ever i zapisałam je nawet w wyróżnionych relacjach na swoim instagramie, żeby móc często wracać do tego magicznego dnia. Tamten wieczór był piękny, ciepły i magiczny. Nie zwracałam uwagi na tłumy ludzi. Kiedy człowiek jest prawdziwie wolny i szczęśliwy, to nie zwraca uwagi na takie rzeczy. Pola wtulała się we mnie, słuchając chóru śpiewającego: jest taki dzień, maszerowała ze mną za rączkę. Robiłyśmy nawet relację na żywo, a na koniec oglądałyśmy zabawki w Smyku i poszłyśmy na jedzonko z KFC. Wróciłyśmy metrem i autobusem do domu, a gwiazda zasnęła w moich ramionach na narożniku w salonie. Do teraz ciekną mi łzy wzruszenia, kiedy pomyślę o tym dniu.

 

 

ŚWIĘTA NA NOWYM I SZALONY SYLWESTER W INOWROCŁAWIU

Święta spędziłam po raz pierwszy w naszym mieszkaniu w Warszawie. Było spokojnie i magicznie. Spełniło się marzenie Poli i dostała od gwiazdora swój wymarzony domek dla lalek. Większy od niej samej :D :P Cieszyłam się jak głupia, że to święta na moim - udekorowałam stół, ubrałam choinkę, zapakowałam prezenty. Było miło. Bez fochów, świątecznej spiny i harówki. Dużo jedzenia, dużo miłości i... spokój. Tego ostatniego potrzebowałam bardzo.

Na Sylwestra pojechaliśmy do Inowrocławia, bawić się na domówce u mojego kuzyna. Jak zwykle zabawa skończyła się nad ranem czyli o jakiejś 6 rano, mimo, że ZAWSZE ale to ZAWSZE zapieram się, że skończę ją o ludzkiej porze :P I to jak zwykle ja byłam tą, która dziwiła się gościom wychodzącym o 2, krzycząc: no co Wy, zostańcie jeszcze! Ale jak ja to zawsze mówię: albo grubo, albo wcale ;)

 

 

 

Tak. To był dobry miesiąc. Zrobiłam też kilka rzeczy dla swojego rozwoju, o których chciałabym jednak napisać w osobnych postach. Przede wszystkim założyłam firmę i ukończyłam kurs z Psychologii Pozytywnej. To drugie wciąż wywołuje we mnie tyle emocji, że aż ciężko mi to wszystko spisać i Wam podsumować, ale zrobię to - obiecuję! Zjadłam też w grudniu dużo sushi i nadal nie rozumiem, dlaczego nikt mi nie wysyła zestawów sushi w barterze :( :P

Nowy Rok, zaczął się już dla naszej rodziny smutnymi wieściami, mianowicie zmarł mój dziadek. Jestem jedną z tych osób, które w rodzinie są jakimiś alienami i poza kilkoma najbliższymi osobami, nie są z nikim zbytnio związani. I chyba tym bardziej po stracie, czuję dziwne uczucie pustki i żalu do samej siebie. Nie odwiedzałam babci i dziadka od długiego czasu. Ostatnie wspomnienie z dziadkiem mam z Komunii Kacpra. Strasznie przeżyłam widok dziadka mówiącego wtedy do samego w siebie w lustrze, bo myślał, że to inna osoba. Dziadek cierpiał na Alzheimera i widok tego był dla mnie nie do przejścia. Wybiegłam wtedy z uroczystości i pół godziny płakałam na górze nie mogąc się pozbierać. Nie umiem patrzeć na takie rzeczy, po prostu nie umiem, choć chciałabym się nauczyć. Chyba za bardzo boję się rozwalenia psychicznego. Mój poziom empatii jest niebezpiecznie wysoki. Jeśli mam już do czynienia z czyimś cierpieniem całkowicie bezpośrednio, to rozpadam się na milion kawałków, które potem ciężko posklejać i zebrać w całość. Do tego stopnia, że trudno mi potem wrócić do normalnego życia.

Kurcze. Miało być krótko, ale ja tak chyba jednak nie potrafię. Okrutnie brakowało mi pamiętniczkowego wpisu, w którym Wam o czymś opowiadam i wyrzucam z siebie emocje. Powiem Wam, że czuję się teraz jak nowo narodzona :) Wczoraj wróciłam do Warszawy i choć ciężko mówić o super energii, która przyszła wraz z Nowym Rokiem, to mam w głowie trochę planów blogowych, które chciałabym zrealizować i mam nadzieję, że wezmę się na dniach w garść.

Na koniec chciałam jeszcze zbiorowo wymienić osoby, którym chciałabym podarować prezenty w związku z aktywnością na instagramie :)

Dziewczyny mega Wam dziękuję za to, że jesteście! Cieszę się, że mogę dać Wam coś od siebie. Wyślijcie mi na priv na IG swoje adresy z numerem telefonu :)

Wszystkim Wam dziękuję za to, że jesteście, czytacie, obserwujecie, zostawiacie po sobie ślad. Życzę Wam wszystkiego dobrego w Nowym Roku i mam nadzieję, że będziecie po prostu szczęśliwi. Chyba to jest w życiu najważniejsze, prawda?

Ściskam Was ciepło! :*

Pokój Poli chciałam Wam pokazać dopiero wtedy, kiedy będzie już odpicowany na tip top. Okazało się jednak, że urządzanie mieszkania to studnia bez dna i przez to ciągle odkładam zakup pewnych rzeczy na później.

Ale nawet przy białych ścianach, braku biurka, jakichkolwiek ozdób na ścianie, pokój Polduna jest i tak uroczy i jest w nim dużo fajnych rzeczy. Nie mam na co narzekać i chyba dlatego, odpuściłam póki co jakieś usilne próby urządzania go. Dzisiaj pokażę Wam stan pokoiku na chwilę obecną i opowiem o dwóch nowych meblach - regale i szafie, o które dostałam już masę zapytań. No ale zanim o tym, to jeszcze kilka słów o łóżku Poli.

Łóżeczko zabraliśmy za starego mieszkania, ale są to już jego ostatnie chwile. Służyło nam praktycznie od pierwszych chwil - najpierw jako łóżeczko niemowlęce, później po zdjęciu wysokich boków i zmianie na krótkie - jako tapczanik. Obecnie takie łóżeczko nie jest już dostępne w Polsce i z tego co wiem ten model nie jest już dostępny nigdzie. Przez 4 lata dostałam o nie milion zapytań, więc rzeczywiście coś musi w nim być, że się tak podoba :) Było okrutnie drogie, bo kosztowało kilka tysięcy, ale z perspektywy czasu widzę, że było warto. Wkrótce będę wystawiać je na sprzedaż razem z całkiem nowym materacykiem - zmienialiśmy materac, kiedy przeprowadzaliśmy się na nowe mieszkanie. Tym razem zarówno dla siebie jak i Poli wybraliśmy materac od PlantPur  - dla Poli wersja Baby w rozmiarze 70x140 cm. PlantPur to materace ekologiczne wytworzone z olejów roślinnych. Składają się z dwóch warstw: termoelastycznej pianki Visco zawierającej do 50% olejów roślinnych oraz z pianki poliuretanowej z dodatkiem oleju kokosowego.

 

"W naszych materacach stosujemy pokrowce, które zapewniają bezpieczeństwo oraz higienę. Wszystkie tkaniny, które zostały przez nas użyte posiadają certyfikaty, są antyalergiczne i nie podrażniają skóry dziecka. Ekologiczna dzianina celulozowa, z której uszyty jest pokrowiec na bazę materaca jest wykonana z odpadów drewna bukowego oraz dodatkowo nasączona wyciągiem z drzewek oliwnych. Pokrowiec posiada także probiotyczną warstwę Fresh, stosowaną w przemyśle medycznym i w łóżkach rehabilitacyjnych. Nawierzchniowa tkanina PlantPur Aloes o wysokiej gramaturze jest nasączona wyciągiem z liści aloesu, skutecznie zapobiegając nadmiernemu rozwojowi roztoczy, bakterii oraz grzybów, które nie są pożądane w otoczeniu dzieci."

 

 

 

 

 

Materace są mega wygodne, śpi się na nich naprawdę dobrze, co potwierdziła ostatnio moja mama, które ma trochę z kręgosłupem problemy - stwierdziła, że to najlepszy materac na jakim w życiu spała. Pokrowiec można odczepić i wrzucić do prania - już tę opcję testowałam. Naprawdę 10/10.

Regał i szafa - są z nami od kilku miesięcy i choć na początku byłam przerażona ich gabarytem ( nigdy nie czytam wymiarów, jak coś zamawiam hahah) to jestem bardzo zadowolona z wyboru. Zacznijmy może od regału.

To regał od VOX z kolekcji Spot Young. Generalnie cała kolekcja jest bardzo prosta, młodzieżowa i praktyczna. Regał ma pięć otwartych półek, zwężających się od dołu ku górze. Dolna półka, ta najszersza, jest z tyłu zabudowana. Pod spodem jest jeszcze tyle miejsca, że śmiało możemy tam umieścić jakieś pudła. U nas np. są to pudła z klockami lego i koszyczek z figurkami. Regał jest naprawdę porządny i solidny, właściwie nie do ruszenia. Pomieścił wszystkie nasze gry, książki Polci, puzzle itp. Patrząc na ceny zwykłych regałów, które chwieją się i są po prostu tandetne, cena tego regału naprawdę nie jest wysoka jak na jakość mebla.

 

 

 

 

 

 

 

Szafa jest z tej samej kolekcji co regał czyli Spot Young. Jest to szafa dwudrzwiowa z wysuwaną na dole szufladą. Mieszczą się w niej wszystkie ciuszki Poli, a nad wieszakami na półce mamy jeszcze walizkę, w której mamy różne kocyki itp. Pod tą właśnie półką szafa ma zainstalowane oświetlenie LED, która zapala się automatycznie przy otwieraniu szafy. Tak jak w przypadku regału, pod szufladą jest jeszcze spora przestrzeń, mamy tam wsunięty kosz z klockami. My wybraliśmy oczywiście front biały, ale można wybrać też front w kolorze grafitowym. Próbowałam kiedyś ruszyć szafę i ją przesunąć, ale nie mam takiej siły. I może lepiej, bo przynajmniej Pola, może chować się przed matką w szafie i robić sobie ze mnie jaja :P I mam pewność, że szafa jej kiedyś nie przygniecie :P Na stories niektórzy dziwili się, że mieścimy się w tak "małej" szafie. Nie wiem ile inne dzieci mają ubrań, ale ja jestem raczej minimalistką i Pola w tej szafie ma wszystko prócz swoich bucików, a jak dokupię wieszaki to i buty się zmieszczą. Wszystkie sweterki, bluzki z długim rękawem, kurtki, sukienki wiszą na drążku. Pod spodem na półce mamy spódniczki, krótkie spodenki, bluzki z krótkim rękawem i spodnie. W szufladzie bielizna, rajstopki, apaszki, rękawiczki, stroje kąpielowe. Jak komuś mało miejsca, to do szafy można dokupić wieszak zewnętrzny, albo kupić taką samą szafę ale trzydrzwiową. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Drzwi i podłogę pokazywałam Wam już w tym wpisie ----->  "Drzwi i biała podłoga w naszym mieszkaniu"  - ale napiszę jeszcze raz, że drzwi to model  ASILO PERTINI 4 bezprzylgowe z mleczną szybą. Ościeżnice są regulowane bezprzylgowe. Klamka to model o nazwie Voltare.

Z perspektywy czasu wiem, że wybrałam dobrze. Drzwi są łatwe w czyszczeniu, nie można nimi trzasnąć, fajnie się je zamyka i nie trzeba do tego nawet używać klamki - w takim sensie, że wystarczy ją chwycić i popchnąć nie trzeba nią "sterować", a drzwi się zamkną praktycznie bezdźwięcznie.

Jeśli chodzi o podłogę, to też jestem niezmiennie zadowolona. Fakt, że jest jednak wymagająca, bo ma rowki i powłokę wodoodporną, a w dodatku jest biała - ale... ale bardziej chodzi tutaj o fragment w kuchni, czy przedpokoju. W sypialni i pokoju Poli, z racji, że tutaj nie je, nie pije, nie chodzi w butach - jest okej i myję te pomieszczenia dosłownie raz w tygodniu, gdzie salon i przedpokój myję co drugi dzień.

 

 

Pozostałe rzeczy w pokoju Poli, to praktycznie wszystko to co było, z drobnymi nowościami typu kuferki z biedry, nowe torebki czy pojemnik na klocki lego :P Postaram się Wam trochę tutaj rzeczy wymienić, skąd co jest, żebyście się nie fatygowali z milionem zapytań - ale w razie co, od tego tu jestem i jeśli tylko coś Wam wpadnie w oko - pytajcie :)

 

A jakie plany na pokój Poli? Przede wszystkim kupić biurko, powiesić zasłony i zagospodarować ściany - myślę o kilku naklejkach, sztukaterii i jakiejś półce ściennej + ozdoby typu wieszaczek na torebki, lusterko itp. W końcu Pola skończy lada moment 5 lat, to już pannica :P Zastanawiam się też co zrobić z kuchnią, bo obiecałam kupić Poli duży domek dla lalek - domek + biurko zajmie trochę przestrzeni, a jak widać na załączonym obrazku nie ma jej tu aż tak dużo. A, no i najważniejsze! Nowe łóżko - ale przecież o tym już pisałam na początku. Zdecydowanie musimy kupić większe, ale ciągle odkładałam to w czasie...

Pokój jak na niedokończony i tak ma dla mnie swój urok - najważniejsze, że Poldun chce spędzać w nim czas. Mam nadzieję, że wkrótce stanie się bardziej kolorowy i bardziej funkcjonalny. Ale nie mam na to aż takiej spiny - wszystko w miarę możliwości - czasowych i finansowych. Koniec końców, w życiu nie wnętrza są najważniejsze, a serce domu - czyli MY :)

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Budzik - Westwing

Poduszki - Dekoori

Kuchnia - Hoplik

Kuferki - biedronka

Pościel - MomForBaby

Walizka - Allegro

Pojemnik na Lego - sklep LEGO w Galeria Mokotów

Drewniany garbus - Montownia Zabawek

No muszę Wam powiedzieć, że robiąc ankietę na Stories, jakie wpisy Was najbardziej interesują, nie sądziłam, że jedzenie uplasuje się prawie na równi z motywacją i rozwojem osobistym.

To dla mnie duże zaskoczenie a jednocześnie potwierdzenie tego, że idę w dobrym kierunku. Choć nadal nie wiem jak to możliwe, że JA, akurat JA mam was niby inspirować kulinarnie :P Toż to kilka lat temu byłoby dla mnie do pomyślenia. Wciąż czasem nie dowierzam, gdzie to moje blogowanie mnie zaprowadza - na przykład do kuchni haha! :D

Skoro już tak mocno siedzimy w temacie jedzonka, to chciałabym podzielić się dzisiaj z Wami tym co wsuwa moja Polcia. Generalnie nie mam jakiegoś fizia, że wszystko zawsze musi być w 100% zdrowe, eko, zero waste - ale zwracam na to uwagę. Kiedy kupuję rzeczy pakowane - patrzę na skład i nie kupię czegoś co ma milion substancji, których nawet nie znam. Oczywistą oczywistością jest, że jajka niespodzianki i lody nie podlegają pod zasadę czytania składu, bo to się po prostu je i to się kocha i nie można się to zniechęcać jakimkolwiek E, X czy XYZ - wiem, wiem, przeciwnicy cukru drżą teraz i dostają palpitacji, no ale cóż ja mogę na to poradzić. Jestem człowiekiem, który kocha jajka niespodzianki i lody ( i pizzę ) , a miłość trzeba przekazywać z pokolenia na pokolenia. To mój psi obowiązek :P

Ale tak już całkiem serio. Pola jest skłonna do jedzenia wielu rzeczy i różnych smaków, ale trzeba mieć do niej odpowiednie podejście i ją zachęcić. Nie wsuwa wszystkiego jak leci, ale próbuje, ocenia i dokonuje samodzielnie wyborów. W sklepie tłumaczę jej co jest zdrowe, co jest w miarę zdrowe, a co jest totalnie nie do przyjęcia i moja ręka tego nie tknie.

Często podpytujecie czym się ratujemy między głównymi posiłkami i co daję Polci do podjadania ( albo po prostu na 2 śniadanie, czy podwieczorek). Na początku nie widziałam sensu robienia wpisu na ten temat, ale teraz mam dla Was naprawdę kilka fajnych propozycji, które się u nas systematycznie pojawiają, więc mam nadzieję, że niektóre mamuśki sobie tutaj coś podpatrzą.

 

ULUBIONE PRZEKĄSKI POLCI

 

Jogurt naturalny z owocami

To jest zawsze bardzo szybka alternatywa dla batonów i innych słodkości. Nie trzeba tutaj żadnych sztucznych substancji słodzących itp. Jogurt naturalny zmieszany z kawałeczkami banana, jabłka i posypany na przykład odrobiną kakao. Delyszys - i jakie to zdrowe! Można oczywiście pobawić się bardziej i zrobić to na kształt deseru, który już Wam pokazywałam ---> Deser z jogurtem i owocami. 

 

 

Koktajl z jarmużu

Ja sama w to nie wierzę, ale moje dziecko naprawdę to lubi. Ba - uwielbia! Może dlatego, że jarmuż zmiksowany z jabłkiem i bananem, nie zalatuje jakąś tam beznadziejną zieleniną, ale jest napraaaaaawdę smaczny.

 

Orzechowe batoniki

Podbijają Wasze serca i wcale się nie dziwię, bo nie dosyć, że to zdrowe ( choć nie namawiam do wsunięcia całej keksówki :P ) to jeszcze to jest tak obłędnie doooobre, że robienie ich uzależnia! Robi się je w dziesięć minut, resztę robi za nas lodówka. Przepis na batoniki, macie we wpisie, w którym jest też super przepis na rybkę, sałateczkę i kanapeczki ---> Pstrąg na warzywach, orzechowe batoniki, kolorowe kanapki. 

 

Parówki z kurczaka

Tak, moje dziecko je parówki. Tak, przetestowałam ich milion zanim znalazłam takie, które naprawdę mają mega fajny skład, bo ich skład to... 100% mięsa z kurczaka !!! Nie ma w tych parówkach żadnych konserwantów, glutenu, laktozy. Nie ma w składzie glutaminianu monosodowego -  a to jest naprawdę "popularny" dodatek w tego typu produktach. W składzie zobaczycie go pod nazwą E621 lub MSG także zwracajcie na to uwagę. Pytałyście kiedyś, gdzie można dostać dobre produkty z kurczaka dla dzieci - no więc Konspol polecam z ręką na sercu i nie mam tu na myśli tylko parówek. Na stories podpytujecie gdzie można dostać - praktycznie w każdym markecie, choć na 100% to Tesco, Auchan, E.Leclerc .

 

 

 

 

Kabanosy

Nie wiem skąd ta miłość Poli do nich, ale panie w sklepie osiedlowym mają zawsze ubaw, jak Pola zamiast po batona sięga czasem właśnie po kabanosy :D To też taka forma przekąski, na maleńki głód i tutaj również stawiam na Konspol i raczej nie sięgam po inne. Swojego czasu F. kupował dla siebie i Poli różne kabanosy no i składy niestety pozostawiają wiele do życzenia. Te kabanosy to aż 135 g mięsa użytego do wyprodukowania 100 g produktu. Ogólnie wszystkie te produkty to seria Żarłaki, ale podejrzewam, że je dobrze znacie :)

 

Pudding z nasion chia

Czyli tradycyjnie mleko wymieszane z nasionami chia, odstawione na noc do lodówki. Na drugi dzień, nakładamy na pudding kawałki ulubionych owoców.

 

Serowo-szynkowe rureczki

Polcia uwielbia jak robię jej rureczki z szynki i sera, czyli kładę plaster sera na szynkę i zawijam w rulonik :D Czasem robię jej kilka takich, kładę na talerzyku i patrzę jak ze smakiem wsuwa wszystkie po kolei :D Można ruloniki zrobić też tak, że plaster sera smaruje się twarożkiem naturalnym do smarowania, na to nakłada szynkę i dopiero zawija - sama tak lubię :D Wędlina to polędwica z kurczaka i to również Konspol - jest w 95% z mięsa kurczaka. Nie ma tego całego syfu w składzie, o czym pisałam już przy parówkach.

 

 

Pancakes z czekoladowym musem i owocami

Aaa to jeden z moich ulubionych posiłków :D Swoją drogą ostatnio tylko te bananowe omlety, a pora chyba zrobić pankejki dla odmiany! Dawno ich nie jadłyśmy. Przepis na nie znajdziecie TUTAJ.

 

 

Jak widzicie kręcimy się tutaj w temacie parówek, ale też dużej dawki owoców. Nie sprawdzają się u nas póki co warzywa pocięte w słupki i dipy, ale jeszcze znajdę na to sposób :) Omlety, pankejki, jogurty z owocami - to już wymaga ciut więcej czasu, ale nie mówimy tu o godzinach przy garach, a kilku/kilkunastu minutach. Kabanosy, parówki - to już opcja typowej przekąski, którą można zabrać w plecak, spakować do pudełka i zjeść gdziekolwiek. Oczywiście nie tylko jest to opcja na przekąskę, bo doskonale sprawdzają się też na ciepło np. do śniadań. Póki co, wymieniłam chyba to, co przewija się u nas najczęściej i najlepiej się sprawdza. Aczkolwiek... dopiero zaczynam się rozkręcać w tym kulinarnym światku, więc może niebawem podsunę Wam jeszcze kilka pomysłów.

Póki co - czekam na Wasze opcje, bo jakoś tak ostatnio fajnie wzajemnie się inspirujemy i to jest mega fajne! Dziękuję Wam :)

Nie wiem czy też tak macie, ale ja kiedy wspominam pierwsze chwile z Polą po jej narodzinach, to zastanawiam się, jakim cudem moje dziecko przeżyło i o dziwo ma się dobrze O.o

Ja wiem, że to instynkt, że matka po prostu wie co ma zrobić, ale jak się wcześniej do czynienia z dziećmi w ogóle nie miało, książek się nie czytało, to skąd ?! Skąd się to wszystko ma wiedzieć? No dobra, ja jakieś tam doświadczenie miałam. Przewijałam Kacpra, usypiałam go, bawiłam się z nim, karmiłam go, więc coś tam mi świtało. Ale i tak... jak przypomnę sobie te pierwsze dni... jak nie umiałam przystawić do cycka, jak nie wiedziałam jak ubrać, żeby nie przegrzać, żeby nie zaziębić... to włos mi się jeży na głowie :D

Ogólnie dawałam radę i mam wrażenie, że fuck-upy, popełniałam własnie wtedy, kiedy za bardzo czułam presję otoczenia. Pamiętam jak po dwóch tygodniach od porodu, pierwszy raz wzięliśmy Polę na spacer. Wszystkie ludziska z rodziny rzucały dobrymi radami, że jeszcze jeden kocyk, że jeszcze to i tamto. Dziś jak patrzę na zdjęcie Poli, zastanawiałam się gdzie ja miałam mózg, że aż tak ją wtedy zapeklowałam i owinęłam w te wszystkie cuda. Ale tak to jest, że słucha się tych, co teoretycznie doświadczeni, a dzieci swoje małe mieli przecież z 20 lat temu. Na początku wszystko jest jakieś takie... niezdarne. Pierwsza kąpiel Poli w domciu, była autorstwa mojej siostry. Chciałam najpierw zobaczyć, wszystko dokładnie wiedzieć i dopiero spróbować. Podobnie z przewijaniem, pielęgnacją. To właśnie moja siostra na bieżąco wszystko mi pokazywała, wyjaśniała. Na moją własną prośbę. Wiedziałam, że kto jak kto, ale ona pokaże mi to wszystko najlepiej, zwłaszcza, że nie wyszła jeszcze z wprawy, bo Millcia miała wtedy 1,5 roku. Nie ukrywam i do tej pory pamiętam, że najwięcej pytań miałam o pielęgnację:

  • jak wykąpać dziecko? Jak już pisałam Patrycja pokazała mi cały "proces" a potem już spróbowałam sama.
  • jak dbać o to maleńkie ciałko - czym smarować, jak masować, jak postępować w przypadku pojawienia się np. egzemy, suchości, krostek czy innych zaczerwienień na ciele. Rad w internecie jest całe mnóstwo, ale ja wolałam polegać na kimś mi bliskim, komu ufałam. W późniejszym czasie owszem posiłkowałam się już wiedzą z internetu czy książek, ale nigdy nie szukałam rad na forach i wśród innych obcych mi matek.
  • jak dbać o kikut pępowinowy - czarna magia, wszystko co powiedzieli mi wtedy w szpitalu, zapomniałam zaraz po jego opuszczeniu :D
  • co robić z ciemieniuchą?
  • Witaminy w ciąży – co mają najlepsze? Ranking i aktualne zalecenia

Dziś to wszystko wydaje się takie banalne, a jednak wtedy miałam w głowie milion znaków zapytania. Czasem moje karmienie czy przewijanie było na początku nieudolne, czasem za bardzo się starałam, czasem za mało. Wszystko było takie nowe i inne od tego, co znałam do tej pory. Zastanawiałam się czasem, czy innym mamom przychodzi to łatwiej, czy od razu wiedzą wszystko na tip top. Nie wiem. Wiem, że ja bałam się wielu rzeczy, byłam bardzo ostrożna, ale dawałam sobie prawo do błędu. Dziś nie wyobrażam sobie pierwszych dni z dzidzią w domu rodzinnym. Ale wtedy pomoc mojej mamy i siostry była dla mnie na wagę złota, choć oczywiście niosła ze sobą pewne minusy jak te, że czasem bardziej ufałam radom, niż swojej własnej intuicji i tak jak mówiłam, czasem czułam presję co mnie niezwykle frustrowało. Bałam się popełnić błąd przy mamie czy przy teściowej, bo jaką wtedy okazałabym się mamą?

Mam w ogóle wrażenie, że przy Poli, wszystko było takie na czuja. Dziś do samego przygotowania do ciąży, a co dopiero do porodu podeszłabym inaczej. Bardziej bym się przygotowała, bardziej "wyedukowała". Chcąc nie chcąc, wszystko pewnie zrobiłabym inaczej, nie dlatego, że przy pierwszym dziecku zrobiłam coś źle, broń Boże. Chyba bardziej dlatego, że po prostu mam już trochę więcej lat niż wtedy i pojawia mi się w głowie nieustannie takie światełko, że muszę zadbać o wszystko jak najlepiej, że muszę się do wszystkiego odpowiednio przygotować. Mieć wiedzę! Czy to złe czy dobre... nie wiem. Myślę, że trzeba znaleźć złoty środek, żeby zarówno ufać swojej intuicji ale równocześnie być przygotowanym, świadomym i pewnych rzeczy nauczonym. Moje dziecko ma pięć lat, a ja już teraz nie pamiętam jak się o ten kikut dba, jak się dba o uszka. Wyleciało mi z głowy, ot tak. Teraz nie czekałabym aż do porodu, bo mój perfekcjonizm nakazałby mi się przygotować na tip top ( i to jest trochę wada) już w czasie ciąży. Nie powiem, trochę się już do tego przymierzam i właśnie dzięki temu chyba, tak bardzo zmobilizowałam się do walki z moim hashimoto. Nie chciałabym oczywiście popaść w skrajności i robić czegoś podręcznikowo, bo zawsze byłam temu przeciwna, ale pewnie poszłabym w te swoje notatki i tak jak codziennie robię listę "to do", tak teraz zapisałabym sobie na karteczkach podstawowe rzeczy dotyczące niemowlaczka i to o czym najbardziej chciałabym pamiętać. Dla samej siebie.

Wspominam ostatnio coraz częściej i myślę sobie, że jednak w tych pierwszych dniach i nie tylko, warto połączyć wiedzę z odpowiednich źródeł ze swoją intuicją, instynktem. Ufać sobie, nie dawać się presji społeczeństwa, a jeśli już zasięgać porad to tylko u tych, którym naprawdę ufamy lub w innych, zaufanych źródłach. Najgorszą dla mnie rzeczą byłby zawsze właśnie fora, grupy dla kobiet. Nie ma nic gorszego, niż stada mam, gdzie jedna wie lepiej od drugiej i często sporo z tych kobiet promuje jakieś przestarzałe teorie w temacie dbania czy wychowania dzieci, które mogą narobić więcej szkód niż pożytku. Chociażby doradzenie zamoczenia dziecku palca we wrzątku ( nie wiem o jaką sytuację chodziło, no ale ludzie... wrzątek?!).

Dajmy sobie przestrzeń na niezdarność, na błędy - żadna z nas nie będzie nigdy idealna i zawsze trafi się jakiś fuck-up. Grunt, by te wpadki były błędami, na których się uczymy. Byśmy wiedzieli, że chcieliśmy jak najlepiej, a że wyszło inaczej - no bywa! Najgorszym co można zrobić, to poddawać się radom innym, robić coś wg nich, co nie jest zgodne z tym co my czujemy. Korzystajmy z rad, jak najbardziej, ale ostatecznie róbmy to co MY uważamy za słuszne! :)

I jak najbardziej możecie napisać o swoich fuck-upach z początków macierzyństwa. No bo wierzę, że jakieś na pewno były?! :D

Stan błogosławiony - jak to pięknie brzmi, prawda? No nie powiem, bo moja ciąża była naprawdę spoko i wspominam ją miło. No bo wiecie jak to jest, te rzeczy mniej miłe się po prostu z czasem zapomina.

Nie miałam ciąży zagrożonej, właściwie wszystko przebiegało spoko, więc narzekać nie mogłam. Dziecko rozwijało się prawidłowo i to było dla mnie najważniejsze. Dwa razy wylądowałam w szpitalu - raz z odwodnienia, bo wymiotowałam 24 na dobę, a raz prawie na samym finiszu straciłam przytomność. Ale ogólnie ... było spoko. Dobrze, że uciążliwe rzeczy mogę policzyć na palcach jednej ręki, ale wiecie... wtedy jakoś nie było mi do śmiechu i wkurzały mnie one niesamowicie.

MDŁOŚCI I...

no i co? No jak myślicie? Cztery bite miesiące wymiotowałam po prawie kaaaażdym posiłku. A że często jedliśmy wtedy z F. w restauracjach to wybieraliśmy miejsce najbliżej łazienki :P Plus był taki, że nie do 5 miesiąca prawie nic nie przytyłam, a właściwie przytyłam, ale nie było nic widać. W trzecim miesiącu zastanawiałam się, czy ja aby na pewno jestem w ciąży :D Umęczona byłam okrutnie, ale byłam tak zajarana faktem, że niebawem zostanę mamą, że jakoś wszystko byłam w stanie przejść. Właściwie mogłabym zamieszkać w toalecie na czas tych czterech miesięcy, ale tam z kolei nie mogłabym jeść, a jadłam dużo. Bardzo dużo. Przecież mogłam :D

 

STAWIANIE SIĘ BRZUCHA

MA-SA-KRA! O ile kopniaki i ruchy Poli były mega cudownym doświadczeniem, tak stawianie się brzucha doprowadzało mnie do szału !!! Nic w tym przyjemnego, nic fajnego, a w dodatku za każdym razem myślałam, że rodzę :D Dooo tej pory przechodzą mnie ciarki, a pisząc to aż musiałam na głos powiedzieć "a brrr" - hahaha! :D

 

ZGAGA

Dobra, no to jest hit :D Zgagi miałam takie, że wyłam po nocach. Nie mogłam spać, paliło mnie w tyle gardła. W dodatku mój F. omal mnie nie zabił... schabowym! :D Pewnego wieczora, panierował schabowe i jakoś tak zapomniał, że dosypał do panierki chilli, bo wcześniej robił sobie coś tam na ostro. Wzięłam gryza, zaczęło mnie palić no i pytam... co to jest kur3$4546a za schabowy?! Dopiero wtedy gościu złapał się za głowę i powiedział, że totalnie zapomniał i że ma nadzieję, że nic mi nie będzie. No wcale mi nie było. Wcale. To była najgorsza noc w moim życiu. Tak, jakby ktoś wlał mi do gardła lawę - masakra! No a przecież wiadomo - w ciąży też trzeba patrzeć na to co się je. Polecam do poczytania artykuł: Czego nie można jeść w ciąży? Jakich produktów unikać? LISTA

Opowiadałam Wam kiedyś o tym na stories i powiedziałyście, że przy drugiej ciąży mam się nie katować i sobie coś łykać. Niektórzy radzili picie mleka, ale to próbowałam i na mnie nie działało. Większość z Was napisała o łykaniu np. Rennie. Jak kiedyś zajdę w ciąże i znów mnie dopadnie to sama to sprawdzę, ale jak mam być szczera - wolałabym już tego nie przeżywać :D

 

DUSZNOŚCI

W dziewiątym miesiącu ciąży nie przespałam porządnie ani jednej nocy. Non stop stałam przy oknie i latałam na siku do łazienki. Nie mogłam wziąć pełnego oddechu, a to zdarza mi się nawet poza ciążą i mnie męczy, a co dopiero przy takim wielkim brzuchu. Jednej nocy moje duszności sięgnęły poziomu maksymalnego, a mianowicie ze snu wybudziło mnie autentyczne duszenie się O.o Machałam rękami w górze ze ściśniętym gardłem i myślałam, że autentycznie zaraz umrę. Nie mogłam wziąć nawet tyci tyci oddechu. Oczywiście z racji, że machałam kończynami, ale nie krzyczałam, F. obudził się dopiero kiedy niewidzialne coś puściło mi szyję i zaczęłam zanosić się płaczem - realnie ludzi, myślałam, że umrę. Kilka osób pisało mi wtedy na fanpage'u, żebym się pomodliła. Wtedy totalnie nie wierzyłam w takie rzeczy, dziś sądzę, że coś mogło w tym być ;)

 

BÓL ... PLECÓW, NOGI? JUŻ NAWET NIE PAMIĘTAM!

W ostatnim miesiącu - o dziwo w tym, w którym wstawałam z łóżka co chwilę, dopadały mnie nocami mega bóle przy próbie wstawania. Totalnie nie mogłam się ruszyć. Przy każdej próbie wstania przechodził mnie od nogi, aż do pleców taki ból, że padałam z powrotem na plecy. Więc moje noce wyglądały tak, że 20 minut próbowałam wstać, szłam do łazienki, a potem pół godziny przy oknie próbowałam złapać oddech :D Nie dziwię się, że moje dziecko jest takim nerwusem, skoro matka w ostatnim miesiącu prawie wychodziła z siebie i stawała obok. Tiaaa, jasne! Ledwo stawała na nogach, a co dopiero mówić o wyjściu z siebie :D :D :D

 

Teraz jak to czytam, to wyobrażam sobie umęczoną ciężarną Alicję, ale serio nie wiem skąd wtedy było we mnie tyle energii i optymizmu ( za dnia haha! :D ). Od pierwszego momentu kiedy ujrzałam na teście dwie kreski, byłam pochłoniętą odliczaniem dni do momentu kiedy jej zobaczę. Ta dziewucha odebrała mi zdrowe zmysły! I myślę sobie teraz, że pozwoliła mi przejść wszystkie problemy, które wystąpiły po drodze i tych kilka dających w kość dolegliwości. Znam w końcu takie kobiety, którym nic nie jest, a tylko leżą i mówią, że im ciężko, więc chyba mam prawo powiedzieć, że mi troszkę było co? :P

A tak całkiem serio, najbardziej beznadziejnym uczuciem była chyba utrata przytomności - wtedy realnie przestraszyłam się, że coś się mogło stać. Dodatkowo kiedy znalazłam się z tego powodu w szpitalu, miałam jakieś przedwczesne skurcze i chyba dostałam wtedy jakieś leki rozkurczowe, bo było jeszcze za wcześnie na poród. Wtedy naprawdę się zmartwiłam i doszło do mnie, że mam wielkie szczęście, że mam tak bezproblemową ciążę. I wdzięczna jestem, że dziś mogę się jedynie śmiać z tych rzeczy jak zgaga po schabowym czy duszenie przez jakiegoś ducha... ;)

I tradycyjnie czekam na Wasze historie ... Ściskam!

Jakiś czas temu wzięłam udział w kampanii promującej karmienie piersią w miejscach publicznych. W ramach kampanii powstało Vademecum kultury karmienia piersią w miejscach publicznych dla mam i otoczenia. Mam wrażenie, że mój spot był najbardziej kontrowersyjny. A właściwie miałam. Bo wcale nie był.

Kiedy zaproszono mnie do udziału w kampanii, byłam mega podekscytowana. Wyrwałam się jak szalona do miejsca jakim jest kościół, stwierdzając, że będzie to bardzo spójne z moim blogiem i treściami, które na nim udostępniam. Później mój entuzjazm nieco osłabł. Dotarło do mnie, że skoro karmienie w parku, potrafi wzbudzić dyskusję hejterów, to z kościołem nie będzie lepiej. Jakież było moje zdziwienie, kiedy spot z moim udziałem obiegł cały internet, a nawet telewizję, a odzew był maksymalnie POZYTYWNY!

Oczywiście, nie w 100 %. Pojawiły się głosy, mówiące o tym, że problemu nie ma. Że walczymy o coś, co powinnyśmy zostawić w spokoju. Być może mówią to osoby, które nigdy nie spotkały się z hejtem. Być może mówią to osoby, które nigdy nie karmiły publicznie. Być może. Bo w moim mniemaniu, problem był jest i będzie. I wiem jak cholernie ciężko przemóc się, by uczestniczyć z małym dzieckiem w życiu publicznym i karmić zupełnie swobodnie.

 

 

 

NIE CHCEMY WALCZYĆ

Żadna z nas nie walczy i nie chce walczyć. Nie chcemy czuć się wyjątkowe, lepsze i lepiej traktowane. Chcemy być traktowane normalnie. Chcemy uświadomić ludzi, że mamy prawo karmić tam gdzie chcemy. Nie chcemy zamykać się w domach, nie chcemy być sfrustrowane faktem, że może być takie miejsce, w którym dziecko zażąda karmienia, a my będziemy musiały pół godziny szukać miejsca do schowania. Chcemy czuć, że możemy to zrobić w każdej chwili - spokojnie, naturalnie i bez dziwnych spojrzeń i docinek. Chcemy przestać się chować i poczuć, że społeczeństwo od nas tego nie wymaga.

 

KIEDY ŚWIADOMOŚĆ ZACZYNA WZRASTAĆ

Myślę, że spokojnie mogę powiedzieć, że kampania odniosła i dalej odnosi sukcesy. Od samego początku, mówiłam Wam, że mam poczucie, że zrobimy tymi działaniami wiele dobrego. W miarę upływu lat, społeczeństwo zaczyna być coraz bardziej świadome. Coraz głośniej mówi się o tym co naturalne i dobre. Zdrowiej żyjemy, zdrowiej się odżywiamy, więcej uwagi przywiązujemy do wychowywania dzieci, do rozwoju osobistego. Skoro o tych wszystkich rzeczach mówimy coraz głośniej i chcemy je promować, dlaczego nie promować tego co jest tak dobre dla naszych dzieci - karmienia piersią? Dlaczego nie promować tego, co pozwoli nie czuć się mamom karmiącym wykluczonym z życia publicznego?

Kampania #konieczabawywchowanego odniosła sukces - to jest pewne. Spoty wszystkich dziewczyn do tej pory krążą po internecie. Mogliście nas widzieć w faktach na TVN, w TVN24, w Pytaniu na Śniadanie i w kilku innych wiadomościach. Dziewczyny udzielały też wywiadów w Radiu Kolor.

Mamy, które do tej pory się wstydziły, powiedziały w końcu: dość. Chcemy żyć normalnie. Zaszczepiłyśmy w tych matkach, pewność, że nie muszą się już dłużej chować. Że mają prawo karmić tam gdzie chcą. Ale nie wpłynęłyśmy tylko na mamy. Wpłynęłyśmy na otoczenie. Nasze vademecum pozwoliło pokazać, jak w danej sytuacji powinna zachować się każda ze stron. I śmiem stwierdzić, że świat tego potrzebował. Ileż to razy spotykałam się z dziwnymi zachowaniami osób, które nie wiedziały, czy mają patrzeć na mamę karmiącą, czy urwać rozmowę, czy... uciec ;) To co naturalne, stało się dziwne i krępujące - dla jednej i drugiej strony.

 

 

#KONIECZABAWYWCHOWANEGO

 

Jeśli moja praca ma polegać na udziale w tego typu kampaniach, to śmiem twierdzić, że mam najlepszą pracę na świecie. Dziękuję z całego serca wszystkich, którzy tak ciepło i pozytywnie opowiadają o moim ( i nie tylko ) spocie. Dziękuję wszystkim partnerom i fundatorom, dzięki którym ten projekt miał szansę zostać zrealizowany. Po raz kolejny udowodniliśmy, że o tym co ważne, trzeba mówić głośno. Bez wstydu, bez niepewności i skromności. Wszystkie mówimy głośno i wyraźnie #konieczabawywchowanego - i możliwe, że to nie jest nasze ostatnie słowo.

 

DZIĘKUJĘ!

 

Kiedy Polcia była malutka, czytanie książek wydawało mi się bezcelowe. Wyrywała mi je, przewijała strony i w ogóle nie chciała słuchać tego co jej czytam. Nie zawsze, ale taki scenariusz był mimo wszystko częsty.

Dziś sprawa wygląda zupełnie inaczej - po fazie na różnorakie zabawki ( nimi wciąż się bawi of kors) , YT itp. przyszła kolej na książki, które chłoniemy z Polą jedna po drugiej. Czytamy je, później sobie o nich rozmawiamy, zadajemy pytania, wysnuwamy wnioski. To fajny trening dla naszego umysłu, kreatywności, spostrzegawczości. Na książki mogłabym wydawać całe swoje wypłaty. I te dla siebie, i te dla Poli.

Kiedyś książki dla dzieci miały być po prostu - dla dzieci. Dziś najczęściej patrzymy na to, żeby prócz ładnych obrazków, niosły ze sobą jeszcze jakiś morał, przekaz. I tak najczęściej jest. Książki dla dzieci powalają teraz i oprawą graficzną i treścią. Marzy mi się regał Polci caaaały w tego typu książkach - w sklepach widzę ile jeszcze czeka na nas nowości, ale niestety ceny też do najniższych nie należą, toteż tak sobie kupujemy od czasu do czasu po kilka.

W sumie to nie sądziłam, że jakieś storiesowe migawki tego co czytamy, spotkają się z takim odzewem, ale to tylko utwierdziło mnie w przekonaniu, że chciałabym się z Wami podzielić tymi pozycjami, które naprawdę mogą dziecko czegoś nauczyć i które z Poluchą bardzo lubimy. Dzisiaj na pierwszy rzut, pokażę Wam 10 naszych ukochanych książek i myślę, że tak co jakiś czas, będę do Was z taką dyszką wyskakiwać.

 

KSIĄŻKI DLA DZIECI, KTÓRE UCZĄ

 

BASIA I SŁODYCZE

Świeżutka pozycja na naszym książkowym regale. Książeczki z Basią to cała seria bajek o przygodach Basi. Każda z nich, pokazuje inną sytuację, często trudną dla dziecka i pokazuje w prosty i zrozumiały sposób jak sobie z nią poradzić. Basia i słodycze w fajny i zabawny sposób pokazuje jakie mogą być skutki łakomstwa i jedzenia zbyt dużej ilości słodyczy. Niebawem będziemy polować również na Basię i pieniadzę oraz Basię i moda. Książeczki można w internecie upolować już za ok. 12 zł, więc cena jak najbardziej spoko.

 

 

KICIA KOCIA W POCIĄGU

Tutaj również cała seria książeczek o Kici Koci, ale ta jest naszą pierwszą. Tak jak w przypadku Basi - każda książeczka uczy dzieci czegoś nowego, wdraża w zasady panujące w codziennym życiu, wartości itp. Bohaterką jest mała kotka Kicia Kocia - niezwykle serdeczna, rezolutna i "kumata" :P Od książeczek aż bije ciepło, a wszystkie wartości i zasady przemycone są w nienachalny i prosty sposób. Kicia Kocia w pociągu była nam szczególnie przydatna przed takimi właśnie podróżami :)

 

 

 

LITERKOWO - POZNAJĘ LITERKI

No po stories z tą książeczką ( AŻ jeden snap! ) to zalałyście mnie zapytaniami: co to?! A akurat nie sądziłam, że to wzbudzi w ogóle jakiekolwiek zainteresowanie. A jednak :D Książeczka już trochę sfatygowana, przywiozłam ją z Polkowego pokoju z mieszkania teściowej. Pola ma tam książeczki, różne zabawki itp. i czasem coś mi tam "niechcący" do walizki wpadnie podczas pakowania ;)

LITERKOWO to zbiór wierszyków, które opisują każdą literę z alfabetu, używając kilku słów na daną literę w jednym wierszyku. Wyrazy te są zawsze pisane pogrubioną czcionką. Bardzo fajne ilustracje też przyciągają wzrok. Pola dzięki tej książce nauczyła się wielu liter.

Niestety z tego co wiem, nie można jej już nigdzie dostać :(

 

 

 

KSIĄŻECZKI O ZUZI - SERIA MĄDRA MYSZ

No... nasz ulubieniec :) Pierwsze książeczki o Zuzi, Polcia dostała od teściowej. Byłam tak oczarowana tym, ile Pola się z nich uczy, że szybko zaczęłam dokupować jej kolejne egzemplarze. Mamy chyba już prawie wszystkie. Każda książeczka, uczy dziecko jak zachować się w trudnej, często stresującej dla dziecka sytuacji. Są to sytuacje takie jak: kłótnia z przyjaciółką, nauka jazdy na rowerze, pierwsza noc u koleżanki poza domem, wizyta u dentysty, zgubienie się w sklepie. Każda książeczka ma szczęśliwe rozwiązanie, dzięki któremu dziecko bardzo łatwo zapamiętuje jak powinno w danej sytuacji się zachować. Dzieci to naprawdę łapią! Pola baaaardzo lubi Zuzię i to też za sprawą fajnych, miłych dla oka ilustracji. Tą serię powinien mieć w domu każdy rodzic. Serio!

 

 

 

 

WIEWIÓRKI KTÓRE NIE CHCIAŁY SIĘ DZIELIĆ

Również świeża pozycja, ale zakochałam się w niej od pierwszego wejrzenia, a po przeczytaniu już totalnie przepadłam. Wiewiórki, które nie chciały się dzielić - to typowa, nowoczesna forma ilustracji, różne czcionki i co najważniejsze - PRZEKAZ. Książeczka traktuje o umiejętności dzielenia się, a także o przykrych konsekwencjach "chorej" rywalizacji. Sztos.

 

 

 

 

NAWET NIE WIESZ, JAK BARDZO CIĘ KOCHAM

Jest tu ktoś, kto jeszcze tego nie zna ?! Szczerze - wątpię! Nawet nie wiesz, jak bardzo Cię kocham - przecudna, wzruszająca i chwytająca za serce opowieść o umiejętności wyrażania swoich uczuć. Za każdym razem, dosłownie ZA KAŻDYM, książka uruchamia we mnie i Polci całe pokłady miłości, motywuje do tego, by powiedzieć sobie wzajemnie coś miłego... wiem jak ważne w życiu nie tylko małego, ale i dużego człowieka jest mówienie o tym co się czuje. W mojej rodzinie mi tego brakowało, dlatego teraz na ten temat jestem wyczulona. Mówienia o emocjach, trzeba uczyć od najmłodszego,a  ta książka idealnie się w tej nauce sprawdzi. Całości dopełniają ciepłe i pełne miłości ilustracje...

 

 

 

 

MAŁA WSTYDNISIA

Całkiem spontanicznie wzięłam to z empikowej półki, bo wiecie - za piątaka, to czemu nie sprawdzić :P Tutaj również jest to cała seria książeczek, a każda z nich opowiada o innej emocji, innym elemencie naszej osobowości. Jest książeczka o złości, o wstydzie, o upartości, o lenistwie... jest tych książeczek całkiem sporo, a patrząc na ich cenę - 5 zł, myślę, że nie będzie problemem kupowanie ich kilku, raz na jakiś czas. Na 1 rzut wzięłam pozycję Mała Wstydnisia, bo temat jest u nas mocno na czasie - stety, niestety. Polcia wyciągnęła wnioski i widzę, naprawdę widzę, jak wiele dziecko się uczy poprzez to, co widzi i słyszy z książek. Tak jak mi w życiu pomagają książki o duchu motywacyjnym, tak dzieciom pomagają nauczyć się żyć, te książki, które czegoś uczą - zwłaszcza jeśli uczą jak radzić sobie ze swoimi emocjami i przezwyciężać swoje słabości.

 

 

KTO POCIESZY MACIUPKA?

Cudowna bajka, wręcz poezja. "Kto pocieszy Maciupka?" to niesamowity styl, charakterystyczna czcionka, piękne ilustracje i niezwykła opowieść... opowieść o strachliwym i nieśmiałym Maciupku, który postanawia opuścić dom i wyruszyć w podróż. Książka to opowieść o niezwyklej sile, o przyjaźni, o miłości, o walce z własnymi lękami i ograniczeniami. W tej książce wszystko jest na najwyższym poziomie i chyba żadna książka póki co nie podbiła mojego serca wszystkimi tymi elementami, które tworzą jedną, unikalną całość. Coś pięknego.

 

 

7 NAWYKÓW SZCZĘŚLIWEGO DZIECKA

To jest czad! I każdy rodzic, któremu zależy na wychowaniu szczęśliwego dziecka, powinien zainwestować w taką książkę. Książka to siedem historii i każda z nich uczy dziecko jednego, ważnego w życiu nawyku. Na wstępie książki, przedstawionych jest siedmiu bohaterów - każdy z nich inny i wyjątkowy na swój sposób. Wasze dzieci nauczą się z tej książki wieeelu dobrych rzeczy - umiejętności planowania czy organizowania sobie czasu. REWELACJA.

 

 

 

HEKTOR

Z całego dzisiejszego zestawienia, ta książka jest najdłużej w naszej biblioteczce, bo chyba od samego początku. Przywiozłam ją z jakiegoś blogowego spotkania i nie sądziłam, że stanie się jedną z naszych ulubionych. Hektor to niezwykła opowieść o inności, o różnicach. Książka uczy dzieci, by nie oceniać nikogo powierzchownie, by nie odtrącać nikogo tylko dlatego, że jest inny, wygląda inaczej, czymś się od reszty różni. Piękna i wzruszająca...

 

Jakiś czas temu, zostałam zaproszona na kameralne spotkanie z UNICEF Polska. Gdybym wcześniej wiedziała, ile łez wyciśnie z nas wszystkich ta wspólnie spędzona godzina - zabrałabym ze sobą walizkę chusteczek i psychicznie nastawiłabym się na przyjęcie faktów, o których pojęcia nie miałam.

Unicef od dawien dawna robi na świecie wiele dobrego. Kto nawet pobieżnie śledzi ich poczynania, ten doskonale widzi na jak dużą skalę działają. Kiedyś z powodu zbyt dużej empatii, zamknęłam się na pomoc w znacznym stopniu. Przelewałam pieniądze na różne organizacje, ale nie zagłębiałam się w historię i nie wchodziłam w to zbyt mocno... Za bardzo się to na mnie odbijało. Dzisiejsza dojrzałość i świadomość sama jednak zaprowadza mnie w miejsca, w których chcę pomóc, ale chcę też wejść w to głębiej - nie chcę tylko rzucić kasą. Chcę realnie się w to zaangażować.

 

PONAD 7000 NOWORODKÓW UMIERA KAŻDEGO DNIA

3000 Z NICH, NIE PRZEŻYWA NAWET DOBY

Takie dane, zostały nam przedstawione na spotkaniu. Ok, mam pojęcie o tym co się dzieje na świecie. JAKIEŚ pojęcie mamy wszyscy. Ale nie zdawałam sobie sprawy, że sytuacja jest aż tak krytyczna. Każdego roku 1,3 miliona dzieci umiera w trakcie akcji porodowej. Doszło do tego, że liczymy te dzieci w MILIONACH... to drastyczne, niewyobrażalne i tak cholernie smutne. Na spotkaniu UNICEF spłakałyśmy się dosłownie wszystkie. Dla nas, matek, to był najbardziej czuły punkt.

 

 

WIĘCEJ NIŻ DZIEŃ

UNICEF postanowił skupić się na pierwszym miesiącu życia dzieci. Aż 2,6 milionów noworodków umiera właśnie w pierwszym miesiącu życia. Większość z tych dzieci umiera z powodów, którym teoretycznie łatwo byłoby zapobiec. Tylko teoretycznie, bo to co jest łatwe w krajach bogatych, jest dużo trudniejsze w krajach ubogich, w trudno, dostępnych miejscach. Z brakiem dostępu do czystej wody, do środków dezynfekujących, a przede wszystkim - bez wsparcia położnych i bez sprzętu, który mógłby pomóc w razie nagłych interwencji.

UNICEF w swojej akcji stawia przede wszystkim na szkolenia, na podniesienie kwalifikacji lekarzy, pielęgniarek, położnych. Chce zapewnić dostęp do czystej wody, środków dezynfekujących, a także wesprzeć kobiety w karmieniu piersią w ciągu pierwszej godziny życia dziecka; zapewnić mu kontakt ze skórą matki...

Celem jest zebranie 130 mln USD na wsparcie programów opieki zdrowotnej w 10 krajach docelowych: Bangladesz, Etiopia, Gwinea Bissau, Indie, Indonezja, Malawi, Mali, Nigeria, Pakistan oraz Tanzania.

 

 

KIEDY UMIERA DZIECKO, UMIERA TEŻ MATKA...

Te słowa na spotkaniu uderzyły mnie najbardziej. Wielu ludzi błędnie sądzi, że jeśli śmierć jest codziennością - to można do niej przywyknąć. Ludzie mówią: " dla nich to codzienność..." - ale ja na taką codzienność się nie godzę. Każda śmierć dziecka to dramat, to ludzka tragedia, której nikt nie powinien doświadczać. Kiedy umiera dziecko, umiera też matka. Kiedy umiera dziecko, to tak jakby matce wyrwano jej serce i kazano żyć bez niego dalej. Ludzie mówią: " w Polsce też jest bieda, naszym trzeba pomagać" - ale czy to, że najwięcej dzieci umiera z dala od nas, sprawia, że problem nas nie dotyczy? Czy tylko dlatego, że są to miejsca często odległe, sprawia, że śmierć jest mniej ważna? Polska to kraj niezwykle rozwinięty, szpitale są na każdym kroku. W ubogich krajach, na dziesiątki tysięcy osób, przypada często jeden lekarz, oddalony o kilkaset kilometrów od osoby, która akurat go potrzebuje. Dodatkowo świadomość tych ludzi jest katastrofalnie niska. Bez dostępu do czystej wody, noworodki w pierwszej dobie, są dopajane ziółkami, czy brudną zanieczyszczoną "wodą."

To co dla nas jest codziennością, dla ludzi z krajów ubogich, jest czymś nieosiągalnym. Podczas gdy kobiety z Indonezji czy Bangladeszu, do najbliższego lekarza jadą na skuterach kilkadziesiąt albo i więcej kilometrów, kobiety w Polsce wybierają sobie szpitale, położne, a za porody w prywatnych klinikach płacą tysiące złotych. Przebieramy w państwowych placówkach i oburzamy się kiedy ktoś na oddziale poświęci nam zbyt mało czasu, a położna warknie, kiedy kopniesz ją przy zbyt mocnym skurczu. A tam, na drugim końca świata, ktoś marzy jedynie o czystej wodzie i o miejscu, w których ich dziecko może po prostu przeżyć.

 

ZAANGAŻUJ SIĘ...

Tak nie wiele trzeba od siebie dać, by wspólnymi siłami zdziałać naprawdę dużo. Nawet 20, 10, czy 5 złotych, to realna pomoc, na którą większość z nas może sobie przecież pozwolić. Możemy pomóc milionom noworodków, przeżyć ich pierwszy miesiąc wpłacając jednorazowe kwoty, bądź uruchamiając cykliczne, miesięczne płatności.

Wejdź na stronę kampanii Więcej Niż Dzień i dołóż swoją cegiełkę w imię budowania lepszego świata. Każde dziecko zasługuje na życie i na godne warunki, w których się rodzi i żyje. Razem mamy szansę to osiągnąć...

Podarujmy dzieciom więcej niż jeden dzień...

Przemycałam Wam temat już od dłuższego czasu, nie zdradzając zbyt wiele. Dziś mogę nareszcie pokazać Wam efekty tej cudownej kampanii społecznej, w której miałam zaszczyt wziąć udział z trzema innymi blogerkami.

Już od dwóch lat, na swoim blogu prowadzę cykle wpisów pod patronatem marki Femaltiker, która wspiera karmienie piersią. O ile jeszcze kilka lat temu nie byłam tak zaangażowana w ten temat, tak teraz, będąc świadomą i dojrzałą kobietą - angażuję się coraz mocniej. Po co? Po to, żeby kobiety wiedziały, że mają wsparcie w innych kobietach. Po to, żeby przestały się wstydzić. Po to, żeby przestały się chować w obawie przed społeczną nagonką. Nie chodzi mi tutaj o wyjście na ulicę i krzyczenie, a o próbę normalnego uświadomienia społeczeństwa w temacie, który powinien być tak normalny i naturalny.

Mam to szczęście, że w swoim otoczeniu zawsze trafiałam na osoby życzliwe i przyjazne. Karmiłam na ławce w parku, karmiłam na Mszy Świętej w kościele. Zawsze robiłam to dyskretnie, często odchodziłam na bok - na początku trochę obawiałam się reakcji społeczeństwa, głównie przez fakt, że byłam świadkiem jak kilku znajomych przeżywało, że kobieta ośmieliła się karmić swoje dziecko np. w restauracji. Ludzie w mojej małej mieścinie byli zamknięci na wiele oczywistych tematów, a ja mając 21 lat za bardzo myślałam o tym, co myślą inni. Ale mimo wszystko karmiłam - bo była to dla mnie rzecz oczywista, że kiedy dziecko jest głodne - to albo się wyjmuje butelkę, albo wyjmuje się pierś.

KARMIENIE W WIELKIM MIEŚCIE

Kiedy przeprowadziłam się do Warszawy, matki karmiące widziałam dosłownie wszędzie. Zawsze posyłałam im życzliwy uśmiech. Nie gapiłam się jakoś przesadnie, ale chciałam żeby wiedziały, że to mimo wszystko miły i fajny widok. Staram się posyłać uśmiech każdej mamie - niezależnie czy jej dziecko ssie pierś czy butelkę. Widok kochającej mamy zawsze mnie rozczula, po prostu. Mając obecnie lat 25 i żyjąc od 3 lat w mieście, gdzie tak duża jest tolerancja, a zarazem zróżnicowanie pod każdym względem, stałam się bardziej śmiała i bardziej pewna swoich wyborów. Gdybym teraz zdecydowała się na drugie dziecko, nie czułabym się nawet minimalnie zawstydzona karmiąc publicznie. Mało tego - totalnie nie przejmowałabym się faktem, że komuś może to przeszkadzać. Bo wiem, że takie osoby są.

KONIEC ZABAWY W CHOWANEGO

#konieczabawywchowanego to kampania społeczna promująca karmienie piersią w miejscach publicznych. W ramach kampanii powstało Vademecum kultury karmienia piersią w miejscach publicznych dla mam i otoczenia. Opracowaniem Vademecum zajęłyśmy się nie tylko my - blogerki, ale również eksperci z dziedziny psychologi, socjologii, antropologii oraz savoir vivre. Wspólnymi siłami stworzyliśmy projekt, który jest pomocny dla każdej ze stron.

Wybrałyśmy cztery miejsca publiczne: park, kościół, restauracja i galeria handlowa. Każda z blogerek, otrzymała jedno miejsce, w którym został nakręcony spot z jej udziałem. Nikogo nie zdziwi więc, że moim wyborem był... kościół ;)

Po co to wszystko? Po to, by mamy przestały się zastanawiać, gdzie mogą karmić, a gdzie nie mogą. Po to, by przestano im wmawiać, że muszą sobie organizować czas tak, by nie robić tego publicznie. Ale też po to, by zarządcy mogli się zastanowić, co zrobić, by unikać sytuacji, w których mama karmiąca jest przez kogoś wypraszana, albo nie może znaleźć miejsca, w którym może nakarmić. A także po to, by otoczenie mogło w pobliżu karmiącej mamy czuć się swobodnie - vademecum pokazuje nam jak się zachować - patrzeć, nie patrzeć, zagadywać, nie zagadywać. Te dla wielu oczywiste oczywistości, nie są tak oczywiste dla sporej części społeczeństwa. Przez wiele kontrowersyjnych sytuacji nagłaśnianych w TV, mamy jak i otoczenie, zaczęły wątpić w to, co jest właściwe, a co nie. Wokół naturalnej rzeczy, stworzyło się wielkie HALO, bo okazało się, że to co normalne dla jednych - dla innych wręcz przeciwnie - nie jest normalne. Vademecum pozwala każdej stronie na nowo odnaleźć się w tym temacie.

 

SKĄD SIĘ BIERZE HEJT?

Na stronie kampanii, znajdziecie również zakładkę SKĄD SIĘ BIERZE HEJT? Razem z Hafiją, SuperStyler i Nebule, zebrałyśmy wypowiedzi i argumenty przeciwników karmienia piersią i przekazałyśmy je ekspertom, którzy odnieśli się do nich z perspektywy socjologicznej, psychologicznej i antropologicznej.

 

KARMIENIE W KOŚCIELE...

Na początku wydawało mi się, że wybrałam sobie miejsce najbardziej kontrowersyjne. Jednak cały czas, swoje przekonania opierałam na słowach Papieża, który wręcz namawia kobiety do tego, by nie krępowały się karmić w kościołach. Jestem mocno zaangażowana w temat religii, więc słowa Papieża są dla mnie można powiedzieć - święte. Jako dziecko Boże, w swojej codzienności staram się być dobrym człowiekiem. W kontaktach międzyludzkich stawiam na empatię, życzliwość i serdeczność. Jak więc mogłabym nie wstawić się za mamami, które chcą uczestniczyć we Mszy Świętej razem ze swoimi nawet najmniejszymi pociechami? Kościół to Wspólnota, która powinna być dla każdego. Powinna być tak samo dla 80 letniej staruszki jak i dla miesięcznego malca. Jakim bylibyśmy przykładem, gdybyśmy będąc wierzącymi ludźmi, pozwolili czuć się komukolwiek z tejże Wspólnoty wykluczonym?

Zapraszam Was serdecznie do obejrzenia spotu z udziałem moim oraz mojej czytelniczki Aleksandry, która ze swoją pociechą przyjechała na nagrania aż z Kielc.

 

 

ŻYJ I POZWÓL ŻYĆ INNYM

W myśl takiej zasady, idę przez swoje życie. Nie zaglądam nikomu do talerza, do łóżka, ani do piersi. Pozwalam innym na ich własne wybory i szanuję te, które jeszcze w dodatku promują to co dobre. Uczestniczenie w tej akcji dało mi niezwykłą szansę dołożenia swojej cegiełki w słusznej i ważnej sprawie. Wracając z nagrań, byłam totalnie wzruszona. Poczułam, że to co robię ma sens, że to wszystko idzie w dobrym kierunku. Wierzę, że ta kampania wniesie w nasze życia wiele dobrego.

Z całego serca dziękuję wszystkim, którzy przyczynili się do powstania tej kampanii, a w szczególności Aleksandrze, którą znajdziecie na instagramie jako biegomatkaa także pozostałym blogerkom: Marcie z bloga SuperStyler ; Ani z bloga Nebule i Agacie z bloga Hafija. Ich spoty możecie zobaczyć tutaj. 

A Was kochani czytelnicy, zachęcam do udostępniania naszych spotów na FB, a także do promowania akcji pod hashtagiem #konieczabawywchowanego. Skończmy wreszcie z tą dziecinną zabawą - raz na zawsze! :)

 

 

 

@alicjawegnerpl

Zajrzyj na mój Instagram i sprawdź, jak żyję, manifestuję oraz działam.
cartcrossmenuchevron-down linkedin facebook pinterest youtube rss twitter instagram facebook-blank rss-blank linkedin-blank pinterest youtube twitter instagram