Medytacja to dla mnie nic innego jak celebracja ciszy, skupienie na swoim oddechu. Tylko podczas ciszy, możemy usłyszeć samego siebie, możemy usłyszeć swoje prawdziwe potrzeby. Medytacja daje nam wgląd w swoją duszę, w swoje myśli. Medytacja nie jest wbrew pozorem stanem bez myśli. Jest stanem, w którym tym myślom możemy się bezkrytycznie i spokojnie przyjrzeć. Jesteśmy bezstronnym obserwatorem, który podczas medytacji poznaje lepiej samego siebie i w końcu może usłyszeć swój wewnętrzny głos, który tak często jest tłumiony przez chaos z zewnątrz. Ciężko jest usłyszeć siebie, kiedy stale ładujemy się bodźcami zewnętrznymi, stale znajdujemy sobie zajęcia, stale COŚ robimy, stale o czymś mówimy, stale kogoś słuchamy, stale gdzieś biegniemy.
Boimy się ciszy, bo boimy się usłyszeć samego siebie. Boimy się ciszy, bo nagle się okazuje, że na wierzch może wyjść nasz krzyk rozpaczy, który kiedy stale jesteśmy czymś zajęci - jest zagłuszany. Po co więc medytować? Po to, by usłyszeć siebie, ale też po to, by nauczyć się ten swój głos akceptować i go nie oceniać. Mamy być tylko obserwatorami.
Medytacja to dla mnie przede wszystkim najcudowniejsza forma relaksu. Nawet jeśli ciężko mi zapanować nad myślami, to po 10 minutach medytacji ( takie moje minimum) mój oddech jest totalnie uspokojony, ale zachodzi też wielka zmiana we mnie. Jestem spokojna, wyciszona, pozytywnie nastawiona do wszystkich wyzwań i codzienności. A co najważniejsze - kiedy praktykuję codziennie, ten stan spokoju permanentnie się utrzymuje i wpływa pozytywnie na wszystko. Na relacje z innymi ludźmi, na moją pracę. To jest niesamowite!
Medytacja otwiera nam umysł, ale jednocześnie oczyszcza go. Czytając wywiady z ludźmi sukcesu, z kobietami biznesu, czy po prostu ze szczęśliwymi ludźmi - większość z nich mówiła o praktyce medytacji. Pomyślałam kiedyś, że musi coś w tym być. Czy tacy ludzie dzięki medytacjom, są bardziej skuteczni, bardziej zmotywowani, bardziej spokojni? A może po prostu mają bardziej otwarty umysł? Chciałam przekonać się o tym na własnej skórze i medytowałam, ale... niezbyt regularnie. A jak wiemy - kluczem do sukcesu na jakiejkolwiek płaszczyźnie - czy to np. bieganie, czy nauka angielskiego, czy właśnie medytacja - jest systematyczność i regularność. Nic nie da nam owoców, jeśli będziemy to robić "od czasu do czasu".
Regularnie zaczęłam medytować, kiedy natrafiłam na snap jakiegoś zagranicznego twórcy, na którym napisał, że medytował 11 dni z rzędu i to co może powiedzieć to tyle, że to jest niesamowite jak bardzo wpłynęło to na postrzeganie świata, życia. I to mnie tak zmotywowało, że postanowiłam sama zobaczyć, jak to jest medytować codziennie.
Nie powinniśmy co prawda myśleć o medytacji jako o technice, która da nam korzyści, ale nie będę ukrywać, że było to dla mnie na początku dobrą motywacją. Z dnia na dzień jednak, robiłam to coraz bardziej dla samego medytowania, niż dla osiągnięcia jakiegoś celu. Ale gdyby już się skupić na tych korzyściach to medytacja pozwala nam przede wszystkim:

Tak jak wspominałam na początku wpisu. Zbyt dużo czasu tracimy na zastanawianie się jak to robić, zamiast po prostu usiąść i... to zrobić :) Ja medytację zaczęłam od tego, że po prostu usiadłam na macie ( ale możesz na łóżku, na krześle gdziekolwiek) i odpaliłam sobie na YT medytację prowadzoną przez Gosię Mostowską. Usiadłam po turecku, zamknęłam oczy, wyprostowałam kręgosłup, położyłam ręce na kolanach łącząc kciuk z palcem wskazującym. Przez ok. 10 minut świadomie oddychałam, słuchałam Gosi i... medytowałam. Medytacje prowadzone to najlepszy sposób, żeby zacząć. Dopiero od niedawna próbuję medytować przy cichych dźwiękach gongów, sam na sam ze sobą, bez niczyjego głosu.
Na początek, możesz zacząć, od 3 albo 5 minut. To już będzie coś. Rzucanie się od razu na 15 minutowe sesje może skończyć się frustracją i zniechęceniem. Dlatego tak jak w wszystkim, najlepiej zastosować metodę małych kroków.
Podczas medytacji możesz leżeć nawet w łóżku, ale z doświadczenia wiem, że lepiej wejść w ten stan właśnie siedząc - ja w łóżku zasypiam :D Zalecaną pozycją jest właśnie pozycja siedząca, ale nie jest to warunek konieczny.
Moja praktyka jest następująca:

I to jest zupełnie normalnie. Myśli będą pojawiać się co chwilę. I wiecie jaki popełniałam błąd na początku mojej drogi z medytacją? Walczyłam z nimi i efekt był taki, że... cała medytacja była dla mnie jedną wielką walką. Kiedy odkryłam, że tak naprawdę te myśli trzeba zaakceptować i pozwolić im odejść - odkryłam pięknego medytacji.
Kiedy zauważysz, że Twoją głową zaczynają nachodzić myśli - przyjrzyj się im, dosłownie. Jeśli ja zaczynam myśleć powiedzmy o tych bułkach i to zauważam - to obrazuję je sobie w głowie, myślę "ok"... widzę je. I pozwalam tym myślom odejść. To również sobie obrazuję. Każdą myśl wyobrażam sobie jako obrazek np. w chmurce, czy po prostu kwadratowy obrazek i puszczam go, dosłownie widzę jak odlatuje daleko daleko, jest coraz mniejszy aż w końcu totalnie znika z punktu widzenia. I wtedy wracam na spokojnie do oddechu. To może brzmieć głupio, ale serio spróbujcie tego i zobaczycie o co chodzi.
Czyli w skrócie - nie walczymy z myślami. Zauważamy je, akceptujemy, pozwalamy im odejść i ponownie skupiamy się na oddechu. Wdech, wydech, wdech, wydech.
Medytację kończę unosząc na wdechu ręce do góry, i z wydechem umieszczając je złożone jak do modlitwy, na wysokości serca. Dziękuje sobie za medytację i pomału zaczynam wychodzić ze stanu medytacji, poruszając palcami dłoni, stóp. Na końcu otwieram oczy :)

No... muszę Cię przed tym ostrzec. Reakcje podczas medytacji są różne. Będąc sam na sam ze sobą, ciszą i swoimi myślami, tak jak już mówiłam - możemy w końcu usłyszeć siebie. I to nie zawsze będzie przyjemne. Kilka razy podczas medytacji się popłakałam, ale było to w efekcie niezwykle oczyszczające. Wiele razy zdałam sobie podczas medytacji sprawę z rzeczy, o których nie miałam pojęcia. Wiele razy dotarł do mnie głos, którego wolałabym nie słyszeć. Tylko, że... to niedopuszczanie do siebie swojego głosu, a czasem krzyku jest jak zamiatanie problemów pod dywan. One wciąż tam są i mało tego... nawarstwiają się. One nie znikają.
Kiedy tylko chcesz, kiedy tylko masz czas i warunki ( cisza, spokój). Ważne, by robić to regularnie. Dla mnie najlepszym obecnie "schematem" jest praktyka i rano i wieczorem. Poranna praktyka, pozwala dobrze nastroić się już na samym początku dnia. Mamy wtedy więcej spokoju, jesteśmy bardziej odporni na stres i kryzysowe sytuacje, które zadzieją się w ciągu dnia. Z kolei praktyka wieczorna, pozwala mi zmyć z siebie cały pęd i stres z całego dnia. Pozwala mi się wyciszyć po całym dniu bodźców, hałasów, kontaktów, wydarzeń. Pozwala mi też dostrzec dobre rzeczy, które się wydarzyły i spojrzeć przychylniej na te gorsze sytuacje. Zapewniam Was, że położenie się spać po sesji medytacji będzie dla Was czymś absolutnie wyjątkowym, jeśli do tej pory zasypialiście po godzinnym patrzeniu się w telewizor albo telefon. Komfort psychiczny i fizyczny w tych dwóch sytuacjach to niebo a ziemia. Własnie z tego powodu tak bardzo pilnuję wieczorami bycia offline i oddaję się swoim rytuałom.
Dzięki medytacji, zaczęłam odkrywać swój prawdziwy potencjał. Zaczęłam bardziej skupiać się na tu i teraz, porzucając ciągłe rozmyślanie o przeszłości i przyszłości. Nadal upadam, nadal się potykam i mam słabsze dni. Ale medytacja stała się dla mnie czymś, co robię z wielką przyjemnością. Jestem dopiero na początku tej drogi, ale już wiem i jestem pewna, że dalej chcę nią kroczyć i chcę wejść w ten świat jeszcze głębiej.

Na koniec mam dla Was coś naprawdę świetnego. Będzie to dla Was ( mam nadzieję) codzienną motywacją i pomoże Wam w praktykowaniu medytacji w miarę regularnie. Możesz zacząć kiedy tylko chcesz. Możesz dołączyć kiedy tylko chcesz. Fajnie, jeśli po prostu zaczniesz! :)
Poprosiłam Martę z TomiTobi, żeby przygotowała dla nas wszystkich tabelkę, w której będziecie odhaczać dni, w których medytowałyście. Nie ma tutaj dni kalendarzowych, dni tygodnia. Są tylko numery od 1 do 30. To wy decydujecie kiedy przypadnie 1 dzień, ale pamiętajcie, że tych 30 numerków, to ciąg 30 dni, jeden po drugim!
Większa tabelkę możecie wydrukować i ona jest tylko dla Was. Druga tabelka, będzie udostępniona na moim stories i będziecie mogły sobie zrobić jej screen, i wrzucać codziennie na stories z ptaszkami bądź krzyżykami - zależnie czy zaliczycie w dany dzień medytację, czy nie.
Pamiętajcie, żeby oznaczyć mnie na stories jeśli będziecie wrzucać tabelkę! :) Nie jest to żaden konkurs, ale tylko wtedy będę mogła to zobaczyć i pokazać u siebie, a tym samym zmotywować innych. Moim celem jest zmotywowanie Was do regularnego medytowania. Chcę, żebyście na własnej skórze przekonały się, jak zmieni się Wasze nastawienie po 30 dniach medytacji. A wierzcie mi - zmieni się bardzo!
Tabelkę do druku, możecie pobrać TUTAJ . Jest naprawdę piękna, zobaczcie same!

Na koniec, chciałam podziękować trzem osobom, dzięki którym ten wpis w ogóle powstał:
Na koniec, podrzucam Wam również linki do filmików na YT, przy których najchętniej medytuję:
Wpiszcie sobie na YT, medytacja i ... wybierzcie to, co dla Was najlepsze. Zacznijcie od medytacji prowadzonych, a potem próbujcie medytacji przy muzyce... jest też świetna aplikacja na telefon i nazywa się Insight Timer. Jest płatna i koszt na cały rok to coś około 270 zł - ja póki co testuję sobie wersję próbną 7 dniową i to dopiero od wczoraj, ale chyba zainwestuję. Macie tam setki medytacji, sami wybieracie jaki czas preferujecie. Aplikacja zaznacza Wam każdy dzień, w którym będzie medytować. Są medytacje dla dzieci, medytacje na sen, na stres. Ale póki co nie powiem Wam o tym jakoś super wyczerpująco, bo sama badam temat, także będę dawała znać jak mi idzie z tą apką. Ale serio, na dobry początek nie ma sensu inwestować. YT jest wystarczający :)
To jak? Dołączycie do mojego teamu i spróbujecie medytacji na własnej skórze? Trzymam za Was kciuki i czekam przede wszystkim na opis Waszych wrażeń. Jestem ciekawa, czy którejś z Was, uda się zaliczyć medytację 30 dni z rzędu i jakie będziecie mieć po tym odczucia.
Mam nadzieję, że wpis Wam się przyda. Nawet jeśli nie na obecny czas, to na czas... który będzie dla Was idealny :)
Ściskam ciepło,
Mamala :*
Ogólnie przez całą podstawówkę, gimnazjum i liceum byłam z j.angielskiego prymusem - świetny akcent, głowa do języków, swobodne wypowiadanie się i wieloletnia edukacja w prywatnych językowych szkołach. No i wierzcie mi lub nie, ale kilka lat studiów, na których angielski nie był na jakimś porywająco wysokim poziomie + kilka lat po studiach, kiedy w ogóle go nie używałam - zrobiło swoje. Nie jest tak, że totalnie zapomniałam tego języka, ale gramatycznie stwierdziłam, że jest cienko. Dodatkowo znów wróciła do mnie bariera językowa i 3 miesiące temu jakiś gość na ulicy zapytał mnie o coś po angielsku to mu odpowiedziałam: i don't speak english - i z burakiem na twarzy zwiałam :D I to mi dało do myślenia. Serio, ja się nie mogłam po tej sytuacji pozbierać, bo nie rozumiałam co się właściwie w tamtym momencie wydarzyło i dlaczego nie wdałam się w konwersację, podczas kiedy potem wracając w myślach dosłownie nawijałam po angielsku i szło mi nieźle.
Wróciłam wtedy do swoich podręczników, nowej książki, słownika i coś tam od czasu do czasu w tym temacie robiłam, ale niezbyt systematycznie. I miesiąc temu odezwała się do mnie szkoła ESKK i niezobowiązująco dali mi dostęp do platformy online, żebym sobie zobaczyła czy odpowiada mi taki styl nauki, czy w ogóle to do mnie przemawia. Kilka razy na samym początku Wam coś o tym mówiłam, ale celowo nie zdradzałam nazwy platformy, bo w sumie nie wiedziałam co o tym sądzić i czy cokolwiek z tego wyjdzie. Ale wyszło. A pytań od Was o naukę w domu był cały ogrom, więc po krótce postanowiłam Wam o tym opowiedzieć.
Kursy na platformie ESKK są dostosowane indywidualnie do potrzeb danej osoby. Ja wybrałam poziom średnio-zaawansowany, bo na trybie początkującym zawsze się wszędzie nudziłam. Na początku było mi jednak trochę ciężko, ale wystarczyło odświeżyć sobie podstawy i jakoś to poszło :) Po pierwszej lekcji serio, byłam załamana. Ale z każdą kolejną widziałam efekty - przypominałam sobie coraz więcej reguł języka, zasad gramatyki i rozumiałam coraz więcej zwrotów. Obsługa kursu jest banalnie prosta. Każda lekcja podzielona jest na :
Co jakiś czas odbywają się też czaty z nauczycielem o różnej tematyce. Są też czaty dla studentów danego kursu.

Na początku podczas słuchania i wypełniania kursu online, robiłam notatki. W ten sposób lepiej zapamiętuję. Ale... przy każdej lekcji, jest również rubryka z GRAMATYKĄ, gdzie macie wszystkie notatki, które spokojnie możecie wydrukować. Ja tak zrobiłam i okazało się to baaardzo pomocne. Uczę się z nich jak już nie siedzę przy komputerze i chcę sobie wszystko utrwalić. Każda lekcja ma też rubrykę SŁOWNICZEK i tam znajdziecie słownictwo, które było używane przy danej lekcji.
W moim pakiecie, każda lekcja to tak naprawdę DWIE LEKCJE - nie musicie ich robić w całości, możecie robić np. po lekcji dziennie, a możecie nawet jedną lekcję rozłożyć na kilka dni jeśli jesteście naprawdę zapracowanymi istotami :) Ja pierwszą lekcję robiłam ponad godzinę, tak ciężko mi szło, drugą już dużo szybciej - zawsze po dwóch lekcjach robiłam pracę domową i przechodziłam do dwóch kolejnych. Zanim przystępowałam do pracy domowej, zawsze po zrobieniu dwóch lekcji online, drukowałam całą gramatykę i słowniczek, uczyłam się i dopiero wtedy czułam się pewnie, żeby odrobić zadanie. Podeszłam do tematu naprawdę z wielkim zaangażowaniem, bo po prostu bardzo mi zależy. Mając 26 lat człowiek uczy się dla siebie. Nie dla ocen, nie dla nauczyciela, nie dla rodziców. Dla siebie. I to jest najbardziej wartościowa nauka, jakiej można się podjąć.
W kursie są dodatki takie jak gra w memo, gry i ćwiczenia - naprawdę, fajnie wolne chwile wykorzystać na coś takiego zamiast oglądania telewizji. Trening szarych komórek jeszcze nikomu nie zaszkodził :)
Myślę, że fajną opcją są również konwersacje z lektorem. Odbywają się one przez Skype albo telefon w ustalonym przez studenta momencie. Tego typu konwersacje przebiegają bez kontaktu wzrokowego. dlatego łatwiej się skupić na wymowie bez presji, że ktoś na nas patrzy.
W kursie są też dostępne filmiki z native speakerem Simonem. Filmiki są dość niestandardowe, a sam Simon jest przezabawny. Łatwo podchwycić od niego nowe słowa, poznać ciekawostki kulturowe i osłuchać się z językiem i akcentem. W końcu nic tak nie uczy języka (jakiegokolwiek), jak przebywanie wśród osób, które go używają.


Po ukończeniu kursu, możesz wypełnić formularz i zgłosić chęć przystąpienia do egzaminu ( przeprowadzane są w różnych miejscach w Polsce).
"ESKK jako członek sieci telc współpracuje w zakresie egzaminów telc ze Studium Języków Obcych Uniwersytetu Łódzkiego – licencjonowanym partnerem telc GmbH, nadzorującym przeprowadzanie egzaminów w podległej sobie sieci centrów i ośrodków egzaminacyjnych telc w Polsce.
Po zdaniu egzaminu otrzymasz międzynarodowy certyfikat telc dokumentujący poziom Twojej wiedzy. Certyfikat telc jest uznawany w większości krajów europejskich, zatem jego posiadanie może znacznie ułatwić Ci podjęcie nauki lub atrakcyjnej pracy w krajach Unii Europejskiej. Certyfikat telc jest także coraz szerzej honorowany przez polskich pracodawców i wyższe uczelnie (certyfikaty telc są traktowane jako równoważne z egzaminami wstępnymi czy końcowymi na wielu polskich uczelniach). Zgodnie z Rozporządzeniem Prezesa Rady Ministrów z dnia 16 grudnia 2009 r. w sprawie sposobu przeprowadzania postępowania kwalifikacyjnego w służbie cywilnej (DzU Nr 218 poz. 1695) certyfikaty telc (od poziomu B2) są oficjalnie uznawane przez administrację Rzeczypospolitej Polskiej jako potwierdzenie znajomości języka."
Wiem, że wpis jest o j. angielskim ale jak Wam o tym nie napiszę to się uduszę chyba :D No muszę! Na platformie ESKK jest też masa kursów z innych dziedzin - kursy komputerowe, księgowe albo np. psychologiczne! Ceny tych kursów to wg mnie naprawdę grosze. Jest kurs dotyczący tematyki jogi albo relaksacji. Piszę Wam o tym, bo często przed dalszą edukacją blokują nas fundusze albo czas. A tutaj w wolnych chwilach, zamiast scrollowania fejsbuka, możemy się czegoś nauczyć. Ja od dawna marzyłam o tym, żeby się w końcu podszkolić nawet w takich kwestiach jak Excel, serio. Wiedza to jest coś, czego nikt Wam nigdy nie zabierze.
I teraz tak dla rozjaśnienia kwestii finansowej to nie zagłębiałam się w to jak to wygląda przy każdym kursie, ale... kurs języka angielskiego na poziomie średnio-zaawansowanym to koszt ok. 116 zł miesięcznie za pakiet MAX - dodatkowo jest pobierana opłata wpisowa w wysokości 25 zł, którą płacicie tylko raz. Jak już jesteście studentami ESKK to później już tej kwoty nie płacicie. Serio - nie spodziewałam się takiej dawki wiedzy za tę kwotę, ale z tego co wiem ESKK oferuje czasem ten kurs w promocji za 69,90 zł miesięcznie.
Podsumowując: jeśli tak jak ja, nie macie zbyt dużo czasu ( albo pieniędzy) na szkoły językowe, do których trzeba dojeżdżać o ustalonych porach - to to będzie dla Was idealne. Jestem mamą - nie mam nikogo do pomocy. Wychowuję dziecko, prowadzę firmę, zajmuję się domem, biegam - ciężko tutaj wygospodarować czas na coś innego. A tutaj - siadam do nauki kiedy mam czas i kiedy mam na to ochotę. Nie mam żadnej presji, nikt mnie nie ocenia.
Jestem w trakcie kursu, a już widzę jakie postępu zrobiłam. Nadal czułabym się niepewnie za granicą, ale w końcu odświeżam w głowie to, czego uczyłam się tyle lat. Na początku byłam podczas kursu nieco zdezorientowana. Powrót do nauki mając 26 lat nie jest zawsze lajtowy, ale z lekcji na lekcję coraz bardziej ogarniałam temat i miałam też coraz większe ambicje. Zachłysnęłam się tym tak samo jak bieganiem. Mam cel i do niego dążę :)

Platforma ESKK postanowiła dać Wam - moim czytelnikom, darmowy dostęp do kursów online, abyście mogli sami wypróbować ich lekcje. To jest naprawdę fajny gratis, bo zanim się na to zdecydujecie, możecie już tego spróbować i zobaczyć czy to dla Was. Aczkolwiek jeśli mam być szczera, ja po 1 lekcji byłam przerażona, ale bardziej wynikało to z tego, że po prostu odzwyczaiłam się od nauki byłam zła na siebie, że tak zaniedbałam swoją znajomość angielskiego. Ale... pamięć szybko mi wróciła.
Mam teraz wielką chrapkę na kolejne kursy. Kolejne języki, kursy jogi, relaksacji, kursy komputerowe. Mówiłam Wam już na początku tego roku, że to będzie dla mnie rok ogromnego rozwoju, ale teraz złapałam jeszcze większego bakcyla i chcę podszkolić się we wszystkim co tylko przyjdzie mi na myśl. Nie chcę ciągnąć 100 srok za jeden ogon, ale myślę, że krok po kroku, kurs po kursie... wszystko z głową :)
Uff... jak zwykle miałam napisać to krótko i treściwie, ale no... nie potrafię. Jak złapię zajawkę na temat to mogłabym pisać i pisać.
Mam jednak nadzieję, że dotrwaliście. Jestem też ciekawa czy ktoś z Was robił już jakiś kurs na tej platformie - jakie są Wasze wrażenia?
Ściskam Was ciepło - Mamala :*
Pierwszy wyjazd Soul Camp, okazał się sukcesem. Dziewczyny wyjeżdżały ze łzami w oczach - tak jak i ja. Czułam, że dałam im mnóstwo okazji do przemyśleń i mnóstwo możliwości do wprowadzenia w swoje życie nowych nawyków, dzięki którym będą żyć bardziej świadomie i uważnie. Cały wyjazd był pełen podpowiedzi, wskazówek - jak żyć lepiej, szczęśliwej. Jak odnaleźć harmonię i równowagę. Cały wyjazd był relaksem, czasem dla siebie, odpoczynkiem, który jest wart każdych pieniędzy. Dziewczyny powiedziały, że taki wyjazd każda kobieta powinna odbywać min. dwa razy do roku. A już zwłaszcza kobieta, która jest matką. Ja dodam od siebie, że takie wyjazdy powinno fundować matkom państwo :P Należy nam się!
Dziś już tylko kilka słów od serca, bo o harmonogramie i całym przebiegu Soul Campu, napisałam Wam we wpisie z obszerną relacją wyjazdu.
Ostatnio pewna osoba zapytała mnie, jak opisałabym swoje warsztaty. Dlaczego tak one wyglądają? Co je wyróżnia? Odpowiedź jest następująca. Warsztaty stworzyłam z myślą o czymś, czego mi samej brakowało na polskim rynku. Wielokrotnie chciałam gdzieś wyjechać i zrobić coś dla siebie, ale abo były to typowe jogowe wyjazdy, albo typowe treningowe. Był też wyjazdy ze zdrowym jedzonkiem i wykładami o zdrowiu, ale mi brakowało czegoś kompleksowego. Wyjazdu, na którym zdrowo pojem, odpocznę, poznam innych ludzi. Zrelaksuję się, pójdę na masaż, poćwiczę jogę. Popływam w basenie, pospaceruję i za pomocą dyskusji i otrzymanych materiałów, pomyślę jak mogę żyć lepiej i co mogę wprowadzić do mojej codzienności. Postanowiłam połączyć to wszystko w całość.
Na 1 edycji Soul Campu, odbyłyśmy warsztaty z jogi przeprowadzone przez Gosią Mostowską. Relaksowałyśmy się w strefie SPA, chodziłyśmy na masaże, robiłyśmy mapy marzeń opowiadając przy tym o swojej pasji, celach, życiu. Zdrowo jadłyśmy, spacerowałyśmy po świeżym powietrzu. Na każdym kroku dziewczyny dowiadywały się nowych rzeczy na temat holistycznego podejścia do życia, a przy tym dostawały materiały i produkty, które miały na celu im w tym pomóc. Relaksowałyśmy się przy dźwiękach gongów i doświadczałyśmy przy tym nowych doznań.
Chcę pokazywać kobietom jak spokój, harmonia i równowaga wpływa na każdą płaszczyznę naszego życia. Chce pomagać kobietom ćwiczyć swoją uważność i bycie tu i teraz. Chcę dawać kobietom kilka dni, które pokażą im, że warto. Warto dbać o swoje ciało, umysł i ducha. Bo tylko wtedy kiedy zintegrujemy ze sobą te trzy rzeczy - możemy stać się spełnionymi ludźmi, którzy prawdziwie kochają siebie i innych.
Chcę, by Soul Camp był zarówno dla tych, którzy potrzebują bodźca żeby coś zmienić. Chcę by był dla tych, którzy potrzebują odpocząć. Chce by był dla tych, którzy wiedzą, że nad harmonią i równowagą w życiu trzeba stale pracować, dlatego ten wyjazd będzie dla nich częścią tej owocnej "pracy", która daje owoce w postaci niezastąpionego poczucia spokoju.
Ostrożnie dobierałam sobie partnerów, którzy mogliby być częścią mojego wyjazdu. Chciałam i chcę, reprezentować na warsztatach te marki, które są obecne w moim życiu, które ułatwiają mi moje życie, które są dla mnie wyznacznikiem zdrowego stylu życia i które w filozofii swojej marki, mają szczególne miejsce dla naszej planety. Chciałabym, by aspekt ekologii, również był mocnym punktem na Soul Campie.
Głównym partnerem mojego pierwszego wyjazdu była firma, w która współpracuję od 3 lat - Natural Mojo. Ich produkty były dostępne w sali kominkowej przez cały weekend. Chciałam, żeby dziewczyny w każdej chwili mogły sobie zaparzyć ich herbaty, zrobić sobie koktajle białkowe, spróbować ich kapsułek. Chciałam też, by dziewczyny mogły zabrać do domu jak najwięcej z tych produktów, które ja tak bardzo sobie cenię w swojej codzienności. Dziękuję marce Natural Mojo za to, że tak wspaniale wspiera inicjatywy takie jak ta.
Po pierwszej edycji Soul Campu, nie mogłam do siebie dojść przez kilka dni. Dla mnie jako organizatorki, Soul Camp był bardzo stresujący i wymagał wielu miesięcy przygotowań i organizacji. Włożyłam w niego całą swoją energię, którą następnie obdarowywałam każdą z uczestniczek. Długo się zastanawiałam, czy tak powinno być, ale każdy mi tłumaczył, że po prostu takie wydarzenie kosztuje mnie ogromne pokłady energii i ja sama powinnam po czymś takim, się odpowiednio zregenerować. Długo myślałam nad tym, czy chcę dalej w to iść. Ale wspomnienie radości dziewczyn, ich wiadomości po wyjeździe, utwierdziły mnie w przekonaniu, że warto.
Chcę by Soul Camp stale ewaluował. Chcę iść w stronę ekologii, ajurwedy ( i sama chce w tym kierunku się szkolić), medytacji, uważności i zdrowej pielęgnacji swojego ciała, duszy i umysły. I ta pielęgnacja będzie właśnie mocnym punktem na kolejnej edycji, której jestem już w 100% pewna. Zapisy uruchamiam na dniach. Kto się wybiera? :)
Na koniec zapraszam Was już tylko do fotorelacji z tego wspaniałego wyjazdu. Dziękuję wszystkim, którzy przyczynili się do tego wydarzenia. Mam nadzieję, że każda edycja będzie lepsza od poprzedniej...
















































































Przymiarki sukni, kilka wyjazdów do rodzinnego miasta, kursowanie pociągami, imprezki urodzinowe - ale także wypady nad jezioro, grille ze znajomymi i oczywiście - dużo czasu na placu zabaw :D Pomiędzy tym wszystkim sporo pracy, dużo zleceń i dużo planów na przyszłość. Cieszę się, że ten miesiąc już za mną. Siedzę sobie właśnie przed kompem - jestem sama w domu, dziecko na wakacjach u babci. Korzystam i czuję się jak wtedy kiedy byłam w ciąży - miałam na głowie tylko studia i... pisanie bloga. I teraz też mogę tylko na tym blogu i na pracy się skupić. I dzisiaj, póki nie tęsknie - ten stan mi się nawet nawet podoba. Oby nie spodobał mi się za bardzo :P
W czerwcu zainwestowałam w kilka perełek, które mocno wryły się w mój styl życia i postanowiłam zebrać najważniejsze z nich i się z Wami nimi podzielić. Tak zupełnie na luzie, żeby być może zainspirować Was do jakiś małych zmian w Waszym życiu :)
Przymierzałam się do tego zakupu już od dawna. Co prawda już od kilku lat, na zakupy chodzę ze swoimi torbami materiałowymi, ale brakowało mi czegoś takiego typowo na warzywa, żeby wrzucić wszystko luzem i ekologicznie przenieść do domu. Trochę tego typu toreb jest już na polskim rynku - pierwotnie chciałam zamówić torbę od Torbacze, ale z tego co czytałam mają one mniejszy udźwig. W The Basic Market znalazłam taką torbę, która udźwignie nawet do 18 kg. Nawet dziecko byście w tym przenieśli :D :D :D Najpierw chciałam zdecydować się na róż, ale stwierdziłam, że naturalny kolor, będzie bardziej adekwatny do eko stylu życia.

Nowy smak shake'a od Natural Mojo - Fit Mango. Obawiałam się, że będzie za słodki, ale jest w sam raz i jest przepyszny. Idealny na lato, sycący a jednocześnie daje nam taką namiastkę uczucia, jak po zjedzeniu owoców :D Kiedyś do szejków używałam mleka krowiego - teraz używam mleka roślinnego, a konkretnie owsianego ewentualnie ryżowego. Smak owsianego jest dla mnie najbardziej neutralny. Sojowe odpada, bo soja nie jest wskazana przy mojej tarczycy, a migdałowe daje mi jakiś dziwny posmak :/ Na zdjęciu w tle, rozmazane jest mleko kokosowe - kupiłam bo jako jedyne zostało w biedrze. Dopiero po fakcie i po zrobieniu zdjęcia przeczytałam skład - i powiem tylko tyle: nie kupujcie go :P

Oczywiście jeśli chodzi o szejki, faworytami nadal pozostają dla mnie Fit Coco i Fit Vanilla - no jednak klasyk tutaj wygrywa bezapelacyjnie. Ale mango to miła odmiana, coś totalnie innego i z miłą chęcią postawię na jego picie w okresie wakacyjnych, kiedy jestem spragniona owocowych, letnich smaków!
Normalnie na wszystko macie zniżkę 25 %, ale dzisiaj przy okazji tego wpisu i nowego smaku, załatwiłam Wam giga rabacik na wszystko... 40% na hasło MAMALA40 - rabat obejmuje wszystko poza wyprzedażą :) Korzystajcie i dajcie znać co upolowaliście!
Mogłam sobie w czerwcu pić pyszne szejki, chodzić na zakupy z nową torbą - ale nic, totalnie nic nie przebije mojego najlepszego książkowego zakupu, który powinien być lekturą obowiązkową każdego człowieka na tej planecie !!! Mowa o Jak uratować świat? - Areta Szpura, w mega prosty i konkretny sposób, wyjaśnia jakie są zależności, przez które nasza planeta umiera - i jak my, szarzy ludzie, mieszkańcy tej planet możemy ją uratować. I wcale nie chodzi tutaj o diametralną zmianę życia, a o małe kroczki - dzięki którym będziemy wprowadzać coraz więcej zmian do naszego stylu życia. Ja wprowadziłam ich już wiele, ale dzięki Arecie mam jeszcze więcej pomysłów na to zrobić, ale to już temat na osobny post, który będzie chyba jednym z bardziej wartościowych wpisów na tym blogu - mam nadzieję.
Inwestycja w tą książkę, była najlepszym co zrobiłam w miesiącu czerwcu. Dla siebie, dla otoczenia, dla planety na której żyję. Moja świadomość poszybowała w górę, a ja jestem pełna energii i zapału, by najzwyczajniej w świecie uratować świat.


Było coś dla planety, było coś dla brzuszka, to teraz coś dla naszego stylu. Wiecie, że świat mody jest mi raczej obcy, a ja sama nie mam zbyt wypasionej i obszernej garderoby. Staram się ubierać w lumpeksach, ale nie zawsze dostanę tam wszystko czego chcę. Nigdy w życiu nie nosiłam kapeluszy, aż do czasu, kiedy kilka miesięcy temu wstąpiłam do H&M i spontanicznie kupiłam czarny kapelusz, w którym czuję się jak milion dolców. Po kilku miesiącach, znów wstąpiłam poszukać czegoś do plenerowej sesji i tak oto letni kapelusz, który miał być tylko sesyjnym rekwizytem, stał się moim ulubieńcem lata i dumnie noszę go na swojej wielkie głowie zarówno przy okazji spacerku na targowisko jak i na plaży. Jest cudowny!

Już od dłuższego czasu warzywa i owoce w marketach czy na targu, pakuję luzem. Nie biorę ich do siatek, bo to najzwyczajniej w świecie nie ma to sensu i przynosi jedynie szkody dla naszej planety. Przy okazji zamawiania torby na warzywa w The Basic Market, wpadły mi też w oko takie mniejsze woreczki - były w 3 różnych rozmiarach, więc na próbę wzięłam komplet trzech - po jednym z każdego rozmiaru. Woreczki są z organicznej siatki bawełnianej i mają ściągacze, dzięki czemu warzywa i owoce z nich nie wypadną. Są solidnie wykonane i można je prać. Ciekawym patentem jest uszycie takich woreczków ze starych firan - jeśli macie podstawowe umiejętności i maszynę, to zrobicie sobie takich mnóstwo za bezcen :) Ja nie mam ani umiejętności, ani firan, ani maszyny, zatem kupuję od tych, którzy się na tym znają i robią to ładnie :D



Moja nowość, w której się zakochałam od pierwszego różowego wejrzenia :D Maseczka oczyszcza pory, fajnie ściąga skóra i ją matuje. Skóra jest gładka, oczyszczona i taka świeżutka. Maseczka zawiera różową glinkę i kaolin, które wchłaniają zanieczyszczenia i nadmiar sebum. Z kolei ekstrakt z magnolii ma właściwości antybakteryjne. Maseczka będzie też dobra dla osób z podrażnioną skórą a zwłaszcza dla osób z rozszerzonymi porami.

To chyba najfajniejsze hity zeszłego miesiąca. Aż nie mogę się doczekać co przyniesie mi lipiec! Na pewno chcę być jeszcze bardziej eko - zainwestować w metalowe słomki, zacząć samemu robić specyfiki do sprzątania. Punktów na liście jest sporo, ale nie chcę się z tym zrywać. Wszystko w swoim czasie :) Znów zainwestowałam w świetne książki i testuję kolejne naturalne kosmetyki. Eksperymentuję z kuchnią roślinną i buszuję po lumpeksach. Może niebawem wpis z lumpeksowymi perełkami? Dajcie znać co o tym sądzicie! No i koniecznie napiszcie, która z moich czerwcowych perełek, zainteresowała Was najbardziej.
Ściskam!
Wiadomo - są też takie dni, że wstaję o 7 i mam ochotę położyć się z powrotem i nawet wtedy nie mam ochoty na robienie czegokolwiek dla siebie, ale takie rzeczy też trzeba wpisać w scenariusz życia, które przecież nie jest kolorowe przez 365 dni w roku. No na pewno nie u mnie. Pomyślałam sobie ostatnio, że to czego nie pokazuję praktycznie wcale - to wieczory. Głównie dlatego, że mocno na jakość mojego snu wpływa światło niebieskie, więc staram się je ograniczać i telefon zostawiam w salonie już ok. godziny 20/21.
Mniej więcej od godziny 19, choć zależy to też od pory roku, zaczynamy już z Polą cały rytuał od kąpania po medytacje, od pielęgnacji po wspólne czytanie, wizualizowanie w łóżku - Pola też się w to wciągnęła :) Różnie to wychodzi - zawsze idziemy za głosem serca i robimy to na co mamy ochotę. Są pewnie niezmienne takie jak czytanie książek - to jest akurat punkt programu, którego ani ja ani Pola nie przepuścimy nigdy :)
Dzisiaj zapraszam Was do swojego świata i przedstawiam moje wieczorowe rytuały. To od nich w dużej mierze, zależy jakość mojego snu oraz moje samopoczucie dnia następnego.
Oczywiście zjedzona wspólnie z domownikami, bez włączonego tv w tle. To czas na bycie razem, na opowiedzenie o swoim dniu i dostarczenie organizmowi ostatniego posiłku tego dnia. Zazwyczaj staram się, żeby było to coś lekkiego - choć bywają dni, że jest to pizza albo sałatka cezar z bagietką :D Podkreślam Wam co chwila takie wyjątki, bo nie chcę z siebie robić nadczłowieka, która non stop postępuje dobrze i właściwie, zgodnie z tym co dobre dla zdrowia i ducha. Te wyjątki typu pizza to dla mojej psychy też mega ważna rzecz! ;)
O ile codziennie rano wypijam czystek, tak wieczorem wypijam magiczny zielony napój, o który tak często pytacie - niezmiennie od lat jest to Pure Body od Natural Mojo. To była chyba pierwsza rzecz ( razem z szejkiem waniliowym) jakie przetestowałam i byłam mega zadowolona jak po piciu tego cyka mi metabolizm. Do tej pory się nie rozczarowałam. Cały czas mam przyjemność współpracować z NM więc bez zmian możecie korzystać z 25 % zniżki na hasło MAMALA25. Enjoyyy :P


Czas po kolacji to u nas czas pielęgnacji - Pola bierze kąpiel, ja biorę kąpiel. Myjemy zęby, myjemy i rozczesujemy włosy. Pola smaruje buźkę swoimi kremikami, ja po całym demakijażu, nakładam na twarz swoje ulubione kosmetyki i balsamuję całe ciało. Obecnie używam do tego balsamu odżywczego od Resibo. Jest mega wydajny, pięknie pachnie i super nawilża i wygładza skórę. Czy jest to dla mnie przykry obowiązek? Nie. Lubię o siebie dbać i lubię kiedy wiem, że coś co robię, wpływa na moje zdrowie, psychikę bądź ciało. Jeśli do tego dochodzi również zaangażowanie Poli i robimy to wspólnie - to jestem podwójnie szczęśliwa, bo mam świadomość, że kształtuję u Poli dobre nawyki, które pewnie zostaną z nią na zawsze.

Na oczyszczonej twarzy, zawsze wieczorem ( zazwyczaj w łóżku) robię sobie masaż twarz za pomocą masażera z kwarcu różowego od Naturalnej Bogini. Kwarc różowy oznacza zdrowe relacje i miłość przede wszystkim do samego siebie. Systematyczne masowanie twarzy spłyca delikatnie zmarszczki, redukuje obrzęki, pobudza krążenie - ruchy wykonuje się od wewnętrznej do zewnętrznej strony, żeby pobudzić limfę. Przede wszystkim... taki masaż jest niesamowicie odprężający i jest świetną formą relaksu! Uwielbiam robić to wieczorem, bo wtedy podczas masażu, z twarzy schodzi mi całe napięcie. Fantastyczne uczucie.


Od pewnego czasu, rozkładam wieczorem matę ( tak samo jak i rano ) i wyciszam się poprzez medytację bądź krótką jogę. Czasem jest to po prostu siedzenie na poduszkach do medytacji i branie głębokich, świadomych oddechów. W zależności od tego na co mam nastrój i ochotę. Pola obserwuje i kiedy chce - dołącza. Nigdy jej do niczego nie namawiam. Pokazuję jej swoje życie i daję jej do zrozumienia, że może brać z tego to, co jej się podoba. Efekt jest taki, że coraz więcej rzeczy robi ze mną. Może dlatego, że nie czuje przymusu, a może dlatego, że widzi jak to na mnie wpływa? Jedno jest pewne - jeśli będziemy dziecku kazać coś robić, to nawet jeśli początkowo miało ono na to chęci - wraz z nakazaniem tego przez nas, straci je natychmiastowo. Nawet dorośli tak mają ;)

Poduszki do medytacji Zafu, które mamy, towarzyszą mi od chwili mojego Soul Campu, gdzie dostały je wszystkie uczestniczki. Można je zakupić na stronie YogaBazar. Są w turbo fajnych kolorach, są wygodne i solidnie wykonane. Świetnie sprawdzają się w jodze, do ćwiczenia pozycji siedzących, w których mega ważnym elementem jest .... wyprostowany kręgosłup. Ja mam akurat poduszki z bawełny, ale są też dostępne lniane.

Kiedy jesteśmy z Poldunką już w łóżku, zawsze, ale to zawsze ( z czego jestem cholernie dumna) dziękujemy ze najlepsze rzeczy jakie nam się przytrafiły danego dnia. Wczoraj np. Pola dziękowała za to, że była w przedszkolu, za to, że mama ( to ja to ja! ) się z nią bawiła, za to, że ułożyłyśmy budowlę z klocków lego. Później odmawiamy pacierz i zaczynamy czytanie bajek. Mamy taką zasadę, że czytamy jedną krótszą książkę z biblioteki + jakąś część długiej, którą czytamy każdego wieczora. Obecnie jest to Ania z Zielonego Wzgórza. Bywa tak, że Polcia zasypia podczas czytania książki - bywa tak, że sama przerywa, że już nie chce i wtedy SAMA proponuje mi, żebyśmy sobie coś powyobrażały czyt. poćwiczyły twórczą wizualizację. Czasem robimy to naprzemiennie, czasem chce mówić tylko ona, czasem prosi, żebym to ja coś opowiedziała. Głównie mówimy o sytuacjach takich jak pobyt w lesie, na plaży - coś co nas wyciszy i uspokoi.
Zawsze podczas tego, kładziemy już sobie na oczka nasze opaski z siemieniem lnianym od I Love Grain. Pola również podłapała to ode mnie - mało tego... F również! Musiałam mu jedną opaskę dokupić i podarować, żeby nie kradł mi mojej! :D I tym sposobem, całą naszą trójką, wszyscy zasypiamy z opaskami na oczach. Opaski są ZAJEBISTE. Przez odcięty dostęp do światła, zwiększa się wydzielanie melatoniny, więc rano czujemy się bardziej wypoczęci, zrelaksowani. Są w 100 % naturalne. Materiał na zewnątrz to 100% certyfikowana bawełna, a wkład wybieramy zależnie od upodobań - może to być tak jak u nas siemię lniane, a może to być kasza jaglana albo gorczyca. Opaskę można podgrzać i zrobić z niej termofor - taki kompres jest idealny np. na problemy z zatokami.


Opaska delikatnie leży na Waszych gałkach ocznych i już w tym właśnie momencie, będziecie odczuwać jak Wasze oczy odpoczywają i jak z okolic czoła schodzi całe napięcie i stres. REWELACJA, powiadam Wam !!! ;)
Jeśli nie zasnę podczas wizualizacji, a Pola padnie... to kontynuuję leżenie z zamkniętymi oczami i często powtarzam sobie jakąś krótką, nie wymagająca wysiłku afirmację, najlepiej taką 1 zdaniową. " Przyciągam do swojego życia wszystko czego pragnę... " - w zależności od nastroju.
I odpowiednio wcześnie wstać :) Jeśli przekroczę godzinę 22:30, nie jest ważne, czy będę spać 5, 8 czy 10 godzin - będę nie do życia. Ale jeśli kładę się wcześnie, to również nie po to, by spać do 10 - wtedy odpowiednio wcześnie wstaję czyli ok. 5:30 - 6:00. Spanie zbyt długo, potrafi dać efekt taki jak spanie zbyt krótko. Ile razy obudziliście się wcześnie i stwierdziliście, że w sumie to już moglibyście wstać, czujecie się dobrze, ale jednak skusiliście się na dalsze spanie... w efekcie wstawaliście później i czuliście się jak zdjęci z krzyża. Znacie to? Ja bardzo ;)
Zawsze staram się wygospodarować ok. 5 minut, żeby usiąść i podsumować swój dzień. Opowiadałam Wam już kiedyś na stories o swoim magicznym plannerze: Plan na Dobrostan. Odhaczam w nim każdego dnia swoje zdrowe nawyki, notuję ile spałam, co dobrego dla siebie zrobiłam. Zaznaczam też jaka jest faza księżyca i w jakim fazie cyklu miesiączkowego jestem - to pozwala mi zrozumieć moje nastroje danego dnia, zrozumieć dlaczego były chęci lub ich zabrakło. Plan na Dobrostan to nie są tylko kartki do zaznaczenia dobrych nawyków, ale to piękne wprowadzenie i wyjaśnienie, jak żyć zgodnie z cyklem miesiączkowym - wyjaśnienie, w jakiej fazie i czemu jesteśmy rozpromienione i pełne sił, a w innej trochę z nich opadamy. Każdy aspekt życia jest opisany i są podane cenne wskazówki, dotyczące snu, jedzenia, dbania o siebie. Czytanie tego to była wspaniała lektura - później zabrałam się już za codziennie odhaczanie moich nawyków :) Naprawdę dziewczyny, na rynku nie znalazłam nic podobnego i Naturalna Bogini ma ode mnie wielki szacun za stworzenie tego cuda! Swoją drogą z całego serca Wam ten portal polecam - ogrom wiedzy o zdrowym życiu, świetna baza miejsc związanych z jogą, ajurwedą itp. Dużo już się stamtąd dowiedziałam i wciąż zaglądam żeby sprawdzić czy jest tam coś nowego.


Masa moich koleżanek narzeka na permanentne nie wyspanie, zmęczenie już od pierwszej chwili kiedy otworzą oczy. Też tak kiedyś miałam, zwłaszcza przy swojej niedoczynności i hashimoto. Ale pewnego razu stwierdziłam, że muszę wybrać: oglądanie TV po nocach jako forma relaksu po ciężkim dniu - czy zadbanie o swoje zdrowie, o swój umysł. Nie robię sobie rzeczy, które na dłuższą metę wyrządzają mi krzywdę - tv po nocach, siedzenie z telefonem w łóżku. Oczywiście mówię to JA - mama jednego 5 letniego dziecka. Nie muszę już wstawać po nocach, nie muszę uwijać się do nocy z niemowlakiem itp, więc mówię to ze swojej perspektywy.
Zauważyłam, że ludzie na starcie odrzucają najbardziej proste rozwiązania - często mówią: na mnie to nie działa. A ile razy spróbowałaś? Raz, dwa? Trzeba eksperymentować, sprawdzać - i nie poddawać się po jednym, czy dwóch razach. Jeśli od lat zasypiacie z telefonem przy głowie i objadacie się na noc, to nie zregenerujecie się przez jeden wieczór z opaską na oczach. Wyszukujemy sobie na siłę choroby, próbujemy znaleźć przyczynę, która usprawiedliwi nasze złe samopoczucie - a przyczyną najczęściej jesteśmy my i nasze nawyki. Ale to już ciężko przyznać :)
Potraktujmy życie jak doświadczenie. Zobaczmy co jest dla nas dobre, co na nas dobrze wpływa. Eksperymentujmy. To co sprawdzi się u jednej osoby, u innej nie sprawdzi się wcale. Faktem jest jednak, że żeby pewne rzeczy podziałały, trzeba do nich podejść więcej niż raz. Jestem ciekawa jak Wy dbacie o jakość swojego snu i wieczorne wyciszenie :) Kto wie, może i Wy mnie czymś zainspirujecie?
Gdybym mogła Wam opisać Twórczą Wizualizację jednym zdaniem, określiłabym to jako zdolność widzenia umysłem. Wizualizacja to nic innego jak wyobrażanie sobie pewnych rzeczy. Jest to technika relaksacyjna, w której po odpowiednim rozluźnieniu ciała, zaczynamy wizualizować sobie bezpieczne i kojące miejsce. Np. możemy wyobrażać sobie, że leżymy na plaży i słyszymy szum morza. W miarę możliwości staramy się wchodzić w wizualizację możliwie jak największą ilością zmysłów - możemy próbować poczuć piasek pod ciałem, słońce muskające nasze ciało. Możemy słyszeć fale, śpiew ptaków. Taka wizualizacja to prawdziwa uczta dla naszego ciała i ducha. To cudowna relaksacja, w którą w miarę ćwiczenia możemy wchodzić coraz intensywniej.
Ale wizualizacja może nam służyć także do wyobrażania sobie celu, który chcemy osiągnąć. Jest to wtedy zarówno relaks jak i budowanie w swoim umyśle obrazów, które na prawdę chcemy urzeczywistnić. Wtedy ta technika staje się też biletem do naszym marzeń. Bo przecież jakby nie patrzeć, wszystko zaczyna się do myśli - i to one kreują w pewnym stopniu nasze życie.
No i pewnie sobie teraz myślicie - no dobra. Skoro, wystarczy odpowiednio myśleć - to czemu nie mam tego, o czym w kółko myślę i czego pragnę? Pomijając czynniki zewnętrzne, dzieje się tak dlatego, że często nasze myśli i pragnienia są ze sobą sprzeczne. Czyli np. myślimy o bogactwie, ale jednocześnie jest w nas strach związany z biedą, z niezapłaconymi rachunkami, z nagłymi wydatkami. Chcemy być zdrowi, ale ciągle myślimy o lekach jakie bierzemy, o lekarzach, których musimy odwiedzić, bo przecież na pewno coś nam jest. Taak, chcę być zdrowa i tryskać energią, ale w tym brzuchu tak coś boli. No i jeszcze wujek google podpowiada, że to oczywiście rak. Co by nam nie było - google ma zawsze jedną diagnozę.
Przez nasz umysł dziennie, przelatuje 50/60 tysięcy myśli. I ja bym bardzo chciała zobaczyć proporcję, ile z tych myśli jest negatywnych, ile pozytywnych. Na pewno cała masa jest zupełnie neutralna. Wiecie… jedziecie autobusem, patrzycie w okno i myślicie sobie: ciekawe, o której wypiekają świeże bułki w mojej piekarni…?
Często jest tak, że osoby narzekają cały dzień, o wszystkim wypowiadają się negatywnie - ale kiedy zapytamy je wieczorem, dlaczego tak ciągle narzekają, to one będą w szoku, bo jak się okazuje wiele z nas robi to nieświadomie i nie mamy nawet pojęcia jak destrukcyjny ma to na nas wpływ. Dużo razy w przeszłości, bo teraz już tego nie robię, mówiłam narzekaczom: oj przestań ciągle na wszystko narzekać. I te osoby od razu się broniły: nie no co ty, ja tylko stwierdzam jak jest. Ok, stwierdzały jak jest, ale robiły to nagminnie i to zbyt bardzo było nacechowane negatywnie. Bo ja mogę stwierdzić, że nie podoba mi się taka i taka partia, ale nie muszę od razu kogoś wyzywać i sprowadzać wszystkiego do tego, że marny jest ten nasz los i że się człowiek w takim kraju nigdy nie dorobi.
Pozytywne myślenie jest ważne, ale twórcza wizualizacja to coś więcej niż pozytywne myślenie. To proces, który pozwala nam podjąć jakąś decyzję, a następnie sprawić aby się urzeczywistniła. I to pozytywne myślenie, to tak naprawdę jeden z kroków do osiągnięcia tego stanu.
Arystoteles nauczył, że obrazy to zasadnicza część naszych myśli i że bez nich nie da się prawidłowo rozumować. Uważał, że motywacja nadchodzi kiedy ktoś albo coś widział, albo to sobie wyobrażał poprzez tworzenie lub pamiętanie danego obraz w myślach. Musicie pamiętać o tym, że kiedy tworzy się myśl - tworzy się energia. Dlatego musimy w tym doborze naszych myśli, być trochę ostrożni.
Marzenia pozwalają nam myśleć o tym czego najbardziej pragnie się w życiu. Z pomocą twórczej wizualizacji używamy wyobraźni do tworzenia wyraźnego obrazu tego, czego pragniemy. I potem, kiedy już mamy ten obraz, musimy karmić tą myśl energią i emocjami, aż zamieni się w rzeczywistość. I chciałabym podkreślić iż ważne jest, by myśleć o konkretach.
Jeśli marzymy o domu - musimy widzieć go w każdym najmniejszym szczególe. Ile ma pokoi, czy jest na obrzeżach miasta, czy pośrodku wsi. Jak wygląda, jakie panują w nim emocje. Jeśli chcemy więcej zarabiać - musimy ustalić sobie tą wymarzoną kwotę, wiedzieć ile wpływać będzie nam na konto, ile będziemy wydawać, na co. Oczywiście nie aż tak szczegółowo, ale muszą to być konkrety. Jeśli marzymy o drugiej połówce - jakie ma mieć cechy, co chcemy z nią robić ( prócz tych oczywistych rzeczy, oczywiście).
W wieku 21 lat, bardzo intensywnie wyobrażałam sobie siebie w telewizji. O ile teraz, wręcz od tego stronię i odmawiam pewnych propozycji, tak kiedyś było to dla mnie marzeniem i jednocześnie abstrakcją. Ja, szara myszka z małej mieściny, 21 lat i mi się wywiad w telewizji zamarzył. I jakoś tak samo z siebie wychodziło, że ciągle mi ten obraz siebie w DDTVN stawał przed oczami. Wiedziałam jak się czuję, wyobrażałam sobie to studio, kanapę na której zawsze siedzą goście. Mam wrażenie, że pragnęłam tego całą sobą. I pewnego dnia, na moją skrzynkę e-mailową przyszła propozycja wywiadu w DDTVN. Kiedy odczytywałam tego e-maila, było mi słabo i miałam wrażenie, że nogi zaczynają się uginać pode mną na samą myśl wywiadu, o którym przecież tak marzyłam. Nie miałam wtedy pojęcia, że na to wyobrażanie sobie tego czego pragnę, jest jakaś specjalna nazwa. Nie wyobrażałam sobie tego, by to osiągnąć. Robiłam to dlatego, że kiedy zamykałam oczy i widziałam ten obraz, odrywałam się od szarej rzeczywistości w której żyłam. Wyobraźnia ma wielką moc...
By przybliżyć Wam czym jest wizualizacja, pokażę Wam 4 reguły jakie w niej panują:
Czyli teraz w praktyce. Najpierw widzimy nasz cel - dla przykładu, otwarcie restauracji. Mamy cel, widzimy go. Potem dodajemy obrazy mentalne - wyobrażamy sobie naszą restaurację, widzimy wszystkie stoły, czujemy zapachy, witamy ludzi, słyszymy muzykę. Praktyka będzie tutaj polegała na tym, że ilekroć będziemy widzieć jakąś restaurację, będziemy wracać myślami do naszego celu. Szukanie informacji, oglądanie programów gdzie pokazują restauracje z całego świata. Musimy wprowadzić do życia jak najwięcej elementów związanych z naszym celem. I oczywiście, musicie wpisać w scenariusz życia porażki i niepowodzenia. I musimy też pamiętać, że wiele z ograniczeń, na które się napotkamy, może wynikać z tego, że my sami je nieświadomie manifestujemy. Bo, negatywne wyobrażenia mają tak potężną moc, że mogą spowodować stres, napięcie, nawet choroby. A te pozytywne… mogą zmienić nasze życie.
Pamiętajmy, że niewiele z marzeń spełnia się na co dzień. Wiecie, chcemy czegoś, czegoś innego w sumie też. Noo, tego jednak nie. Ale jak tak w sumie pomyślę, to jednak tak. Tamto też jest spoko. Takie sprzeczne informacje tworzą zamieszanie w naszym umyśle i nic wtedy z tego nie wynika. Zawsze rezultat jaki osiągamy jest wynikiem naszych myśli. Czyli, najpierw mamy pomysł na danie - potem gotujemy. Najpierw w głowie pojawia się myśl o namalowaniu obrazu - potem malujemy obraz.
Czasem ludziom wydaje się, że myślą pozytywnie, zobaczcie:
No i teoretycznie spoko, nie? Przecież osoba nie choruje, nie jest biedna, nie nienawidzi. Ale zobaczcie - te wyrażenia i tak są nacechowane negatywnie. Bo skupiamy się w nich jednak na tych negatywnych emocjach, mimo, że przekaz mówi, że jesteśmy zdrowi, bogaci i kochamy świat i ludzi. Ale trzeba zacząć uczyć się mówić to samo, innymi słowami.
Ten sam przekaz, a jednak bardziej pozytywny. Musimy nauczyć się myśleć w innych kategoriach. Jeśli jesteśmy chorzy, myślmy o naszej chorobie w kategorii dochodzenia do zdrowia, postępów. Zamiast o biedzie, myślmy o bogactwie. Zamiast o nienawiści, myślmy o miłości. Jeśli mamy długi - myślmy w kategorii zarobienia, by je spłacić, a nie tego ile musimy spłacić i jak bardzo jesteśmy w czarnej dupie. Nie chodzi o to, by wmawiać sobie, że żyjemy w innej rzeczywistości - chodzi o to, by myśleć o tym, co możemy zrobić, by znaleźć się w lepszej i myśleć o tym, jak będziemy się czuć, gdy już się w niej znajdziemy.
W wizualizacji ważne są takie 2 kroki:
Same chęci tutaj nie wystarczą. Musimy czegoś pragnąć każdą komórką naszego ciała. Ludzie posiadający silne pragnienia potrafią osiągnąć rzeczy z pozoru niemożliwe. Ludzie o słabych chęciach mają tendencję do poddawania się i rezygnowania i rzadko wykorzystują swój potencjał. Mówi się, że jeśli posiadasz pasję, możesz osiągnąć wszystko. Może brzmi trochę coachingowo, ale pomijając pewne predyspozycje i ograniczenia, na które nie mamy wpływu - jest w tym dużo prawdy.
Trzeba odpowiedzieć sobie na te pytania. Pomyślcie sobie, co sprawiłoby Wam radość. Jak chcielibyście, żeby wyglądało Wasze życie, zdrowie. Co chcielibyście posiadać, czym się zajmować. Jak chcielibyście się czuć? Ja wiem, że to jest trudne, bo często sami nie wiemy czego tak naprawdę chcemy. W książkach na temat twórczej wizualizacji znajdziecie opisy testu ciała, za pomocą którego możecie sprawdzić jak Wasze ciało reaguje na Wasze pragnienia i zobaczyć, czy jest to naprawdę to czego chcecie.
Tym wpisem, chciałam wprowadzić Was w świat wizualizacji dlatego, że jest to też technika, która jest pewnym etapem na drodze do naszej harmonii. Żeby wizualizacja poskutkowała, trzeba poszukać w sobie wewnętrzny spokoju i opanowanie. Czas spędzany codziennie w zupełnej ciszy to pożyteczne i dobroczynne ćwiczenie. Odnajdujecie wtedy taką jasność swojego umysłu, opanowanie, radość, spokój - to wszystko bardzo wpływa na nasze życie.
a to właśnie od nich często uzależniamy swój nastrój. Miałam taki czas w swoim życiu, kiedy byłam szczęśliwa, bo z każdej strony atakowały mnie te bodźce - byłam zajęta, pochłonięta ogromem projektów, wyzwań. Ale kiedy nic się szczególnie nie działo, okazywało się, że samo “bycie” sprawia, że ja już taka szczęśliwa nie jestem. Kiedy skoncentrujemy się na swoim wnętrzu zamiast polegać na bodźcach zewnętrznych, zaczniemy zmieniać swoje życie od środka i zapewnimy sobie uczucie satysfakcji i spełnienia.
Musimy szukać balansu wewnętrznego. Zamiast wypełniać swoje życie nieustannym działaniem, stańmy twarzą w twarz ze swoją wrażliwą postacią. BYĆ i ROBIĆ z naciskiem na być. Bo to nie znaczy, że my mamy przestać działać. Musimy działać. Ale nacisk trzeba jednak kłaść na to by BYĆ.
Dawajmy sobie ten czas na regularny relaks, medytację, odprężenie. Celebrujmy codzienność. Cieszmy się spacerami, spotkaniami z bliskimi, dobrą książką. To wszystko odnawia naszą duszę i łączy nas z uniwersalnym umysłem.
Jeśli czujecie, że chcielibyście spróbować wizualizacji - bo nie jest ona u Was instynktowna, albo po prostu chcecie robić to lepiej - sięgnijcie po książkę "Twórcza wizualizacja", z której dowiecie się krok po kroku jak wygląda ta technika i jak należy ją wykonywać. Ja chciałam Wam dzisiaj jedynie przybliżyć temat tej techniki, ale reszta zależy już od Was... Powodzenia!
Kilka lat zajęło mi zrozumienie co tak naprawdę składa się na harmonię i równowagę w życiu. Początkowo błądziłam jak dziecko we mgle, ale z czasem wszystkie puzzle zaczęły układać się w jedną, logiczną i piękną całość. Codziennie dostaję masę pytań od czytelniczek, które pytają: jak żyć szczęśliwie? Jak odzyskać spokój? Jak się ciągle nie martwić? - a ja wtedy czuję totalną niemoc, bo to się nie da odpowiedzieć tak w jednym zdaniu, a nawet w jednym poście na blogu. To nie jest jedna, czy dwie małe zmiany w życiu, a ich cały szereg. I właśnie dlatego powstał Soul Camp. By w czasie co prawda krótkim, bo 3 dniowym, ale jednak wysoce jakościowym - przekazać dziewczynom jak najwięcej elementów zdrowego i harmonijnego życia, które one później przefiltrują przez swoje potrzeby i zastosują w życiu codziennym.
Gdybym miała szczegółowo opisać ten wyjazd, musiałabym chyba napisać książkę. Poza tym nie chciałabym zdradzać wszystkich szczegółów, żeby nie psuć niespodzianki dziewczynom, które wezmą udział w kolejnych edycjach. Ale w tym jednym wpisie, postaram się Was mimo wszystko wprowadzić w klimat tego, co działo się w czasie tego wyjątkowego weekendu... A w drugiej części tego wpisu, napiszę już stricte o swoich wrażeniach i dalszych planach na Soul Camp.
12 kwietnia 2019 roku, wszystkie uczestniczki po kolei przejeżdżały przez bramę wyjątkowego miejsca jakim jest Talaria. Miejsce, w którym od piątku do niedzieli wstęp mają tylko kobiety. Piękny zamek otoczony drzewami, stawami, naturą. Na dobry początek witałam dziewczyny, wręczając im taki pakiet startowy. Piękne karty z harmonogramem całego Soul Campu, drukowane powitanie, drewniany brelok z naszym hasłem przewodnim czyli Good Vibes Only od Drewniane Dodatki i coś do pielęgnacji czyli moje ulubione kosmetyki Koi Cosmetics.
Wszystko w tym wydarzeniu było ze sobą maksymalnie spójne - przewodnim kolorem był błękit, który symbolizuje m.in. spokój. To w tym kolorze Marta z tomitobi.com zaprojektowała wszystko od strony graficznej - karty z powitaniem, harmonogramy, etykietki na zajęcia. Dziękuję Ci słońce z całego serca! Tego weekendu, błękitne były nawet ... moje paznokcie :D



Chciałam, by dziewczyny już od samego początku poczuły się wyjątkowo. Zaczęłyśmy pysznym zdrowym lunchem, podczas którego opowiedziałam dziewczynom o mojej wizji Soul Campu, o wdzięczności, o czerpaniu radości z życia, o harmonii i równowadze. Po obiedzie, miałyśmy integrację w SPA, podczas której korzystałyśmy z jacuzzi, saun, pływałyśmy w basenie. Wzniosłyśmy toast winem musującym 0%, zajadałyśmy się truskawkami i testowałyśmy podarunki od Naturologia - ręcznie robione mydła naturalne i szampony w kostce.



Ze strefy "mokrej" udałyśmy się później do strefy "suchej" na koncert gongów tybetańskich. Właściwie nie wiedziałam czego się po tym spodziewać. Znalazłyśmy się w mega klimatycznym pomieszczeniu pełnym różnych naczyń, mis, instrumentów. Wszystkie położyłyśmy się na pufach, przykryłyśmy kocami i zamknęłyśmy oczy i... zatopiłyśmy się w dźwiękach. Początkowo było to dla mnie dziwne, ale z czasem zaczęłam oswajać się z tym nowym dla mnie dźwiękiem i relaksować. Koncert trwał 45 minut i chyba każdej uczestniczce ciężko było potem stamtąd wyjść. Leżałyśmy na pufach i przeżywałyśmy jedna przez drugą to, czego przed chwilą doświadczyłyśmy.



Wieczorem na uroczystej kolacji opowiadałam dziewczynom o metodach na zdrowy i spokojny sen i wręczyłam im materiały, które są moim wieczornym rytuałem: karty z wydrukowaną medytacją, wskazówkami dotyczącymi jakości snu oraz opaski na oczy z wypełnieniem z siemienia lnianego od I Love Grain. Posiedziałyśmy z dziewczynami nieco dłużej, niż było w planach, ale wciąż w granicach zdrowego rozsądku. Dałam jeszcze dziewczynom vouchery od mojej ukochanej kliniki La Perla, w której to dbam o swoją buzię i się od czasu do czasu upiększam ;) Zajadałyśmy się zdrowym jedzonkiem, którego było mega dużo, rozmawiałyśmy o życiu, ale ... nie było sztywno. Momentami płakałyśmy ze śmiechu, bo poruszałyśmy totalnie głupie i przyziemne tematy, co tylko pokazywało, że się na siebie otworzyłyśmy i byłyśmy po prostu sobą.





Sobotę rozpoczęłyśmy pysznym, zdrowym śniadankiem, podczas którego poruszyłyśmy temat codziennej pielęgnacji i dbania o siebie. Dałam dziewczynom coś,co pomoże im w codziennej pielęgnacji - masażery do twarzy zrobione z różowego kwarcu, który oznacza dobre relacje z samą sobą, oraz plannery do codziennego notowania rytuałów związanych z dbaniem o swoje ciało i umysł - Plan na Dobrostan. O plannerze opowiadałam Wam już na stories, ale opowiem więcej wkrótce we wpisie o moich rytuałach. Zarówno planner jak i masażer to produkty od Naturalnej Bogini. Zaprezentowałam dziewczynom technikę masowania twarzy i opowiedziałam o pobudzaniu limfy. Na krzesłach czekały też na dziewczyny koszulki z naszym hasłem Good Vibes Only oraz logo Soul Camp - koszulki były od koszulove.com - zapewne kojarzycie ten czas, kiedy byłam twarzą ich odzieży do karmienia piersią ? :) Wszystkie uczestniczki założyły koszulki na późniejsze zajęcia z tworzenia map marzeń <3






Po śniadaniu poszłyśmy na pierwsze warsztaty i zajęcia z jogi, przeprowadzone przez Gosię Mostowską. I to było dla mnie doświadczenie na wagę złota. Można ćwiczyć sobie jogę w domu, można iść na jogę do klubu fitness. Ale joga poprowadzona przez Gosię, w kameralnym gronie kobiet, w klimatycznej sali kominkowej, to było dla mnie coś, czego nie da się opisać słowami. Coś, co każdą z nas przeniosło w totalnie inny wymiar. Nawet uczestniczki, które nie były nigdy do jogi przekonane - dały się miłością do niej zarazić. Gosia to niesamowita osoba. Na swoim YT ma już ponad 100 tys. subskrypcji. Swoimi praktykami odmienia życie dziesiątek tysięcy ludzi. Od początku wiedziałam, że to właśnie ona musi być częścią Soul Campu. Dzięki Gosi nie tylko praktykowałyśmy jogę, ale też ćwiczyłyśmy w parach, szlifowałyśmy podstawowe pozycje, a na koniec relaksowałyśmy się pod kocami przy spokojnej muzyce płynącej z głośników. Podczas jogi, korzystałyśmy z kolejnych prezentów czyli poduszek do medytacji od YogaBazar.



Po praktyce jogi, w sali kominkowej, dziewczyny mogły korzystać ze wszystkich produktów Natural Mojo - miałyśmy do dyspozycji mleka sojowe i krowie, z których robiłyśmy sobie shake białkowe, parzyłyśmy sobie herbaty, łykałyśmy różne kapsułki. Wszystkie produkty były w sali dostępne dla dziewczyn przez cały weekend. Natural Mojo był głównym partnerem Soul Campu. Jestem ambasadorką ich produktów już od 3 lat i nie wyobrażałam sobie tego wydarzenia bez produktów, które na stale goszczą w mojej codzienności. Podczas kosztowania pyszności wręczyłam dziewczynom książki o diecie Clear Skin od Wydawnictwa Znak Literanova.



Po sobotniej praktyce jogi udałyśmy się na lekki, zdrowy obiadek, a po nim na zajęcia z tworzenia map marzeń. Wprowadziłam dziewczyny w świat twórczej wizualizacji, opowiadając im o wizualizacji jako technice relaksacyjnej i technice, dzięki której możemy realizować swoje pragnienia. Na dziewczyny czekały płótna, masa akcesoriów papierniczych i czasopisma - każda z uczestniczek miała stworzyć swoją mapę marzeń, na której mogła umieścić zarówno emocje jak i przedmioty materialne. Wszystko to, co chciałaby na co dzień odczuwać, o czym marzy, co chciała osiągnąć. Na koniec wszystkie opowiadałyśmy o swoich mapach, pragnieniach i marzeniach. Było emocjonująco, były łzy wzruszenia, było... właściwie nie umiem tego opisać. Każda z dziewczyn opowiadając o swoich marzeniach, obdarzyła nas zaufaniem, wprowadziła w swój świat i dała nam cząstkę siebie. Byłam tym wszystkim maksymalnie poruszona i nie zapomnę tego nigdy. Na zajęciach wręczyłam dziewczynom upominki takie prywatnie ode mnie, czyli książki o Twórczej Wizualizacji. W tym jednym momencie, wszystkie uwierzyłyśmy w to, że jeśli mocno czegoś pragniemy - potrafimy to także zrealizować.







Później wszystkie udałyśmy się do swoich pokojów, gdzie na klamkach wisiały zaproszenia na masaż. Każda uczestniczka mogła wybrać jeden z pięciu proponowanych masaży. Ja np. wybrałam dla siebie masaż masłem Shea i przyznam, że to był dla mnie chyba pierwszy moment, kiedy naprawdę zeszło ze mnie całe napięcie i stres związany z przygotowaniami i bieganiną jak na organizatorkę przystało. Po masażach korzystałyśmy jeszcze w najlepsze ze saun, basenów, domku ziołowego.


Wieczór był magiczny. Po dużej ilości wrażeń i emocji, wieczorem wszystkie udałyśmy się na ognisko wśród stawów i drzew. Zajadałyśmy sałatki, chlebek, śmiałyśmy się, piekłyśmy kiełbaski i wpatrywałyśmy w ogień. Wszystkie nasze problemy i zmartwienia dnia codziennego zdawały się nie istnieć... Po ognisku, poszłyśmy do sali kominkowej, gdzie w blasku rozpalonego kominka, położyłyśmy się wszystkie na dywanie, włączyłyśmy sobie w tle nastrojową muzykę, spijałyśmy 0% winko i gadałyśmy o wszystkim i o niczym. Wspominałyśmy nastoletnie czasy, rozmawiałyśmy o tym jak się realizowałyśmy, o tym jakie mamy podejście do życia. Dużo żartowałyśmy, płakałyśmy ze śmiechu i... znów wszystkie czułyśmy się jakbyśmy miały 15 lat i żadnych większych zmartwień na głowie. Przed snem dałam jeszcze dziewczynom torby, w którym były naturalne kosmetyki od Resibo - okazało się, że to ulubione kosmetyki kilku uczestniczek, które już je znają i stosują. Myślę, że sobota była totalnie emocjonująca, niezwykle długa i owocna w wiele refleksji...





Niedzielę zaczęłyśmy od praktyki jogi z Gosią. Po praktyce chciałam już podsumować nasz wyjazd, więc pozwoliłam sobie na małe przemówienie i poprosiłam dziewczyny, by podchodziły jedna do drugiej i anonimowo zostawiły jej na kartce krótkie zdanie, które oddaje co myślimy o tej osobie - jakiś komplement. Wszystkie przeczytałyśmy o sobie masę pozytywnych spostrzeżeń, co znacznie umocniło naszą samoocenę i było dla każdej z nas mega miłym doświadczeniem. Dobrze jest obdarzać ludzi miłości i sympatią i dobrze jest to samo otrzymywać. Świat byłby piękniejszy, gdybyśmy wszyscy byli dla siebie po prostu mili i widzieli w człowieku człowieka. Wykorzystując to, że byłyśmy jeszcze wszystkie w jednym miejscu, wręczyłam dziewczynom paczki z produktami od Natural Mojo, a następnie wszystkie udałyśmy się na śniadanie. Tam czekały na dziewczyny torby z upominkami od Bio Planet i paczuszki, które przygotowałam dziewczynom na drogę powrotną. Była tam woda w szklanej butelce, batoniki Happy Bars, owoce. Po śniadanku, chętne dziewczyny udały się na kobiecą sesję zdjęciową i stanęły przed obiektywem Kasi - to właśnie Kasia z Happy Factory zatrzymała w kadrze wszystkie piękne chwile podczas Soul Camp. Nie wyobrażałam sobie zaangażować do tego kogoś innego niż właśnie ją. Kasiu, dziękuję Ci z całego serca i cieszę się, że spotkałam Cię na swojej drodze! Niektóre dziewczyny po sesji udały się w podróż, bo przyjechały z drugiego końca Polski - inne, razem ze mną czillowały jeszcze kilka dobrych godzin w strefie SPA.





Z całego serca pragnę podziękować tutaj też mojej siostrze Patrycji - jej wkład w Soul Camp i pomoc była nieoceniona !!! Patrycja zajęła się drukiem i przygotowaniem tego co zaprojektowała Marta, stworzyła bukiety, które przez cały Soul Camp ozdabiały nasz stół w restauracji i... pomagała mi dosłownie ze wszystkim. Od pakowania, po przygotowywanie wszystkiego w Talarii. Bez Ciebie, chyba bym nie ogarnęła. Dziękuję!
Dziękuje WSZYSTKIM uczestniczkom za Wasze zaufanie, za Waszą energię, za Wasz przyjazd. Dziękuję Wam za to, że uwierzyłyście w mój projekt, że zaangażowałyście się we wszystkie zajęcia. Każda z Was jest wyjątkowa i jedyna w swoim rodzaju. Mam nadzieję, że wyciągnęłyście z tego wyjazdu jak najwięcej dobrego!
Dziękuję wszystkim partnerom - za materiały, które były ogromną częścią Soul Campu. Wszystkie upominki powiązane były ściśle ze zdrowym stylem życia, z dbaniem o siebie z relaksem. Ich łączna wartość to... ponad 1300 zł! Wszystkie te rzeczy mają jednakże ogromną wartość... samą w sobie. Polepszają jakość naszego życia i sprawiają, że dbanie o siebie staje się przyjemnością. Dziękuję!
Czy da się opisać ten wyjazd w kilku słowach? Nie da się. Sam opis harmonogramu zajął mi już i tak dość sporo miejsca tutaj i Waszego czasu, dlatego o swoich wrażeniach i planach na dalszy rozwój Soul Campu, pozwolę sobie napisać w drugiej części tego wpisu, już za kilka dni. To co mogę napisać tu i teraz to fakt, że jestem wdzięczna. Za pomysł, za organizację i za to, że ktoś mi zaufał, bo to był jednak pierwszy raz. Jestem wdzięczna za to, że poznałam tyle niesamowitych kobiet i za to, że udało mi się wprowadzić je w ten harmonijny świat. Jestem wdzięczna za to, że mogę w życiu spełniać swoją misję, jaką jest bycie dla innych kobiet. Uważam, że musimy trzymać się razem. I pragnę w życiu robić rzeczy, które pozwolą nam żyć dobrze i szczęśliwie.
Jesteśmy silniejsze niż kiedykolwiek wcześniej - i wyznacznikiem tego wcale nie jest ilość zadań jakie mamy na głowie, ale jakość naszego życia - nawet jeśli oddajemy się "tylko" jednej czynności z całym naszym sercem na tacy. Jesteśmy coraz bardziej świadome swojej siły, swojej kobiecości. Porzucamy niedojrzałych chłopców, często z dwójką dzieci pod pachą i zaczynamy życie od nowa. Rozwijamy własne firmy. Z niczego, robimy coś - nawet w kwestii obiadów. Rzeźbimy nasze ciała, dbamy o swój umysł i kondycję naszego mózgu. Dla równowagi czasem popłaczemy w poduszkę czy pożalimy się przy lampce wina naszej przyjaciółce - ale za chwilę poprawiamy koronę i zasuwamy dalej. W dzisiejszych czasach częściej natykam się na słabego faceta niż na kobietę. Ci słabi to jednak niedojrzałe jednostki, którzy czują się pokonani siłą kobiet, które ogarniają lepiej od nich. Podczas gdy słaby mężczyzna wraca skonany po pracy, jego żona potrafi jeszcze wykrzesać z siebie ostatki sił mimo, że za dnia ogarnęła etat, firmę, dziecko, chałupę i zakupy. Ale jeszcze sobie na wieczór odpali serialik i pomedytuje, podczas gdy niedojrzały chłopczyk jedyne co zrobi, to wciśnie przycisk na pilocie.
Nadal jesteśmy tylko ludźmi - ale przez naszą siłę, czasem zdajemy się przypominać cyborgi. Nie idźmy jednak tą drogą. W całej tej naszej sile, musimy dawać sobie czas na smutek, słabość i łzy. Bo to ludzkie i zupełnie normalne. Grunt, by w tym permanentnie nie trwać.
Dziś traktuję bycie kobietą jako dar. Za nic w świecie nie zamieniałabym się z mężczyzną. Kocham w nas to wszystko, co jest naszą kobiecą domeną. Bycie stanowczą i wymagającą, a jednocześnie ciepłą i kochającą. Bycie kapłanką domowego ogniska - bo któż jak nie kobieta, lepiej stworzy rodzinny klimat w naszych czterech kątach? Może i mężczyzna powiesi nam półki i zmontuje nam meble, ale to my kobiety - zapalamy świeczki i kadzidła, kupujemy świeży kwiaty i wstawiamy je do wazonów. To my wywołujemy zdjęcia i zawieszamy je na ścianach. To my roztaczamy aurę ciepła, opiekuńczości i staramy się kochać i dbać o wszystkich naszych domowników. To my ogarniamy rzeczywistość kiedy mężczyzna umiera na katar, a dzieci przechodzą bunt rok za rokiem. To my kokietujemy, uwodzimy spojrzeniem. To my możemy być piękne z makijażem jak i bez niego - wystarczy, że mamy na twarzy uśmiech. To my kobiety zostałyśmy stworzone tak, by rodzić dzieci i darzyć je matczyną ( najpiękniejszą na świecie) miłością. To my idziemy przez świat w szpilkach, adidasach, na boso - i zawsze tak samo jesteśmy piękne i wyjątkowe.

To my - kobiety - powinnyśmy być dla siebie wzajemnie najlepszymi przyjaciółkami. To my, kobiety, powinnyśmy solidarnie wyciągać do siebie ręce, darzyć uśmiechami i życzliwością. To my, kobiety - powinnyśmy być tymi, które łączą, a nie tworzą podziałów.
Powinnyśmy. Czy to robimy? Wiemy wszyscy jak jest. Jestem jednak zdania, że każda z nas powinna być zmianą, którą sama chce ujrzeć we świecie. Każda z nas, powinna być taką kobietą, jaką sama chciałaby spotkać na swojej drodze. Każda z nas powinna... ależ to brzmi prawda? POWINNA. Powinnyśmy być sobą, ale starać się pozostać przy tym dobrym człowiekiem. Kobieta kobiecie niechaj będzie przyjaciółką, nie wilkiem.
Nie zazdroszczę, nie rzucam zawistnych spojrzeń. Cieszę się TWOIMI sukcesami, życzę Ci zdrowia, miłości, radości i spełnienia. Życzę Ci kobieto wszystkiego na co zasługujesz. Wysyłam dobrą energię każdej z Was i wierzę, że niedługo my, kobiety zaczniemy słynąć z tego, że jesteśmy ze sobą razem - a nie osobno. Jeśli kobieta jest siłą, to niech ta siła przejawia się dobrem i pozytywną energią. Nie niechcianymi radami, ocenianiem i wyścigiem: kto jest lepszą matką, żoną, kucharką. Kobiecość jest w każdej z nas. Ale to znacznie coś więcej niż pomadka i lampka wina w ręce - to przede wszystkim dobro i empatia. To odruch, w którym kiedy widzimy, że drugiej kobiecie coś nie wychodzi - my podchodzimy do niej i poprawiamy jej koronę. Bez zbędnych pytań i słów - dajemy jej siłę, której ona potrzebuje.
Na koniec ode mnie dla Was - chciałam Was zaprosić do wyjątkowej zabawy z okazji Dnia Kobiet na moim Instagramie. Pod najnowszym zdjęciem znajdziecie zasady konkursu, dotyczące polubienia profili oraz zaproszenia znajomych.
Oprócz tego będzie też pytanie konkursowe: co najbardziej cenisz w najważniejszych dla Ciebie kobietach? Może to dotyczyć Twojej mamy, przyjaciółki, sąsiadek, a może ogólnie - wszystkich kobiet, które spotykasz na swojej drodze. Niech Twoja odpowiedź popłynie prosto z Twojego serca :)
Bawimy się w dniach 8.03 - 15.03 - aż trzy osoby wygrają zestaw Skin Routine od Natural Mojo oraz peeling i maskę od Koi Cosmetics.

Dodam jeszcze, że Natural Mojo z okazji dnia kobiet, przez cały marzec z każdego sprzedanego zestawu Skin Routine przeznacza 4 zł na fundację CAMFED. To fundacja wspierająca młode kobiety w Afryce. Cudowna sprawa <3
Czekam na Was zatem na moim IG :) Życzę Wam wszystkiego najlepszego z okazji Dnia Kobiet - pamiętajcie, byśmy były dla samych siebie i innych dobre nie tylko tego jednego dnia, ale każdego... Życzę Wam dobrego życia i jak najwięcej pozytywnej energii.
Tym razem słowo duchowość postanowiłam zamienić na rozwój. Bardziej mi to pasuje do celów, które chciałam tutaj opisać. Cele, to może zbyt dużo powiedziane. Takie plany traktuję raczej jako wskazówkę, coś co powala mi trzymać rytm i za często z niego nie wypadać. Od długiego już czasu mam dobrą passę - trzymam się wszystkiego systematycznie, nie mam wiecznych spadków nastroju i energii. Właściwie mogę śmiało powiedzieć, że moja "dobra zmiana" i postanowienia zamieniły się w styl życia. Do niczego się już raczej nie zmusza, ale... się pilnuję. Bo z natury to ja jednak jestem leniem. Dlatego niezmiernie się cieszę, że jestem obecnie tak zdyscyplinowana, że nawet jak mi się cholernie nie chce, to sobie mówię: musisz wstać i to zrobić. I wstaję i to robię. I zawsze, ale to zawsze okazuje się, że trudne było jedynie ruszenie dupy. Reszta to już pikuś.
Dzisiaj chciałabym Wam pokazać mój plan w 3 sferach: rozwoju, żywienia i treningów. Chciałabym zmieniać te plany co miesiąc, by każdego miesiąca skupiać się na czymś trochę bardziej, na czymś innym trochę mniej. Ostatnie miesiące były planami ogólnymi, spisanymi na blogu i poszło mi dobrze - no prawie. Nadal nie zrobiłam badań na IO, bo ta wizja porannych dwóch godzin na czczo w klinice mnie przeraża, ale ogarnę to. Sama się sobie dziwię, że tak zwlekam z czymś co dotyczy mojego zdrowia. Nikt nie jest idealny O.o Ale żeby już nie przynudzać - zobaczcie jak wygląda mój plan...
By udało mi się mieć na to siłę i energię, oczywiście będę starała się jak do tej pory - chodzić spać przed 22, wstawać przed 6, modlić się, afirmować i robić większość tych rzeczy, o których pisałam we wpisie: Wczesne poranki i czas dla siebie - moja recepta na udany dzień

W celu ułatwienia sobie zdrowego żywienia, postanowiłam wypisać sobie kilka propozycji na śniadania, przekąski, obiady i kolacje. Będę z nich wybierać to na co aktualnie mam ochotę, chyba, że wpadnę na coś totalnie innego, ale to takie moje hity jednak i faworyci :)
ŚNIADANIA:
PRZEKĄSKI ( DRUGIE ŚNIADANIE):


OBIADY:
KOLACJE:
No. Tradycyjnie ( wow, drugi raz w życiu :D ) drukuję sobie ten plan na kartce A4 i kładę sobie na biurku. Dzięki niemu będę miała jakiś punkt zaczepienia, którego będę starała się trzymać. Wiem po co to robię - dla samej siebie. I to powinna być największa motywacja. O samych siebie powinniśmy dbać najbardziej. Powinniśmy siebie kochać, dbać o siebie i traktować NAAAJLEPIEJ! Tylko wtedy możemy tak traktować innych i dać im prawdziwą, bezwarunkową miłość, która nie jest kosztem nas samych. Jeśli macie ochotę zobaczyć jaki był mój 1 plan, w którym był również aspekt duchowy, zapraszam Was na wpis: Mój plan na formę w 4 tygodnie . Obejmuje on plan duchowy, żywieniowy i treningowy. Może z niego też uda się Wam coś zaczerpnąć :)
Dobrego marca kochani!
