0
0,00  0 elementów

Brak produktów w koszyku.

0
0,00  0 elementów

Brak produktów w koszyku.

To hasło staje mi przed oczami prawie codziennie, wchodząc rano do kościoła. Musicie być mocni. Przekaz dla każdego człowieka... tak krótki, tak prosty, a tak silny...

Bo musimy. Nieważne jak mocno wieje, jak bardzo przeszywa nas ból - musimy być mocni. Nieważne, czy huragan już zmiótł nam wszystko co było dla nas tak ważne, czy może jeszcze zostawił jakieś okruchy - musimy być mocni. Dzisiaj to wiem. Ostatni rok był dla mnie bardzo intensywny zarówno pod względem pracy jak i przemiany duchowej. Czułam, że jestem już na dobrej drodze, że znam smak szczęścia i życia i... nie pomyliłam się. Bujałam sobie wysoko w obłokach, pokonywałam problemy mniejsze i większe, ale ostatnio poczułam, że los postanowił urządzić mi prawdziwy egzamin z życia. Sprawdzić, czy to czego nauczam Was, czy to o czym tak ciągle piszę i mówię - naprawdę potrafię zastosować w obliczu problemu, który większość ludzi traktuje jak koniec świata, jak porażkę... Chyba zdałam celująco.

Wiecie. W obliczu problemu, który nas przerasta stajemy się jak małe dzieci. Bezbronni, przestraszeni. To naturalne emocje. Nie da się na problem spadający na nas jak grom z jasnego nieba, zareagować automatycznie - ok, to wszystko dzieje się po coś! A przynajmniej ja nie jestem jeszcze na takim poziomie. Chodzi o to, że wszyscy jesteśmy ludźmi i negatywne emocje są normalne. Toteż pozwoliłam sobie na bycie wrakiem człowieka przez kilka dni, po czym wróciłam do normalnego trybu życia, przełykając niepewnie ślinę i mówiąc sobie w myślach: to jest tylko sprawdzian... to się zaraz skończy. Na chłodno potrafię opowiedzieć najbliższym o tym co się stało, co właściwie wciąż się dzieje. Nadal potrafię stwierdzić, że jestem cholernie szczęśliwa. Bo wypisując na kartce rzeczy, które dają mi szczęście i z których jestem zadowolona, jest ich naprawdę wiele. Wciąż czasem kapnie mi łza jedna, bądź dwie. Wciąż się budzę i przez chwilę czuję, że nic nie ma sensu. Ale wstaję, uśmiecham się do siebie, rozglądam w koło, całuję córko w czoło i odczuwam wręcz dziką wdzięczność, nawet za to co się teraz dzieje. Bo wierzę, że tam na górze, jest ktoś mądrzejszy ode mnie, kto doskonale wie jak mnie poprowadzić, kto doskonale wie co robi. A moja mądrość wobec Jego mądrości jest niczym. Jak więc mogę zrozumieć, jak mogę pojąć to co się teraz dzieje? Zrozumiem, ale nie teraz. Może za rok, za pięć, za dziesięć lat, ale kiedyś zrozumiem, że to wszystko co się teraz dzieje musiało się wydarzyć.

Jestem dumna. Jestem naprawdę dumna. Bo o ile można przykleić do twarzy uśmiech, a w środku cierpieć, tak zdecydowanie dużo ciężej jest w obliczu ogromnego problemu, odnaleźć w sobie pokłady szczęścia, które mimo wszystko pozwolą nam iść normalnie. Tak. To zdecydowanie egzamin z życia zdany na szóstkę. To już nie tylko teoria z książek, która sprawdza się w obliczu mniejszych i większych dołów, a styl życia i spokój ducha, który pozwala sprostać nawet największym wyzwaniom.

Musimy być mocni. Po prostu. Bo jeśli nie będziemy, pokona nas życie. Sami siebie pokonamy swoim nastawieniem i zrezygnowaniem. Musimy być mocni. Bo jeśli my nie będziemy, słońce nie zaświeci tak szybko jakbyśmy tego chcieli. Musimy być mocni w wierze, w nadziei, w miłości. Musimy wierzyć, umacniać się w tej wierze, pracować nad sobą, dostrzegać więcej, widzieć wyraźniej. Musimy w tej całej gonitwie, pamiętać o swoim wnętrzu, o swojej duszy, która nie może cierpieć. Której nie możemy karmić obłudą, zawiścią, zazdrością, żalem, smutkiem.

Takie jest życie jakie myśli nasze. Co zasiejesz to zbierzesz. Czy myślicie, ze te słowa są bez pokrycia? Te słowa to całe nasze życie. To obraz tego jak sami kształtujemy swój los, swoje szczęście i swój świat wkoło. Możemy stać na zatłoczonym chodniku i słyszeć krzyki, klaksony, kłótnie, pisk opon. Ale możemy pójść kawałek dalej, wjechać na ostatnie piętro budynku, stanąć spojrzeć na miasto z góry, odetchnąć w spokoju... a to wciąż to samo miejsce, to samo miasto, ten sam świat. Tylko perspektywa jest inna. Tak właśnie jest z naszym życiem i z problemami, które napotykamy. Wszystko zależy od tego jak na nie spojrzymy, jak je odbierzemy... łatwo jest się poddać, łatwo jest zwinąć się w kłębek i czekać na rychły koniec. To najprostszy wybór, ale najbardziej okrutny. Musimy być mocni. Musimy śmiało kroczyć przed siebie, rozumiejąc, że czasem wystarczy zmienić perspektywę. Czasem nie da się tak  łatwo tego zrozumieć. Trzeba tygodni, miesięcy, lat pracy nad samym sobą, ale warto... warto umacniać się każdego dnia, warto być blisko Boga, warto pielęgnować swoją duszę, jak najdroższy kwiat. Musimy wzmacniać swoją siłę, musimy stawiać czoła problemom, musimy być dobrzy na przekór wszystkim i wszystkiemu. Musimy uczynić nasze serca otwarte na świat, na ludzi, na nowe wyzwania.

Co mnie nie zabije to mnie wzmocni. Dzisiaj to wiem. Noszę w swoim sercu ogromne pokłady szacunku dla swojego życia, które mam tylko jedno. Noszę w swoim sercu pokłady miłości dla ludzi, dla świata. Czymże są moje problemy w obliczu tego całego dobra, które mnie spotkało i które mnie jeszcze spotka? Są próbą, sprawdzianem, ale nie są karą. Nie czuję się skrzywdzona przez los. Nie czuję się potraktowana niesprawiedliwie. Z pokorą przyjmuję nawet to co złe, bo wierzę, że jest w tym jakiś cel. Nie jestem i już nigdy nie będę ofiarą, która pyta: dlaczego to przydarza się akurat mi? Czym sobie na to zasłużyłam? Nie zadaję już takich pytań. Przyjmuję w swoim życiu zarówno to co dobre jak i to co złe. I wierzę, że już niebawem z tęsknoty za tym światłem, za tą normalnością, obudzę się i zrozumiem po co był ten cały huragan, po co tak mocno nabałaganił w moim życiu. Ale czekam. Czekam cierpliwie i żyję dalej, ciesząc się tym, czego mi nie zabrano, czego mi nie zniszczono...

 

"Musicie być mocni, drodzy bracia i siostry! Musicie być mocni tą mocą, którą daje wiara! Musicie być mocni mocą wiary! Musicie być wierni! Dziś tej mocy bardziej wam potrzeba niż w jakiejkolwiek epoce dziejów. Musicie być mocni mocą nadziei, która przynosi pełną radość życia i nie dozwala zasmucać Ducha Świętego! Musicie być mocni mocą miłości, która jest potężniejsza niż śmierć, jak to objawił św. Stanisław i błogosławiony Maksymilian Maria Kolbe. Musicie być mocni miłością, która „cierpliwa jest, łaskawa jest... nie zazdrości, nie szuka poklasku, nie unosi się pychą... nie pamięta złego; nie cieszy się z niesprawiedliwości, lecz wpół weseli się z prawdą”. Która „wszystko znosi, wszystkiemu wierzy, we wszystkim pokłada nadzieję, wszystko przetrzyma”, tej miłości, która „nigdy nie ustaje” (1 Kor 13, 4-8). Musicie być mocni, drodzy bracia i siostry, mocą tej wiary, nadziei i miłości świadomej, dojrzałej, odpowiedzialnej, która pomaga nam podejmować ów wielki dialog z człowiekiem i światem na naszym etapie dziejów - dialog z człowiekiem i światem, zakorzeniony w dialogu z Bogiem samym: z Ojcem przez Syna w Duchu Świętym - dialog zbawienia." - św . Jan Paweł II

Strach to normalna emocja. Gdybyśmy nigdy go nie odczuwali, mogłoby to świadczyć o jakimś zaburzeniu. Nie odczuwanie strachu może prowadzić do skrajnych zachowań. Ale odczuwanie go zbyt bardzo, jest chyba równie niebezpieczne.

Dlaczego? Dlatego, że utrudnia nam funkcjonowanie. Każdy z Was na pewno pamięta jakąś sytuację, kiedy strach dosłownie, zmroził nam krew w żyłach i sparaliżował. Szybsze bicie serca, łzy napływające do oczu, szybki, spłycony oddech. Boimy się nie tylko w sytuacjach realnego zagrożenia typu: ktoś stoi przede mną i grozi mi nożem. Boimy się w tysiącach innych sytuacji, a czasem boimy się bez powodu. Ot tak. Pamiętam kiedy będąc z Polą w domu sam na sam, zaczęłam wymiotować, ale tak naprawdę hardkorowo. Zaczynało być mi słabo i czułam mrowienie w dłoniach. Nie wiedziałam co robić, bo kurcze... nie mogę przecież zasłabnąć! Czułam jak palce zaczynają mi się samoistnie zaciskać. Widząc to i czując się naprawdę okropnie, zaczęłam nakręcać samą siebie coraz bardziej. Zadzwoniłam do mamy, kiedy jeszcze byłam w stanie trzymać telefon i powiedziałam jej: mamo, palce zaczynają mi się wykrzywiać, ledwo trzymam telefon, co mam zrobić. Kazała, tak jak wtedy, gdy przyjechało do niej pogotowie i zasugerowało jej - wziąć foliowy worek i przez niego oddychać. To co mi się przydarzyło, spowodowane było zbyt szybką utratą dwutlenku węgla - właśnie przez szybkie oddychanie. Uspokoiłam się wtedy, oddychałam przez foliową torebkę, a dłonie zaczęły wracać do siebie. Tak właśnie sparaliżował mnie strach, powodując dziwne fizyczne objawy, które zdenerwowały mnie jeszcze bardziej. Za bardzo w głowie namieszała mi wizja, że jestem sama z dzieckiem i nie wiem co się stanie, jeśli zasłabnę. Od tamtej pory jeszcze bardziej przywiązuję uwagę do tego, by w każdej, nawet kryzysowej sytuacji, zachować trzeźwe i rozsądne myślenie i nie zakładać najgorszego.

To był strach w danej, konkretnej sytuacji. Ale jest też rodzaj strachu, który towarzyszy nam na co dzień. Można właściwie to nazwać nieustającym lękiem. Na przykład przez zdradą. W najgorszym stadium takiego strachu człowiek znajduje się wtedy, kiedy w obawie przed tym co MOŻE się wydarzyć, ale nie musi - zaczyna swoje życie podporządkowywać wszystkim myślom, które sprowadzają się do tego, co się stanie jeśli TO się wydarzy. Kto nigdy tego nie przeżył, nie zrozumie, że strach tego typu, nie pozwala nam myśleć o niczym innym, nie pozwala nam normalnie funkcjonować. Idziemy i boimy się w każdej minucie.

Są też ludzie, którzy boją się... praktycznie wszystkiego. Może nie paranoicznie, ale... podejmują życiowe decyzje, a właściwie ich nie podejmują, bo się boją. Nie wezmą kredytu na dom, bo co będzie jeśli stracą pracę? Nie zaczną się starać o dziecko, bo co jeśli poronią? Nie zaczną szukać nowej, lepszej pracy, bo co jeśli się nie uda? Nie zmienią miejsca zamieszkania na lepsze niż to, w którym się duszą, bo co jeśli sobie nie poradzą? Kiedyś jedna z osób powiedziała mi: nie mogłabym mieć takiej pracy jak Ty. Codziennie bałabym się, że to się kiedyś skończy. Przecież nie można wiecznie pisać bloga. A skąd wiecie, że Wasze prace i zawody będą wieczne? Skąd wiecie, czy nie wylecicie z Waszej pracy za miesiąc, rok, czy pięć lat? Czy każdego dnia chodzicie do pracy z obawą, że wkrótce możecie ją stracić? Nie. Bo gdybyście się tak zachowywali, to wpadlibyście w paranoję. Strach nie pozwalałby Wam wykonywać Waszej pracy dostatecznie dobrze, bo bylibyście pod presją... samych siebie.

Niemalże codziennie rozmawiam z ludźmi, którzy stoją na jakimś życiowym rozdrożu i zazwyczaj przed podjęciem jakiejś decyzji, blokuje ich właśnie strach. To normalne poczuć strach czy obawę, ale nie pozwólmy, by strach osiągnął rozmiary, który przysłonią nam cały bilans zysków i strat, który ewidentnie wskazuje, że powinniśmy podjąć taką, a nie inną decyzję. Bać będziemy się zawsze. To naturalna reakcja. ale strach nie może mieć wpływu na nasze wybory i decyzje, bo gdyby miał... nigdy nie ruszylibyśmy naprzód. Czy wyobrażacie sobie, żeby nie podejmować w życiu żadnych ważnych decyzji, tylko dlatego, że się boimy? No i co z tego? Strach musi się pojawić, ale po to, żebyśmy przystanęli i rozważyli wszystkie za i przeciw. Strach to taki nasz obrońca, który pilnuje tego, byśmy nie podjęli zbyt pochopnych decyzji, których możemy żałować. Niektórzy nie odczuwają strachu, skacząc na przykład spontanicznie na główkę, na niezbadanym gruncie i to jest definitywnie ZŁE. Ale większość z nas, boi się zbyt bardzo...

Dlaczego tak bardzo lubimy sami siebie blokować w swoich decyzjach? Dlaczego wyjście ze strefy komfortu jest takie trudne? Bo nawet jeśli jest ch*owo, to może być stabilnie. A stabilności, pragnie każdy z nas. Bo czujemy się w tej stabilności w miarę bezpiecznie, nawet jeśli nie jest zbyt kolorowo. Mamy taką zdolność, że bardzo szybko się przyzwyczajmy, a od przyzwyczajeń ciężko się odlepić. Nawet jeśli są złe. Gdyby to było takie proste, ludzie nie popadaliby w uzależnienia, które ich niszczą. A jednak.

Około miesiąca temu wzięłam udział w kampanii społecznej - Bądź Mądry. Na dzień przed nagraniami, zaczęłam się stresować. Czułam ten stres w całym swoim ciele i pomyślałam... rezygnuję. I wiecie co wtedy do mnie doszło? Dlaczego chciałam zrezygnować? Bo się bałam! Czegoś nowego, czegoś czego nie znam. Bałam się nie tyle co porażki, ale bałam się gruntu, po którym nigdy nie stąpałam. Postawiono przede mną nowe wyzwanie, a nowe rzeczy... budzą niepokój. Boimy się tego co nieznane. Ale czy to co " nieznane" musi być gorsze? Zrozumiałam wtedy bardzo ważną rzecz - jeśli zawsze będę rezygnować z takich okazji, to w jaki sposób mam się niby rozwijać? Człowiek, który nie doświadcza nowych rzeczy, stoi w miejscu. Nie zrozumcie mnie źle. Nie oczekuję, że każda kobieta ma podróżować, robić co chwilę karierę w innej branży. Możesz być kobietą, która zajmuje się domem i dziećmi - ale jeśli będziesz w tym domu, i z dziećmi robić w kółko to samo - to czy to dla kogokolwiek będzie dobre? Musimy iść naprzód, rozwijać się i próbować nowych rzeczy, niezależnie od tego w jakiej branży pracujemy, jakie hobby i pasje mamy. Strach nie może być czynnikiem, który ma wpływ na nasze decyzje, bo zazwyczaj ma taki wpływ, że decyzji nie podejmujemy żadnej. Właśnie dlatego mamy tyle nieszczęśliwych związków, tylu ludzi pracujących w czymś czego nienawidzą. Bo ludzie boją się podjąć decyzję, która zmieni całe ich życie.

Ja też czułam strach. Czułam strach, kiedy z dnia na dzień zmieniałam miejsce zamieszkania. Czułam strach, kiedy posyłałam Polkę do prywatnego przedszkola, mimo, że nie wiedziałam czy podołam finansowo, ale wiedziałam, że bez tego nie ruszę ze swoją pracą naprzód. Czułam strach, kiedy zostawiłam F. bo czułam, że ten związek nie ma sensu. Czułam strach, kiedy postanowiłam mimo wszystko nie iść na etat, a robić w życiu to co lubię. Mogłam zrezygnować, iść do byle jakiej pracy. Ale gdzie bym była teraz? Moje marzenie leżałoby zakurzone, a ja chodziłabym codziennie do pracy i marnowała się w niej, ze świadomością, że mogę robić coś innego, no ale... robiąc samemu na siebie, trzeba trochę popracować charytatywnie, żeby wyrobić swoją markę i nie masz gwarancji, że się uda. Całe szczęście, strach mnie nie przyblokował. Wiara w to, że mi się uda i ogromna determinacja sprawiły, że to za co się wzięłam - wypaliło. A nawet gdyby nie wypaliło - miałabym przynajmniej świadomość, że spróbowałam. A to lepsze niż życie w niewiedzy, czy jeśli wtedy bym spróbowała... to czy by wyszło?

Ludzie boją się wielu rzeczy. Są ludzie, którzy we wszystkim dopatruję się tych złych stron. Są ludzie, których strach ogarnia nawet wtedy, kiedy biegną na autobus. Po co? Czy strach coś zmieni? Czy sprawi, że autobus na nas zaczeka? Czy sprawi, że pobiegniemy szybciej? Nie. Może jedynie nam zaszkodzić. Nie wielu z nas zdaje sobie sprawę, jak bardzo strach, a co za tym idzie stres wpływa na nasze zdrowie. To nie jest tak, że to nam się nigdzie nie odkłada. Całe to zdenerwowanie wychodzi po latach właśnie w naszym zdrowiu. Dlaczego kiedy jesteśmy zdenerwowani, zaczyna boleć nas brzuch, przyspiesza się bicie serca? Można by przecież powiedzieć, że stres jest w naszej głowie i nie ma przełożenia na nasze zdrowie. A jednak. Najgorszy jest stres długotrwały, powodowany na przykład przez nierozwiązane konflikty rodzinne, przez skrywaną urazę, żal, nienawiść. Cierpi na tym nasz układ trawienny czy układ krążenia. Bardzo łatwo możemy nabawić się miażdżycy, wrzodów, a co najgorsze... zawału serca.

Nikt o tym nie myśli. Poddajemy się negatywnym emocjom, bo łatwiej jest się zdenerwować, zestresować niż uczyć swoich emocji. Łatwiej jest skrywać żal i nienawiść, niż wybaczyć, odgrodzić się od przeszłości i iść dalej. Tak wiem, łatwo napisać, łatwo powiedzieć. Ciężej zrobić. Ale nikt nie mówił, że to będzie łatwe. Droga do osiągnięcia spokoju jest niezwykle trudna i długa. Ja, pracę nad samą sobą, zaczynałam z poziomu zdenerwowanej, sfrustrowanej i rozgoryczonej pesymistki. Kim dziś jestem? Niepoprawną optymistką, którą mało co wytrąca z równowagi. Jestem szczęśliwym i spokojnym człowiekiem. Wciąż mam chwile słabości, ale wydaje mi się, że nie da się ich pozbyć całkowicie. Bo czy moglibyśmy się wtedy nazwać ludźmi? Nas ludzi, cechują emocje. Nie zawsze będą one dobre i musimy się z tym pogodzić. Ale nie możemy doprowadzić do tego, by negatywne emocje zawładnęły całym naszym życiem i całkowicie je zdominowały! Nie możemy tego zrobić, bo jeśli się temu poddamy - życie przecieknie nam przez palce.

Nie każdy z nas jest w stanie poradzić sobie z nawiedzającym strachem samodzielnie. Często mamy już do czynienia z paranoją, nerwicą, depresją. Najważniejsza jest diagnoza i zrozumienie w czym tkwi problem. Możliwe, a nawet pewne jest, że będzie nam do tego potrzebny lekarz. Wielu ludzi nie chce pomocy, bo uważa, że ich funkcjonowanie jest całkowicie normalne. W moim bliskim otoczeniu jest jedna taka osoba, która non stop denerwuje się do takiego stopnia, że autentycznie zaczyna później chorować. Czy myślicie, że ta osoba dostrzega w sobie problem? Nie. Przecież każdy się denerwuje, przecież życie jest okrutne i MUSIMY tak reagować. Tylko no właśnie. Gdzie jest granica pomiędzy strachem normalnym a nienormalnym? Wg mnie, jest ona bardzo cienka i bardzo łatwa do przekroczenia.

Lekarz lekarzem, a diagnoza diagnozą. Ale to my sami musimy trzymać swoje życie w ryzach i zrozumieć, że jesteśmy panami swojego losu, a przede wszystkim swojego umysłu. Nie jestem lekarzem, nie jestem psychologiem, a powyższy wpis to jedynie moje obserwacje i próba uświadomienia niektórym ludziom, że ich strach przybrał zbyt poważną i zbyt wpływową formę.

Jak sobie z tym radzić? Jak się zmieniać? Jeśli to wszystko zabrnęło zbyt daleko, to pamiętajmy, że wybór lekarza nie może być przypadkowy. Jeśli by taki był - moglibyśmy sobie narobić więcej szkód niż pożytku. Zdrowie psychiczne i fizyczne to nie przelewki. Potrzeba naprawdę dogłębnej analizy, by zrozumieć w czym tkwi problem. Musicie też pamiętać o tym, że jeżeli boicie się do tego stopnia, że zaczynacie popadać w paranoję, wybuchacie płaczem, bo nagle myślicie o tym, co mogłoby się wydarzyć, nie możecie spać itp. - musicie czym prędzej odwiedzić lekarza i nie ma tutaj żadnej dyskusji. Ja... ja poradziłam sobie sama, ale tak jak mówię - różnie mogło się to skończyć! Do końca swojego życia, będę wdzięczna za książki takie jak: Pełnia Życia, Moc Pozytywnego Myślenia. Wbrew pozorom, te książki nie rzucają jedynie hasłami: myśl pozytywnie! Możesz wszystko! One naprawdę dogłębnie i wnikliwie analizują nasze życie i problemy. Działa to w taki sposób, że czytając książki, SAM zaczynasz rozumieć swoje emocje, a dana książka jest narzędziem, które pozwala Ci rozwiązać wiele Twoich emocjonalnych problemów.

To narzędzie jest na wyciągnięcie Twojej ręki. Tylko, że pierwszym krokiem do zmiany, jest w ogóle dostrzeżenie, że... moje życie mogłoby być lepsze. Ja mogłabym być lepsza. Czas nad sobą popracować. A sami wiecie, jak ciężko jest się przyznać przed samym sobą, że nasza postawa i nasze życie wymaga zmian... lubimy być wobec siebie bezkrytyczni, dostrzegać drzazgę w czyimś oku, a nie widzieć belki we własnym. Ale nie jesteśmy idealni. Nikt z nas nie jest. We wszystkich z nas, są rzeczy które należy zmienić, udoskonalić. I myślę, że wszyscy powinniśmy codziennie patrzeć w lustro i zadawać sobie pytanie: czy jest coś co mogłabym zmienić? Bo tylko człowiek, który dąży do tego, by być dobrym i szczęśliwym człowiekiem ( a to wymaga pracy) - może osiągnąć pełnię szczęścia, wolności i spokoju. Może osiągnąć życie, w którym strach będzie tak naturalny jak każda inna emocja, a nie będzie ponad wszystkie inne. Może osiągnąć życie, w którym będzie mieć kontrolę nad strachem... i samym sobą. Boi się każdy z nas... najważniejsze to nie zwalczać tego na siłę i mimo tego iść do przodu. Nawet centymetr, czy dwa. Ale to zawsze krok wprzód...

Ciepły, choć nieco wietrzny wieczór. On i ja. No i wypożyczone rowery. Mijamy co chwilę to różne budynki, bloki, billboardy, mostki, łąki, górki, sklepy. On, jak zwykle jedzie przede mną. Chłoniemy każdą sekundę, przypatrujemy się wszystkim szczegółom.

"Zatrzymaj się na chwilę i pomyśl po co żyjesz?" - to hasło przeczytałam na tablicy postawionej przed jakimś chrześcijańskim stowarzyszeniem dla mężczyzn - nie pamiętam nazwy, choć bardzo chciałam o tym miejscu poczytać. Na tablicy było kilka plakatów, ale ten rzucił mi się w oczy najbardziej. Przeczytałam to hasło na głos, kierując zapytanie do F. W odpowiedzi usłyszałam: po to, by czerpać z życia garściami.

"Bardzo dobrze kochanie... bardzo dobrze!" - odpowiedziałam, uśmiechając się do siebie. Staliśmy się tak podobni, tak spragnieni życia, przeżyć, doświadczeń. Choć mamy ambitne plany, zajęliśmy się rozwojem działalności i mierzymy naprawdę wysoko, by najzwyczajniej w świecie żyło nam się lepiej - to wciąż nie zapominamy o tym, że cieszyć się życiem trzeba tu i teraz. W każdym momencie, nawet kiedy jest naprawdę źle, potrafić umieć wyszukać pozytywy, znaleźć rzeczy, które są tak proste w swej istocie, a dają nam tak nieziemskie przeżycia i wspomnienia.

"By czerpać z życia garściami" - tak, właśnie po to powinniśmy żyć. Każdy pod to hasło dopisze coś pod siebie, ale czy to nie jest sens całego naszego istnienia? By wyciskać to życie jak cytrynę, dążyć do tego, by dostać od niego wszystko to dzięki czemu będziemy czuć się szczęśliwi? Nieważne, czy będą to podróże, domek w lesie, wielka rodzina - życie jest tylko jedno - nie powtórzy się już żaden dzień, żadna chwila.

Ile masz lat? 20, 30, 40? Od ilu lat obiecujesz sobie, że w końcu zaczniesz żyć naprawdę? Ile czasu już straciłeś i co przez ten czas zrobiłeś? Ile czasu zmarnowałeś na rozmyślanie, na rozpaczanie, na użalanie się nad sobą. A teraz pomyśl jak mógłbyś ten czas wykorzystać inaczej. Wszyscy jesteśmy tacy mądrzy, ale jakoś nie dociera do nas, że nie będziemy żyć wiecznie i że nie starczy nam na wszystko czasu. Mój czas jest teraz i tutaj. Nie zacznę czerpać z życia za 5 czy 10 lat, tylko czerpię z niego już teraz. Czerpałam nawet wtedy, kiedy nie miałam grosza przy dupie - bo pieniądze są naprawdę dobre i potrafią dać wiele szczęścia, jeśli umie się je rozsądnie wydawać - ale nie są głównym wyznacznikiem szczęścia. Są dobre - bo są, nie oszukujmy się. Ale nie sprawią, że będziemy szczęśliwi ot tak, na pstryknięcie palca, jeśli wcześniej wciąż byliśmy źli, rozgoryczeni i sfrustrowani.

Zatrzymaj się na chwilę i pomyśl... po co żyjesz? Ale bądź szczery. Nie oszukuj samego siebie. Po co żyjesz? Po to, by przetrwać i jakoś w miarę przeżyć każdy dzień? Po to, by martwić się całym złem tego świata? Po to, by porównywać się wiecznie z innymi? Po to, by stwarzać pozory? Ile w tym całym życiu i jego przeżywaniu robisz naprawdę po to, by czuć się szczęśliwie. Ale tak naprawdę szczęśliwie, nie na zdjęciu? Powiedz mi, ile razy w tygodniu, kładziesz się z myślą, że życie jest dobre? Ile razy w tygodniu, kładziesz się z myślą, że jesteś szczęśliwy? Że to był dobry dzień?

Po co żyję... po to, by być szczęśliwym, po prostu. By zasypiać i budzić się z myślą, że naprawdę kocham swoje życie. Jak to robię? Jak to robię, że jestem taka szczęśliwa i tak bardzo kocham swoje życie? Po prostu - dążę do każdej najmniejszej rzeczy, która sprawia mi radość. Nieważne, czy mówię tu o przeczytaniu książki, spacerze z rodziną czy wyjeździe do Miami - nie ma dla mnie rzeczy niemożliwych. Nie są dla mnie ograniczeniem finanse, odległość, wielkość marzenia. Doświadczyłam w życiu zbyt wielu "cudów", by nie wierzyć głęboko w to, że jesteśmy w stanie osiągnąć wszystko, o czym intensywnie myślimy i czego konsekwentnie pragniemy. A kiedy już za coś się zabieram - nie robię tego automatycznie, bez emocji. Każdy spacer, każda rozmowa, każdy mój krok i czyn jest czymś na czym się skupiam, z czego się cieszę i z czego wyciągam jak najwięcej dobrych rzeczy. Może wydaje Ci się, że również żyjesz, a może tak naprawdę myślami jesteś gdzieś indziej. Może chodzisz na spacery z rodziną, ale nie wyciągasz z nich 100 % radości. Może rozmawiasz z mężem wieczorem, kiedy dzieci zasną, ale nie doceniasz wcale magii tej rozmowy, czasu we dwoje, tego, że macie siebie.

Ja doceniam każdego dnia. Wtulam się i jestem tak cholernie wdzięczna, że go mam. Wstaję, rozglądam się po mieszkaniu i jestem tak bardzo wdzięczna, że budzę się właśnie tutaj. We wszystkim co robię, we wszystkim co mam, we wszystkim co widzę dookoła - jest moja wdzięczność i moja miłość. I może właśnie dlatego, jestem tak szczęśliwa jak nigdy. Bo nauczyłam się żyć naprawdę.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

O depresji mówi się dziś więcej niż kiedyś. Nie jest to już temat tabu. Nikogo dzisiaj nie dziwi, że ich znajomy odwiedza psychologa, psychoterapeutę czy psychiatrę. Problem pojawia się wtedy, kiedy o depresji mówi nastolatka, której depresja w oczach innych jest tylko kaprysem.

Tak było ze mną. Zawsze kiedy podejrzewałam u siebie jakieś poważne zaburzenie - ludzie wkoło sprowadzali mnie na ziemię. Że to na pewno nie depresja. Że to hormony, że młodość, że wyimaginowane problemy i nadmiar czasu. Cholernie nienawidziłam momentami tej swojej młodości, która wyrządza mi taką krzywdę. Borykałam się z wieloma problemami, a większość z nich miała podłoże czające się w mojej niskiej samoocenie. Nigdy nie byłam dla siebie wystarczająco dobra, piękna i mądra. Pamiętam każdy tekst, który mnie zranił i sprawił, że poczułam się gorsza. Żarty znajomych - żartowali wszyscy, ze wszystkich, ale ja odbierałam wszystko personalnie. Co w tym wszystkim najgorsze - nigdy nie dawałam tego po sobie poznać. Udawałam, że również się z siebie śmieję, udawałam, że nie słyszę, że mnie to nie obchodzi. Tymczasem moja dusza płakała. Wracałam do domu i zdejmowałam maskę pewnej siebie dziewczyny. Noc była idealnym czasem, by płakać z bezsilności. Bo jestem brzydka, głupia i nic nie warta. Później płacz zamienił się w obojętność. Taką, kiedy obojętne Ci jest nawet to czy oddychasz.

Ludzie mnie lubili. Byłam duszą towarzystwa, wszędzie było mnie pełno, ale nie lubiłam zagrzewać miejsca w dużych paczkach i chodzić na integracyjne spotkania klasowe. Miałam swój świat, swoją garstkę znajomych i potrafiłam się dostosować do każdej grupy - byle na chwilę. Byłam cwana w grupie, ale kiedy zostawałam sama z obcymi mi ludźmi, ukazywała się bardzo mocno moja "alienacja". Wolałam stać, obserwować i nie zabierać głosu. W obcym towarzystwie, nie mając swoich "sojuszników" byłam pizdą.

Choć w liceum zadzierałam bardzo często łeb, to czułam się zawsze najgorsza. W pewnym momencie doszło do tego, że czułam się nawet brzydsza od najbrzydszych dziewczyn w szkole. Miałam powodzenie i nie mogłam narzekać na brak zainteresowania. Żyłam w dwóch różnych osobowościach. Będąc w grupie czułam się pewna siebie, wiedziałam, ze podobam się innym, ale będąc bez swoich przyjaciół, czułam się jak śmieć.

Problemy z nauczycielami i wiele sytuacji, w których musiałam mierzyć się z okrutnymi plotkami na mój temat, coraz bardziej przybijały mnie do ziemi. Pamiętam jak zaczęłam prowokować wymioty, żeby być chudszą, ale pamiętam też jak wymiotowałam non stop, bez zmuszania się do tego - po prostu, z nerwów. Z czasem nerwy zamieniły się w obojętność, a życie zamieniło się w wegetację.

Moja mama borykała się z nerwicą i często nie rozumiałam jej samopoczucia. To ja! To ja, potrzebowałam pomocy, a tymczasem nikt nie miał mi siły jej dać. Tata całymi dniami pracował, a mama nie umiała sobie poradzić ani ze swoimi emocjami ani z moimi. Przez moment czułam, że nic mnie z nimi nie łączy - bo choć mówili, że wszystko robią dla mnie, to ja wcale tego nie czułam. Nie rozumieli moich problemów, moich potrzeb. Nie umieli ze mną normalnie rozmawiać. STOP! Dziś mam wrażenie, że to ja nie umiałam im normalnie przekazać co we mnie siedzi, nie umiałam prosto z mostu poprosić o pomoc. Kamuflaż był łatwiejszy. Nie czułam, że mam w nich oparcie, choć dzisiaj wiem, że oni po prostu nie wiedzieli... nie wiedzieli jak mogą mi pomóc i czy w ogóle w czymś mogą pomóc. Dodatkowo styl wychowywania przez ich rodziców, nich samych, odbiegał od tego na co dziś tak bardzo zwraca się uwagę. Nie zaznali jakiś wielkich czułości, nie słyszeli non stop, że są kochani. Tego samego nie umieli okazać mi. Wydawało im się, że okazują to poprzez inne czyny - okazywali, dzisiaj to wiem i widzę to wyraźnie - ale na tamten czas, potrzebowałam innej formy okazywania uczuć.  Potrzebowałam słów, realnych pocałunków w czoło i przytulań - zwłaszcza wtedy kiedy byłam nastolatką. Tylko, że jakoś nigdy im tego nie powiedziałam. A wszystkie problemy rodzą się właśnie z tego, że nie mówimy sobie nawzajem o własnych oczekiwaniach i potrzebach.

Pewnego wieczoru, myśleliśmy, że mama umiera, albo ma jakiś wylew. Zrozpaczeni wzywaliśmy karetkę przez telefon i wtedy zrozumiałam co dzieje się z moją mamą, a konkretnie co dzieje się z człowiekiem, który gromadzi w sobie negatywne uczucia takie jak stres, zdenerwowanie. Zrozumiałam co się dzieje z człowiekiem, który tym wszystkim emocjom pozwala rządzić swoim życie. Poczułam wtedy, że nie chcę takiego życia dla siebie. Że jeśli nie zacznę pracować nad swoimi emocjami, to one zawładną również i moim życiem. Nie chciałam, by moje dzieci widziały mnie w takim stanie w jakim ja wtedy, swoją mamę. Ale byłam zbyt młoda, by to wydarzenie skłoniło mnie do zmian na dłuższą metę. Trwałam w swoich depresyjnych stanach i miewałam już początki tego co moja mama, ale nie chciałam o tym nikomu mówić. Nie chciałam zrzucać maski, którą ubierałam każdego dnia. Był psycholog, był psychoterapeuta. Ale ja chyba sama nie byłam gotowa na zmiany. Byłam młoda i głupia... a jednocześnie zagubiona. Nie mówiłam rodzinie o swoich problemach, bo... nie chciałam im dokładać, a tym bardziej nie chciałam denerwować mamy. Udawałam więc, że jest w miarę ok... i sama przytakiwałam, że to tylko moje młodzieńcze problemy.

Przez kilka dobrych miesięcy, w moim 30 metrowym pokoju, rolety nie były podnoszone do góry. Wracałam do ciemnego pokoju i chodziłam spać. Moja mama wtedy pracowała, tata też. Kiedy wracali, zazwyczaj akurat wstawałam, zawsze wmawiając im, że kładę się na ok 10. minut, żeby się kimnąć. Wstawałam, kąpałam się, siedziałam przy kompie i szłam znów spać. Sytuacja ze szkołą, o której pisałam TUTAJ, wykańczała mnie totalnie. Światełko w tunelu pojawiło się wtedy, gdy mama dała mi książkę "Sekret". Pamiętam, że dając mi ją powiedziała: może pomoże Ci się uporać z Twoimi nastrojami - coś w ten deseń. Dziś bardzo to doceniam, bo taki gest od osoby, która ma problem z okazywaniem uczuć, to naprawdę coś wielkiego. Książka leżała i czekała... aż się doczekała. Nie rozumiałam jej wtedy za bardzo, ale zdania, które w niej były, sprawiły, że zerwałam się z łóżka jak oparzona. Odsłoniłam rolety, wysprzątałam pokój i ... miałam ogromną chęć, by nareszcie zacząć żyć. Tak naprawdę, a nie tylko dla pozorów. Bo ja naprawdę miałam fantastycznych przyjaciół, fantastyczne przygody i masę wspomnień dzisiaj - ale w samotności zmagałam się z najgorszymi demonami, jakie mogłam mieć w swojej głowie. A te demony strasznie mi przeszkadzały w normalnym, codziennym funkcjonowaniu i popełniłam przez nie sporo błędów, próbując się dowartościować.

F. przyjął mnie w swoim życiu z całym workiem moich problemów. Ostatnio popłakałam się i podziękowałam mu za to, że przez to wszystko dzielnie przeszedł. Każdy facet kopnąłby mnie w tyłek po miesiącu jazd, które urządzałam jemu i sobie samej. Ale on to znosił. Powiedziałam mu ostatnio " Musiałeś mnie naprawdę zawsze mocno kochać, skoro cały czas przy mnie trwałeś...". I jego psychika ucierpiała przez to, co mu fundowałam i wyzwoliła w nim złe zachowania, ale razem uporaliśmy się z tym wszystkim w miarę upływu czasu. Kiedy znalazłam się z nim w związku, przeskoczyłam do kolejnej skrajności. On był całym moim życiem. Olałam przyjaciół, rodzinę i kiedy zostawałam bez niego - nie miałam absolutnie nic.

Kiedy zaczęłam studiować, pracować i myśleć o dziecku, zaczęłam wychodzić na prostą... czytałam "Sekret", starałam się myśleć pozytywnie. Nareszcie zaczynałam budować SWÓJ własny świat. Ale demony wciąż dawały o sobie znać. Narodziny Poli były moim ratunkiem i receptą na całe zło. Prawie całe. Pola stała się moim motorem napędowym i motywacją, by walczyć o siebie i nauczyć się żyć. Zaczęłam czytać więcej książek, zaczęłam pracować nad sobą i wzięłam swoje życie w swoje ręce - więcej o wszystkich zmianach, przeczytacie TUTAJ.

Dziś ludzie gratulują mi odwagi, determinacji, a niektórzy wyrzucają: Tobie łatwo mówić, bo to i tamto. Niektórzy myślą, że z depresją uporałam się na stałe. Ale to nie do końca tak jest. Depresja wciąż się czai, próbuje mnie atakować. To nie jest tak, że całe życie jesteś pesymistą w depresji, a dzięki zmianom jesteś pewny, że już taki nigdy nie będziesz. Już całe życie trzeba pracować nad tym, by depresja do nas nie wróciła. Już całe życie trzeba nad sobą pracować, uczyć się swoich emocji, uczyć sobie radzenia z problemami. Bo wystarczy, że jakiś problem pojawi się w momencie, w którym jesteśmy słabsi - i może przejąć kontrolę nad całym naszym życiem. Taka sytuacja spotkała mnie w sierpniu, zeszłego roku. Mało brakowało i mogłabym rozwalić całą pracę nad sobą, na którą poświęciłam tyle lat. W moim życiu zdarzyło się coś, co było chyba moją najgorszą obawą, przez większość mojego życia. Potrafiłam popłakać się idąc na ulicy, nie panowałam nad swoimi nerwami. Byłam wściekła, a jednocześnie obojętna na prawie wszystko co mnie otacza. Wszystko stopniowo, znów zaczęło tracić dla mnie sens. Przez ostatnie miesiące pisałam na blogu motywacyjne teksty, mówiłam ludziom jak radzić sobie z problemami - a nagle sama nie umiałam się do tego zastosować. Wszystko inne było takie jak powinno być - nie mogłam narzekać. Ale na jednej płaszczyźnie zawaliło mi się kompletnie wszystko. Miałam wrażenie, że cała moja praca nad swoją samooceną, znów legła w gruzach. Czułam się jak śmieć. Odbierałam Polę z przedszkola w stanie opłakanym. Wyglądałam jak żul, w dresach, który pił całą noc - tak naprawdę miałam twarz i oczy zmęczoną od płaczu. Pod koniec września miałam już dość samej siebie. Zadzwoniłam do mamy, która była w szoku, że wciąż roztrząsam coś o czym mówiłam jej jakiś miesiąc temu. Powiedziała mi wtedy coś, co mnie uratowało. Powiedziała mi wtedy baaaardzo dużo. O tym ile jestem warta, ile osiągnęłam. Dała mi do myślenia, mówiąc, że nie mogę tego wszystkiego stracić, że nie mogę znów pogrążyć się w smutku. Muszę walczyć o siebie dla siebie, dla dziecka. Nigdy nie zapomnę jej tych słów.

Dzięki tej jednej rozmowie, wzięłam się w garść, zaczęłam znów blogować i żyć pełną parą, ale przede wszystkim... zrozumiałam jedną, najważniejszą rzecz. Nie wyleczyłam się z depresji. Ona wciąż czyha na to, by mnie zaatakować. Próbuje mnie atakować i ja to czuję. Są dni, które są słabsze i ona wtedy zaciera rączki. Jestem na to podatna, co pokazała sytuacja z sierpnia. Problem odchorowywałam miesiąc i gdyby nie mama, trwałoby to może do teraz. Ba! To, że po miesiącu wstałam z kanapy i zaczęłam żyć, nie sprawiło jeszcze, że zapomniałam o problemie. Borykałam się z nim jeszcze do niedawna. Dopiero od jakiś trzech miesięcy funkcjonuję bez myślenia o tym co mnie spotkało. Myślę, że fakt, że wiem, że depresja wciąż na mnie czyha, sprawia, że mam w sobie tak ogromną wolę walki i determinację, by zmieniać się jeszcze bardziej. By być jeszcze bardziej silniejsza i odporna na przeciwności losu.

Depresji nie zrozumie ten, kto nigdy jej nie przeszedł. Walki, nie zrozumie ten, kto nigdy jej nie podjął. A prawdziwego szczęścia nie zrozumie ten, kto nigdy choć przez chwilę nie brodził w bagnie, z którego wydostał się potem własnymi siłami...

Szczęście. W obecnych czasach, błędnie zakłada się, że szczęśliwy człowiek to ten co wiedzie bezproblemowe życie. HA HA HA - jakie życie? Bezproblemowe? To takie życia istnieją?! Szczęście to stan umysłu. Jestem przykładem człowieka, który wiedzie nie piękne życie bez problemów, a piękne życie pomimo problemów.

Bo tryskać energią i być szczęśliwym, kiedy wszystko idzie po naszej myśli - to każdy potrafi. Nieco trudniej odnaleźć szczęście wtedy, kiedy nie widać go na pierwszy rzut oka. Ale ono jest, zapewniam Was. Tylko czai się w tym, do czego przywykliśmy, co uznaliśmy za codzienność.

Nie zawsze byłam taka jak teraz. Ba. Chyba nigdy taka nie byłam. Dorastałam w domu, w którym dopiero teraz widzę, ile było zachowań, które wymagały poprawy. Takich niepozornych, ale jednak. Jak w każdym domu zresztą. Wszędzie ( nie chodzi tylko o rodzinę) dotykało i wsiąkało we mnie przeświadczenie, że wie się najlepiej, że inni nie mają racji. Krytykowanie innych, postrzeganie większości rzeczy w ciemnych kolorach. To całe miasto takie było. Smutne, zacofane i sprzyjające depresji. Tak naprawdę, by stać się szczęśliwym, wolnym i dobrym człowiekiem, musiało się zadziać wiele rzeczy...

MACIERZYŃSTWO

 

 

To od niego wszystko się zaczęło. Stanie się mamą, odpowiedzialną za los małej istoty - to zaczęło mnie zmieniać. Świat nagle nabrał kolorów i pokazał mi co to znaczy prawdziwe szczęście. Kiedy w życiu kobiety pojawia się dziecko, jej świat wypełnia się miłością. I mój się wypełnił. Byłam szczęśliwa, że ją mam, ale na innych płaszczyznach nie do końca było kolorowo... wciąż czegoś szukałam, błądziłam. Wciąż w moim sercu była jakaś pusta dziura, której nie mogłam niczym zapełnić. Ale macierzyństwo zawsze było i jest dla mnie najlepszym co mnie w życiu spotkało. Dowód bezinteresownej i bezgranicznej miłości. Macierzyństwo nadało memu życiu sens. Bo każdego dnia budzę się i mam dla kogo żyć, nawet jeśli wszystko inne się wali, to mam to co najważniejsze - miłość.

 

ZROZUMIENIE

Najważniejszym punktem w jakiejkolwiek zmianie na lepsze i w osiągnięciu pełni szczęścia jest zrozumienie. Zrozumienie tego, co się robi źle. U mnie było to zrozumienie, że mój tok myślenia, moje kontakty z ludźmi, moja cała osoba - ma w sobie zbyt wiele zła i negatywnej energii. Że zbyt dużo krytykuję, że źle myślę, że otaczam się toksycznymi ludźmi, że ciągle narzekam, że nie idę do przodu. Nie wiem, w którym momencie życia to zrozumiałam. To było chyba w najgorszym momencie mojego życia, jeśli chodzi o okres po narodzinach Poli. Właściwie to nic mi nie szło. Blog, związek, znajomości, relacje z rodziną. Wszystko było nie tak jak być powinno. Świat dał mi wtedy do zrozumienia, że miasto, w którym żyję - to nie jest miejsce dla mnie. Że mam tutaj zablokowany przepływ energii, że moje skrzydła nie mogą się tutaj rozwinąć... dlatego kolejnym punktem była...

 

PRZEPROWADZKA 

Zaraz po decyzji o dziecku i założeniu bloga (o którym za chwilę) - najlepsza decyzja w moim życiu. Mój świat zmienił się o 180 stopni. Odżyłam. Odżyłam i poczułam się wolna. Nikt mnie tutaj nie oceniał, nikt nie rzucał zawistnymi spojrzeniami, nikt nie patrzył się dziwnie na ubiór. Nikt nie gadał mi jakiś farmazonów rodem z średniowiecza. Znalazłam się w wielkim mieście, w którym ludzie pieprzą schematy, nie oceniają, robią swoje, rozwijają się. To tutaj odżyłam. Narodziłam się na nowo. Wielkie miasto, wielkich możliwości. Tak naprawdę to tutaj wszystko się zaczęło...

 

PASJA, KTÓRA STAŁA SIĘ PRACĄ

To właśnie spontaniczna decyzja o założeniu bloga ( w czasie ciąży) jest wg mnie decyzją, która przybrała najbardziej niespodziewany kierunek. Pisanie do kilku ludzi z potrzeby wywalenia: co mi w duszy gra, stało się pracą na pełen etat. "Biznesem", w który każdego dnia wkładam całe swoje serce, czas i zaangażowanie. Pasją, która mnie napędza i uszczęśliwia. Nie zawsze tak było. Na co to mam teraz, pracowałam cztery lata. Kiedy skończyło się moje macierzyńskie, musiałam zadać sobie pytanie: iść na etat, czy rozwinąć to co zaczęłam? Było mi szkoda pójść do pracy. Widziałam w tym potencjał. Wiedziałam, że mogę wycisnąć z tego więcej tylko wtedy, jeśli poświęcę się temu w całości. Nie miałam wielu zleceń jak każdy na początku - ale zawsze cieszyłam się z każdej złotówki jak głupia, no bo... zarobiłam ją poprzez swoją pasję! Ktoś zapłacił mi za pracę, którą wykonałam z przyjemnością! Niektórzy myślą, że efekt mojej pracy, jest czymś co spadło mi z nieba. Mało kto rozumie, że w najbardziej kryzysowych sytuacjach - ja tego nie rzuciłam. Zarywając noce, będąc z dzieckiem 24 na dobę, codziennie pracowałam i wierzyłam, że osiągnę sukces. Osiągnęłam. I jestem z siebie cholernie dumna, choć czasem wciąż w to wszystko nie dowierzam. Blog przybrał na sile w momencie, w którym zmieniłam miejsce zamieszkania. To w Warszawie narodziłam się na nowo i zyskałam niesamowitą motywację do tego, by zacząć konkretnie zarabiać na tym co lubię, by kupić tutaj mieszkanie. Życie w wielkim mieście, co chwilę dawało mi tematy, które przyciągały coraz to więcej czytelniczek. Zaczęłam się zmieniać... na lepsze. A to jest wciąż tematem TOP, o którym chcecie godzinami słuchać na instastory, o którym chcecie żebym pisała. Jest to zresztą temat, który ja sama kocham.

PRZEDSZKOLE

 

 

W ubiegłym roku musiałam podjąć decyzję : posłać Polę do prywatnego przedszkola, co wiąże się z kasą - czy zostawić ją w domu, ale będzie to miało duży wpływ na jakość mojej pracy, której miałam coraz więcej. Wybrałam przedszkole... wierzyłam ogromnie, że będzie to inwestycja, która mi się wróci. We wrześniu mój blog stał się pracą na cały etat. Od tamtej pory, nieprzerwanie pracuję KAŻDEGO dnia, po ok. 8 godzin, a często i po godzinach. Pola uwielbia swoje przedszkole, ja uwielbiam swoją pracę. Obie jesteśmy szczęśliwe i obu nam wyszło to na dobre...

 PRZEMIANA

Nazywałam siebie niepoprawną optymistką. I taka byłam od kiedy urodziłam Polę. Ale nie do końca mogę o sobie powiedzieć, że byłam dobrym i w pełni szczęśliwym człowiekiem. Kto śledził fanpage czy bloga jeszcze 2,5 roku temu albo więcej -  na pewno widzi kolosalną różnicę - w moich tekstach było wiele jadu i złości. Wydawało mi się, że wiem wszystko najlepiej na świecie. Wdawałam się w dyskusje, czasem nawet chamsko odpowiadałam. Nie wiem czy wynikało to z braku dojrzałości czy z jakiegoś buntu. Nie wiem. Wiem, że z czasem zaczęłam dostrzegać, jak bardzo złymi zachowaniami jest krytyka, poczucie wyższości, ocenianie innych. Zrozumiałam jak wiele złego dzieje się w moim życiu przez skrywaną w głębi duszy zawiść, zazdrość, żal, nienawiść. Kierowałam się jak mogłam zasadami, które znałam z książki "Sekret", ale dopiero po przeczytaniu książki A. Maciąg pt.: "Pełnia życia" - przewartościowałam totalnie wszystko i dostrzegłam w sobie wady, których postanowiłam się pozbyć. Więcej o tym momencie w moim życiu napisałam tutaj.

 

USUNIĘCIE PRYWATNEGO FACEBOOK'A

Wierzcie mi lub nie - wall na facebooku wypełniony zdjęciami i postami ludźmi, których nawet nie koniecznie lubimy ; sto tysięcy newsów o tragediach jakie dzieją się na świecie, a na dokładkę dyskusje zwłaszcza wśród mamusiek, nawet pod czymś co na pozór dyskusji nie powinno wywołać - karmienie się tym, to najgorsza rzecz jaką fundują sobie ludzie. To przyczyna wielu depresji, złego samopoczucia - a to już ciągnie za sobą cały szereg negatywnych zdarzeń. Nawet jeśli już nie śledziłam tablicy na FB tak często jak kiedyś - to i tak zawsze coś rzucało mi się w oczy. I jeszcze ten messenger i facebook w telefonie - człowiek z nudów w kolejce czy w pociągu, zawsze w końcu dał się skusić i sobie coś tam przewinął. I ZAWSZE tego potem żałowałam. W momencie, w którym usunęłam facebook - stałam się jakaś taka... wolna. Nagle świat stał się lepszy i piękniejszy. Przez wiele lat mówiłam, że nie mogę usunąć, bo kontakt z ludźmi, bo to, bo sramto. Okazało się, że jak się chce to można utrzymywać kontakt przez telefon. Usunięcie facebooka zweryfikowało z kim tak naprawdę chcę utrzymywać kontakt i na odwrót - kto chce go utrzymywać ze mną. Co prawda, by móc mieć fanpage, musiałam i tak założyć konto na FB, ale... funkcjonuję pod nieco innym nazwiskiem, nie ma tam dosłownie NICZEGO. Kiedy ostatnio koleżanka dała mi swój telefon i poprosiła o poszukanie czegoś na jej wallu na FB - byłam przerażona. Tak duża dawka bezwartościowych informacji - jedna za drugą. I ludzie tracą na to czas i energię...

 

ZAKOŃCZENIE TOKSYCZNYCH RELACJI

To punkt obowiązkowy, który każdy musi przejść jeśli chce być człowiekiem szczęśliwym i wolnym. Zerwałam kontakt z wszystkimi, którzy choć w małym stopniu powodowali chaos w mojej duszy. Zerwałam kontakt z każdym z kim nie chciałam go mieć i z każdym kto nie wiele w tej relacji dawał, ale bardzo dużo chciał brać. Dla mnie nie ma w tej kwestii sentymentów. Kieruję się w życiu zdrowym egoizmem i odcinam się od toksycznych ludzi, nawet jeśli jest to moja rodzina. Nie robiłam tego w sposób drastyczny, nie wylewałam żali - pozwoliłam relacji naturalnie "wymrzeć". O tym właśnie procesie pisałam dość obszernie tutaj.

UMOCNIENIE WIARY

Zaczęło się od książki "Moc Pozytywnego Myślenia". Dziś nie wyobrażam sobie życia bez wiary i modlitw. Doświadczam obecności Boga każdego dnia. To co dzieje się w moim życiu to nic innego jak efekt mojej wiary, dzięki której spływa na mnie siła, energia, motywacja, niezliczona ilość pomysłów. Nie wiem jak mogłam żyć bez niej. I nie dziwię się, że żyjąc w taki sposób, moje życie było pasmem rozczarowań. Wiara okazała się być receptą na wszystko. Gdyby ktoś zapytał mnie teraz: jak mam zmienić swoje życie Alicja? Odpowiedziałabym: zacznij czytać Pismo Święte. Zacznij się modlić. Nie chodzi mi tutaj o odklepywanie modlitw ot tak, byle powiedzieć, a o prawdziwą modlitwę płynącą prosto z serca. Ten punkt, o którym teraz czytacie: umocnienie wiary - jest dla mnie obecnie najistotniejszym punktem w byciu szczęśliwą.

 

KONTROLA NAD PROBLEMAMI

 

 

Przestałam traktować problemy jak najgorsze zło. Z każdej złej sytuacji, staram się wyciągać wnioski i mieć nauczkę. Zamiast gniewać się na los, na świat - analizuję, co doprowadziło do takiej sytuacji, jak się z niej wydostać i jak zapobiec takim sytuacjom w przyszłości. Nie wszystko da się przewidzieć, ale można nauczyć się problemy pokonywać, nim one pokonają nas. Są dwa typy problemów:

  1. Takie, na które nie mamy wpływu
  2. Takie, z którymi możemy coś zrobić.

Problemy z grupy pierwszej należy nauczyć się akceptować. Emocje będą towarzyszyć nam zawsze, bo to świadczy o tym, że jesteśmy ludźmi. Ale jeśli nie mamy na coś wpływu - należy odchorować swoje, a potem nauczyć się żyć w miarę normalnie. Nie możemy dopuścić do tego, by coś na co nie mamy wpływu, przejęło kontrolę nad naszym życiem. To nie ma żadnego sensu i musimy to zrozumieć. I tak - doskonale wiem, jak prosto się to pisze, a jak ciężko o to w praktyce - ależ owszem, jest cholernie ciężko. Przyznaję Ci rację. Ale gdyby było to proste, nie byłoby tego tematu, prawda? Możesz mi mówić - nie wiesz nic o ciężkiej chorobie, wtedy to zupełnie inna bajka - owszem, nie wiem. Ale znam masę ludzi, którzy wiedzą - i wierz mi, że optymizmem i wolą walki zawstydziliby nie jednego, który jest zdrów jak ryba.

Problemy z grupy drugiej - jeśli na coś mamy wpływ, musimy również odchorować swoje, a potem... wziąć się w garść i zrobić wszystko, by problem rozwiązać. Wierzcie mi, przeżyłam już wiele wręcz skrajnych i patologicznych sytuacji. I żałuję, że tej mądrości, którą mam teraz, nikt mi nie przekazał, kiedy byłam w liceum. Tamta sytuacja była do rozwiązania, ale ja żyłam z zakorzenionym poglądem, że ... musimy akceptować gówniane sytuacje i nic z nimi nie robić, bo zaczną śmierdzieć jeszcze bardziej. Cóż - niektóre rzeczy należy rozgrzebać, by się z nich... wygrzebać. Obecnie nie tracę czasu na użalanie się nad sobą i rozpaczanie. Jeśli napotyka mnie problem, który jest do rozwiązania - natychmiast działam.

To nie jest łatwe i nie umiałam tego od razu. Ale praca nad sobą popłaca. Dziś to co dla niektórych nierealne, mi wychodzi z ... palcem w tyłku ;) Ale przede wszystkim trzeba CHCIEĆ. Nie zmieni swojego życia i podejścia ten, kto wiecznie ma jakieś ALE.

 

NIE ZAWSZE BĘDZIE PIĘKNIE...

 

Kolejny ważny punkt w mojej drodze do bycia szczęśliwym, wolnym człowiekiem. Zrozumienie, że... nie zawsze będzie idealnie, nie zawsze będzie pięknie i po naszej myśli. Problemy będą ZAWSZE. My oczywiście mamy na nie duży wpływ i możemy wielu z nim zapobiegać - ale prędzej czy później los wystawi nas na próbę - żeby nas sprawdzić, a przede wszystkim żeby uświadomić, że musimy doceniać wszystko to co nam się przydarza i nie możemy się w tym pięknym życiu za bardzo rozzuchwalić. Wszystko dzieje się po coś i ilekroć coś nie idzie teraz po mojej myśli - wiem, że ma to swój sens, który kiedyś zrozumiem. Jeśli za każdym razem będziecie się poddawać, bo nagle coś się spieprzyło - to będzie się Wam pieprzyć ciągle. Zapewniam Was.

 

CODZIENNE RYTUAŁY

 

Książki książkami, ale to od nas zależy co z wiedzą w nich zawartą zrobimy. Czytając "Moc Pozytywnego Myślenia", nie wdrażałam wszystkiego od razu. Czytałam, przyswajałam i czekałam... aż poczuję, że chcę to zrobić. Każdego dnia mam swoje rytuały. Nie zmuszam się do nich, weszły mi one w krew. Pozwalają mi one trwać w moim szczęściu i optymizmie.

  • dzień rozpoczynam od podziękowania Bogu za wszystko co mam. Za oddech, za rodzinę, przy której się budzę. Za ciepłe, wygodne łóżko. Za pracę, która daje mi wynagrodzenie pozwalające nam godnie żyć. Za pracę F. Za nasze zdrowie. Za pomysły w mojej głowie, które spływają na mnie każdego dnia. Za siłę i chęci do ciągłego rozwoju. Za wszystko...
  • powtarzam głośno: wierzę, wierzę i wierzę... i czekam... aż po wypowiedzeniu tych słów, spłynie na mnie jakaś siła nie z tej ziemi.
  • przed każdym wyzwaniem: nieważne czy jest to spotkanie służbowe, czy ważny telefon, czy trening na siłowni czy napisanie artykułu - mówię: wszystko mogę w Chrystusie, który mnie umacnia - lub: jeśli Bóg ze mną, któż przeciw mnie. Początkowo mówiłam to ot tak sobie. Obecnie mówię to całą sobą i ZAWSZE czuję przypływ energii i obecność Boga.
  • zawsze kiedy mijam kościół, np. w drodze do przedszkola, lub z przedszkola - wchodzę i modlę się.
  • w ciągu dnia dość często wizualizuję swoją przyszłość: wyobrażam sobie swoje życie tak jak chciałabym, żeby wyglądało. Bo umówmy się - wciąż mam jakieś plany, wciąż chcę iść naprzód. Nie chcę stać w miejscu, a co za tym idzie, nie chcę by moje życie wyglądało zawsze tak jak teraz - chcę je doskonalić! I wcale nie chodzi mi tutaj o dobra materialne.
  • nie pozwalam sobie na chaos - nieważne jak wielka ciąży na mnie presja, jak wiele telefonów na raz, jak mnóstwo pracy - nie pozwalam wytrącić siebie samej z równowagi. Stosuję praktykę oddechową, znaną nam od lat: wdech, wydech. Kiedy coś mnie przerasta, muszę przystanąć, uspokoić się i zrozumieć, że nerwy i pośpiech nic nie dadzą, a tylko pogorszą sytuację. Zapanowanie nad sobą w mocno stresujących sytuacjach, jest cholernie ciężkie, ale idzie to wyćwiczyć, naprawdę!

 

Mogłabym o tym pisać i pisać. Nie da się przekazać recepty na szczęśliwe życie w kilku zdaniach i nie bez powodu w tym temacie powstaje tak wiele książek. Do prawdziwego szczęścia musimy przede wszystkim dojrzeć. Dopiero człowiek, który jest pewien, że chce żyć, przeżywać i chłonąć - dopiero człowiek, który jest świadom, że jego życie nie do końca wygląda tak jak powinno - dopiero taki człowiek jest gotowy do zmian. Nie zmienisz swojego życia w jeden dzień. Ale im dłużej zwlekasz, tym więcej tych dni tracisz. Po co zaczynać za miesiąc, za tydzień, jutro? Zacznij od teraz. Przeanalizuj swoje życie, dostrzeż w nim błędy, dostrzeż błędy w sobie. Eliminuj to co złe bez oglądania się w tył. Bądź egoistką, walcz o swoje szczęście. Bo dopiero wtedy kiedy TY będziesz szczęśliwa - dopiero będziesz w stanie tym szczęściem obdarować innych...

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Hashimoto, nawracające depresje, puchnięcie i tycie po 5 kilogramów w dwa dni. Ospałość, brak sił i chęci do życia. Wypadające włosy, poszarzała cera. Puchnące, bolące nogi i ... wiele innych objawów towarzyszyły mi od lat. Dzięki mojej pracy, którą kocham oraz niesamowitej determinacji i motywacji, wiele objawów ucichło, bo zmieniło się moje nastawienie. Ale niektóre wciąż pozostały i były wręcz nie do zniesienia.

W wieku 16 lat, z nieznanych przyczyn straciłam siły nawet na to, by chodzić. Leżałam na wpół przytomna w łóżku, budziłam się jedynie wtedy, gdy miałam pełny pęcherz. Do ubikacji szłam DOSŁOWNIE po ścianach,walcząc z opadającymi powiekami i uginającymi się nogami. Przestałam jeść, bardzo mało piłam. Właściwie momentami myślałam, że umieram. Lekarze zmieniali antybiotyki i nie potrafili postawić diagnozy. Mój stan skłonił ich do tego, by zrobili mi wszystkie możliwe badania. I wtedy się okazało: niedoczynność tarczycy i hashimoto. Przy czym przeciwciał było tyle, że nawet lekarze przecierali oczy ze zdumienia. Na początku byłam przerażona. Potem stwierdziłam, że ... da się przy tym normalnie funkcjonować i olałam temat na wiele lat. Endokrynolodzy kazali jedynie jeść tabletki, nie mówiąc mi nic więcej. Ani o diecie, ani o tym jak radzić sobie objawami choroby. Zresztą wtedy jeszcze nie łączyłam mojej senności, braku sił, wypadania włosów i wielu innych rzeczy, z chorobą hashimoto. Myślałam, że... tak po prostu ma każdy człowiek. Raz lepiej, raz gorzej. Choć ja przywykłam do tego, że ciągle coś jest nie tak. Ciągle byłam chora. A hashimoto się do tego bardzo często przyczyniało. Swoją drogą ta choroba to jakaś plaga. Ilekroć z kimś piszę, rozmawiam o chorobach, zewsząd słyszę: choruję na hashimoto, mam hashimoto, wykryli u mnie hashimoto!

Po urodzeniu Poli stałam się człowiekiem odpowiedzialnym. Wiedziałam, że muszę być w pełni sił, by móc wychować tego małego człowieka. Zaczęłam zgłębiać tajniki zdrowego żywienia, zwiększyłam swoją aktywność fizyczną. Ale bywało różnie. Jednak tak jak ostatnio Wam pisałam, dzięki metodzie małych kroków udało mi się pójść trochę naprzód i zmienić wiele nawyków żywieniowych, zastąpić złe rzeczy zdrowymi alternatywami. Krokiem do tych zmian było przede wszystkich dostrzeżenie, że to wszystko co się ze mną dzieje, jest wynikiem nieleczonej choroby i złego trybu życia. Myślałam, że wiem wystarczająco, by poczuć się lepiej, choć wiedziałam, że nie mam silnej woli i zbyt często grzeszę. Nie lubię też skrajności, więc kieruję się zdrowym rozsądkiem. Zaprowadzam zmiany wtedy, kiedy czuję, że nastał ten czas.

No i nastał. Po raz kolejny, wkroczyłam na wyższy level świadomości i mądrości, którą posiadłam dzięki niesamowitej książce. Agnieszka Maciąg, bo to ona jest autorką książki, wciągnęła mnie w 2016 roku na wyższy level szczęścia, dzięki fantastycznej książce "Pełnia Życia", o której dość mocno rozpisałam się tutaj. Od tamtej pory zmieniło się całe moje życie, a ja stałam się innym, lepszym człowiekiem. Jakiś czas temu w ręce wpadła mi kolejna książka Pani Agnieszki - Smak Zdrowia. Nie wiedziałam czego się spodziewać, ale na pewno nie tego co zobaczyłam. Myślałam, że znajdę tam głównie zdrowe przepisy, ale znalazłam przepis na... wszystko. Zdrowe, szczęśliwe życie, czystość umysłu, spokój ducha, witalność.

Książka Smak Zdrowia, uświadomiła mi wiele, naprawdę wiele rzeczy. Czytając rady w niej zawarte, czułam, że chcę się temu poddać, że chcę spróbować. Bo chcę o siebie zawalczyć i chcę bliżej zgłębić chorobę hashimoto i metody walki z nim. Chcę zawalczyć o swoje zdrowie, o dobre samopoczucie. Nie chcę już każdego miesiąca przeżywać migren, skoków wagi - to jest do przeżycia, owszem, ale... ale ogranicza nas w normalnym, codziennym funkcjonowaniu, czasem odbiera siły tak jakby odcięto nam baterie.

Na początku książki, autorka opisuje swoje uzdrowienie. Pisała o nim już we wcześniejszej książce, więc wiedziałam od razu, że to co czytam teraz, nie będzie tylko tekstem o zdrowiu stricte fizycznym, ale również psychicznym. I wiedziałam, że to wszystko jest ze sobą mocno powiązane. Autorka sama przyznaje, że zdrowe ciało jest podstawą, ale ma przy tym świadomość, że na kondycję fizyczną wpływają też czynniki takie jak: zrównoważone, pozytywne emocje; spokojny, klarowny umysł i dobry kontakt z własną duszą. To trafia do mnie w 100%. Mam tego świadomość i dlatego tak bardzo dbam o to, by te czynniki były przeze mnie pielęgnowane - i dlatego tak często mówię o tym i Wam.

 

 

Agnieszka Maciąg, prowadząca kiedyś intensywny tryb życia jako modelka, wciąż borykała się z nawracającymi chorobami oraz... cierpiącą duszą. Dziś jest kobietą szczęśliwą, spełnioną, nie zażywająca antybiotyków - kocha całą sobą naturę i czerpie z niej wszystko to co najlepsze. Od czego rozpoczęła swoje uzdrowienie i przemianę? Od odpowiedniego nastawienia.

Książka uświadomiła mi jak wiele osób zmaga się z chorobami, ale tak naprawdę wcale nie chce z nich wyjść. chcemy budzić współczucie, chcemy, by ktoś się nami opiekował. A jednocześnie jesteśmy bardzo nieszczęśliwi, bo nie umiemy wyjść z własnej strefy komfortu. Bo czym będziemy tłumaczyć nasze porażki i niepowodzenia kiedy będziemy w pełni zdrowi?

Autorka zwraca też uwagę na to, że często pozbywając się bólu, myślimy, że problem czy choroba odeszły. Łagodzimy skutki, ale nie docieramy do przyczyn. Dlatego np. od wielu lat zmagam się z nawracającymi anginami, spuchniętą szyją, zapaleniem gardła itp. Wiecznie powiększone węzły chłonne, a od pewnego czasu również zatoki. W takich przypadkach należy się zastanowić, gdzie tkwi przyczyna i czy być może mój tryb życia nie ma na to istotnego wpływu. W książce nasz organizm opisywany jest z niezwykłym szacunkiem i uznaniem. Choć obecnie ludzie traktują go instrumentalnie, łykają tabsy i znów gnają na pełnych obrotach, to jednak coraz więcej ludzi zdaje sobie sprawę, że nasz organizm jest naszym sprzymierzeńcem, o którego trzeba dbać, trzeba się w niego wsłuchać i z nim zintegrować.

Ból, który często odczuwamy, to nic innego jak sygnały, które wysyła nam ciało. Ciało chce nam coś przekazać. Ale my nie słuchamy tego co chce nam przekazać, nie zastanawiamy się nad tym - tylko robimy szybką akcję reakcję - jest ból, bierzemy jakiś specyfik i bólu nie ma. Ale on powraca. Bo wciąż chce nam coś uświadomić. Czasem wynika to z nietolerancji pokarmów. W wielu przypadkach po poddaniu się takim testom na nietolerancję pokarmów i wyeliminowaniu z diety tego, czego nie tolerujemy - ludzie odzyskują swoje życie, energię, radość. Osobiście nie poddałam się jeszcze takim testom, ale jeśli tylko mój portfel na to pozwoli - będzie to mój obowiązek.

 

 

Wiele objawów czy chorób, rozwiązuje się także po przepracowaniu swojej przeszłości, np. relacji z niektórymi osobami. Mówiłam Wam już trochę o tym na pogadance na InstaStory, ale nie odnosiłam się wtedy bezpośrednio do zdrowia. Jak relacje czy przeszłość wpływają na naszą teraźniejszość i na nasze zdrowie? Organizm, w którym zablokowany jest przepływ zdrowej energii, w którym jest nadmiar stresu i leków - jest organizmem, w którym są zakłócenia. Nie może on normalnie funkcjonować jeśli energia nie może w nim swobodnie przepływać. Przepracowując swoją przeszłość, a przede wszystkim pozbywając się z siebie negatywnych uczuć: nienawiści, złości, żalu - poddajemy się procesowi oczyszczania i uzdrowienia. Autorka książki, zwraca uwagę na istotną kwestię przebaczenia. Wiem sama po sobie, że ma to naprawdę ogromny wpływ na nasze zdrowie psychiczne i fizyczne. I warto się z tym prędzej czy później rozprawić.  Emocjonalne powody fizycznych chorób nie są wymysłem dzisiejszych czasów, a znajdują swoje potwierdzenie nawet w teoriach sprzed tysięcy lat.

Nie chciałabym Wam zdradzać całej treści książki, chciałabym pozostawić trochę w tajemnicy, dlatego teraz przybliżę Wam bardziej kwestie, które coś mi uświadomiły i dzięki którym postanowiłam zmienić coś w swoim trybie życia.

RUCH

W książce poruszony jest temat skrajności. Od całkowicie biernej postawy i braku aktywności, po zbyt przesadne ćwiczenia i obciążanie organizmu. Ruch jest dobry, ale najlepszy jest wtedy, gdy jest on wykonywany dla naszego własnego dobra, bez wyścigu szczurów, kto szybciej zbuduje mięśnie. Dzięki książce, postanowiłam nareszcie spróbować jogi i chciałabym praktykować ją każdego ranka.

 

STYL ŻYCIA WG.... JOGINÓW

 

 

Agnieszka Maciąg dość często odnosi się do trybu życia Joginów. Jogini są pasjonatami zdrowego stylu życia, a o ich zasadach żywienia, mówił mi dość często mój tata, który miał dość dużą wiedzę w takim temacie. Patrzyłam wtedy na niego z niedowierzaniem i sama nie wierzyłam w to, że on czymś takim może się interesować. Przecież jeszcze kilka lat temu do obiadu dodawał trzy łyżki majonezu! W książce możemy przeczytać szerzej o Joginach i ich upodobaniach jeśli chodzi o żywienie. Wielbią oni m.in: żywność roślinną, produkty bogate w krzemionkę, zdrowe słodycze, sól himalajską, czystą wodę, zioła, dobre tłuszcze np. olej sezamowy, kokosowy i z pestek dyni. 

 

SEN

Kolejną ważną kwestią mającą wpływ na nasze zdrowie jest... sen. Wierzcie mi, że przy nasilającym się hashimoto, nawiedza mnie on nawet na stojąco :P Już w poprzedniej książce Agnieszki dowiedziałam się, że zgodnie z ajurwedą, najlepiej jest zasypiać między 21, a 22, przy czym o 23 powinniśmy już spać, dlatego, że najbardziej wartościowy sen jest właśnie między godziną 23, a 1. Wiem, że to trochę nierealne, ale muszę Wam powiedzieć, że kiedy kładę się spać po 23 - nieważne ile śpię, będę na drugi dzień nie do życia! Jeśli położę się przed 23 - bo przed 22 to moje dziecko nawet czasem nie śpi - na drugi dzień tryskam energią. Ale nie zawsze. Ważna jest też pora wstawania. Najkorzystniej jest wstawać między 4:30, a 6:00. Jeśli prześpimy ten moment, będzie nam ciężko się dobudzić, rozbudzić i normalnie funkcjonować. I to jest prawda. Czasem budzę się o 6 i myślę - ach, jestem chyba wyspana, może już zacznę coś robić? Zazwyczaj jednak ląduję w łóżku, skuszona jeszcze godzinką... a po godzinie 7 jestem nieżywa! Przypatrzcie się temu, może zobaczycie, że i u Was jest całkiem podobnie! Ważna jest też jakość spędzonego czasu przed pójściem spać - receptą na tragiczną jakość snu, jest nawkładanie sobie do głowy przed zaśnięciem nadmiaru negatywnych bodźców. Negatywne wiadomości, nieprzyjemna rozmowa z mamą, głupia dyskusja na wallu na FB. Wieczór powinien być czasem wyciszenia, relaksu, przyjemności. Jeśli nasz umysł nie wypocznie odpowiednio przed zaśnięciem, nie będzie w stanie w nocy się zregenerować!

 

 

TECHNIKI ODDECHOWE - PRANAJAMY

Na pewno każdy z Was miał w życiu sytuację, kiedy podczas stresowej sytuacji, usłyszał: wdech, wydech... zapewne nie raz tak zrobiliście i... czy kogoś z Was to uspokoiło? Mnie zawsze! Zawsze po kilku wdechach i wydechach, miałam wrażenie, że sytuacja nieco się uspokoiła - ta sytuacja wciąż wyglądała tak samo, ale mój umysł chwilę wcześniej, pobudzony i rozgniewany nakazywał mi widzieć tą sytuację 10 x intensywniej. Jak to zawsze powtarzam: obraz sytuacyjny jest takim jakim my stwierdzimy, że go widzimy. Do jednej i tej samej sytuacji, możemy podejść zarówno pozytywnie jak i negatywnie.

Ćwiczenie oddechowe 4-7-8 jest jednym ze sposób na bezsenność. Ćwiczenie to jest niezwykle proste - opiszę Wam je niedługo na InstaStory, ale już teraz możecie przecież poczytać o tym w sieci.

Oddech ma niesamowity wpływ na nasze emocje i psychikę, a co za tym idzie - na nasze zdrowie.

UBIÓR I KOSMETYKI

Za ten wątek kocham Agnieszkę Maciąg jeszcze mocniej. W tym temacie byłam chyba totalnie nieświadoma, a może.. nie chciałam niczego zmieniać i zamknęłam się na rozwój w tym temacie? Od lat patrzę na to w czym mi wygodnie, ale nie zwracam uwagi na to, z czego zrobione są tkaniny, czy jaki skład mają kosmetyki. Uświadomiłam sobie jak wielką krzywdę wyrządzam swoim nogom, nieodpowiednimi skarpetkami - i nareszcie zainwestowałam w skarpetki bezuciskowe. W temacie kosmetyków, obiecałam sobie natomiast, że jak tylko znajdę wkrótce czas, postaram się sama stworzyć dla siebie takie rzeczy jak: dezodorant własnej roboty, peelingi czy maseczki.

 

 

OCZYSZCZANIE ORGANIZMU

Postanowiłam, że w jeden wakacyjny miesiąc, nieco zwolnię, wezmę trochę wolnego i po prostu się sobą zaopiekuję. Autorka zdradza w książce jak oczyścić swój organizm i jak ważne jest oczyszczanie jelit - zdziwicie się, ale wpłynie to także na Waszą psychikę. Jak dowiedziałam się bowiem z książki, wszystko to co kumuluje się w dolnej części brzucha, zakłóca równowagę dolnych czakr, które są odpowiedzialne np. za funkcje seksualne. W kolejnych postach bliżej napiszę Wam o sposobach oczyszczania.

 

 

WODA

Szczerze mówiąc spotkałam się już z wieloma opiniami na jej temat. Dyskusje czy pić wodę źródlaną czy mineralną, czy pić podczas posiłków czy nie pić. Sama nie wiedziałam, kogo słuchać i kto ma rację. Jedno jest pewne - woda jest dla naszego organizmu niezwykle ważna, tak jak ważny jest układ moczowy, poprzez który możemy oczyścić swój organizm poprzez picie np. pokrzywy. Wg ajurwedy, wodę powinniśmy spożywać przegotowaną i lekko ciepłą. Ciepła woda ma niesamowite działanie - przyczynia się do utraty wagi, oczyszcza organizm, łagodzi zgagę - oczywiście należy pić taką wodę cały dzień. Picie zimnej wody jest wręcz niewskazane - mój wielki błąd... Nie należy tego robić zwłaszcza podczas jedzenia, bowiem organizm, który powinien skupić się na trawieniu pokarmów, będzie tracić energię na ogrzanie naszego ciała.

DIETA  NIEŁĄCZENIA

Ojj na to nie jestem jeszcze gotowa, choć książka niesamowicie mnie do tego zachęciła. W diecie nie łączymy ze sobą białek i węglowodanów. Łączymy je natomiast z grupą neutralną, w której znajdują się np. warzywa, owoce, surowe ryby, zioła, orzechy itp. W skrócie, dozwolone połączenia to: białka + grupa neutralna lub węglowodany + grupa neutralna. Nigdy trzy grupy w jednym posiłku, i nigdy białka + węglowodany. Cóż - nie próbowałam, więc ciężko mi ocenić, ale patrząc na efekty takiego stylu odżywiania, wiem, że wszystko przede mną.

W dalszej części książki możemy poczytać również o polecanych tłuszczach np. olej lniany, kokosowy, olej z pestek dyni, olej z czarnuszki, olej konopny czy z orzechów włoskich. O dziwo jogini i lekarze ajurwedy sami doceniają np. olej kokosowy, ale nie rozumieją zbytnio aż takiego szału na niego jaki panuje u nas w Polsce. Sięgają oni tak samo chętnie po na przykład... ekologiczny olej rzepakowy czy słonecznikowy !!! Podczas gdy u nas o oleju rzepakowym wymyśla się coraz więcej bzdurnych teorii, jakoby był on niesamowicie szkodliwy. 

W dalszej części książki możemy już korzystać z niesamowitych zdrowych przepisów na:

  • śniadania
  • napoje
  • sałatki, przystawki, dodatki
  • kiszonki
  • dania gotowane na parze
  • zupy
  • dania główne
  • zdrowe słodkości
  • mleka roślinne domowej roboty
  • mikstury i naturalne lekarstwa

 

 

 

Książka "Smak Zdrowia" autorstwa Agnieszki Maciąg - po raz kolejny stała się dla mnie moją biblią. Tym razem pozwoli mi ona nie tyle co być szczęśliwym człowiekiem, ale być człowiekiem zdrowym, silnym, pełnym energii. Książka w jakiś niesamowity sposób, z niezwykłą lekkością, sprawia, że człowiek przestaje traktować organizm jako coś co po prostu jest, a zaczyna go traktować jak swojego przyjaciela, o którego musi dbać.

Przede mną ogromna próba, wiele zmian, ale tak jak zawsze - w zgodzie z własnym sumieniem, swoim własnym tempem, nic na gorąco. Zmiany muszą być na zawsze, nie mają być czymś na chwilę. Dlatego wg mnie muszą następować powoli. Jedno jest pewne - rozpoczyna się dla mnie totalnie nowy etap, ale wierzę, że w nic nie warto inwestować tak bardzo jak we własne zdrowie. Także... moje "drogie" hashimoto. Wierzę, że jesteś sygnałem. Nie jesteś przeszkodą, a ostrzeżeniem. I być może potrzebowałam czasu, by to zrozumieć i w końcu coś z tym zrobić. Dziś wierzę, że ta niepozorna choroba była i jest mi potrzebna. Być może bez niej, wcale nie szukałabym wiedzy w książkach, nie próbowałabym zrozumieć jak poczuć się lepiej - a bez tej świadomości, nadal traktowałabym swój organizm jak śmietnik. Hashimoto i objawy, które miałam i mam, były bodźcem do tego, by coś zmienić, edukować się, szukać dalej i dalej i dochodzić do właśnie takich ludzi jak Agnieszka Maciąg, która swoimi tekstami przyczyniła się do ogromnych zmian w swoim życiu. Wkraczam teraz na kolejny etap - wdrażanie kolejnych zmian. I wierzę, że mi się uda. Tobie także może się udać - nieważne czy chorujesz na hashimoto czy nawiedzają Cię wieczne migreny -Twój organizm najwidoczniej daje Ci znak - a Twoim zadaniem jest go rozszyfrować.

 

 

 

Temat rozsądnych zakupów i oszczędzenia jest wałkowany tutaj od dawna. Stali czytelnicy doskonale wiedzą, że każdy mój zakup jest w 100 % przemyślany. Zakupy czy to spożywcze, czy odzieżowe zawsze są jak polowanie. U mnie nie ma miejsca na spontan jeśli chodzi o finanse. Jak kupować taniej? To proste.

Ale zanim Wam odpowiem na to pytanie, pozwólcie, że jeszcze sobie co nieco poopowiadam. Mania oszczędzania nie wzięła się z niczego. Już jako małe dziecko, kiedy dostawałam jakieś drobniaki na wycieczkę, starałam się ich nie wydawać, albo chociaż nie wydać większej części. Wszystko chomikowałam i wracałam z drobniakami do domu. Upór i determinacja w dążeniu do celu biła ode mnie na kilometr już wtedy. Marzyłam o wielu rzeczach - komputerze, fajnych grach planszowych, książkach. Ale z finansami było w moim domu różnie. Raz lepiej, raz gorzej, czasem nawet fatalnie. Nie byłam typem dzieciaka, który ciągnie od rodziców kasę. Dostawałam piątkę tygodniowo ( w podstawówce) i byłam maniaczką zbierania żółtych. Wywalczyłam nawet w podstawówce płacenie żółtymi, zdenerwowana tym, że po długim czasie zbierania, babeczka nie chce mi ich przyjąć, bo jest ich za dużo. A ja chciałam w końcu bezkarnie, za własną kasę kupić sobie paczkę chipsów i soczek.

Mania oszczędzania była czasem nierozumiana nawet przez moich rodziców. "Dziecko.. czemu ty sobie nie kupisz jakiegoś loda na wycieczce, jakiejś pamiątki?" - szkoda mi było wydawać te drobne na takie pierdoły. Kochałam czytać książki i uznawałam, że to są własnie te rzeczy, na które warto ciułać i ciułać, nawet jeśli ma trwać to cholernie długo. Czas się dla mnie nie liczył. Miałam cel i uparcie do niego dążyłam. Już jako dziecko mówiłam, że to uczucie, kiedy na coś długo zbierasz i nagle po długim czasie to kupujesz, jest po prostu niesamowite. Tym uczuciem była satysfakcja. Bo wiedziałam ile z siebie dałam i ile czasu na to poświęciłam, by w końcu tego dosięgnąć.

Im byłam starsza tym coraz więcej możliwości miałam. I wszystkie wykorzystywałam maksymalnie. Ale o wszystkich swoich pracach i metodach zarabiania pisałam już we wpisie "Na początku był targ" , który sama czytam zawsze, kiedy dopada mnie jakieś zwątpienie we własne siły. Polecam Wam ten wpis baaardzo mocno.

Wspomnienie z dzieciństwa dawało mi zawsze wiarę, że jeśli się bardzo chce - to można. To dawało mi siłę każdego dnia, kiedy jak głupia liczyłam każdy grosz, wizualizując sobie w głowie własne mieszkanie... o tym jak nam się to udało i jaką drogę musieliśmy pokonać przeczytacie tutaj.

Ale dobra. Przejdźmy do konkretów. Temat oszczędzania jest w sumie dość drażliwy. Ci, którzy tego nie potrafią wściekają się, że "nie da się". Ci, którzy ledwo wiążą koniec z końcem - ich ogólnie drażni temat kasy i to całkowicie zrozumiałe. W oszczędzaniu nie chodzi tylko o to, by coś odkładać. To już jest naprawdę luksus i mega komfort psychiczny. Obecnie jestem w sytuacji kiedy nie mam z czego odłożyć, bo muszę spłacać inwestycję w firmę i wierzcie mi, że momentami brak mi gruntu pod nogami. Zepsuło się auto i stoi w garażu - bo nie ma na to nawet złotówki. Wracając do tematu - oszczędzanie to nie tyle co odkładanie kasy, a po prostu jej rozsądne wydawanie. Nie każdy to potrafi niestety. Dziś po raz kolejny w sumie, przybliżę Wam swoje patenty na to jak...

 

JAK KUPOWAĆ TANIEJ?

1. Po pierwsze - musisz zajrzeć w głąb siebie i zrozumieć, co tak naprawdę jest Ci potrzebne do przeżycia, a co jest tylko kaprysem. Owszem kaprysy można spełniać, ale tylko wtedy gdy nas na nie realnie stać. Kiedy nas nie stać, musimy zrozumieć, że wiele rzeczy, które kupujemy, nie są nam tak naprawdę mega potrzebne i potrafimy się bez nich obyć - albo musimy się tego nauczyć.

2. Kiedy już zrozumiesz co jest ci niezbędne, a co nie - porównaj ceny. Mój F. jest w tym mistrzem. Kiedy bliżej przyjrzysz się asortymentowi sklepu, okaże się, że bardzo często płacisz tylko za ... markę. Głupi przykład: batonik o nazwie Roger, o ile się nie mylę, za 79 groszy, ma skład i smak taki sam, jak baton dwa razy droższy renomowanej marki. Choć w przypadku batonów chciałoby się rzec: ten sam syf ;)

3. Rób zakupy na cały tydzień, po wcześniejszym rozplanowaniu posiłków i spisaniu potrzebnych rzeczy lub... rób zakupy codziennie, co sprawi, że nie będziesz się obawiać o to, że coś się zmarnuje. Przez bardzo długi czas robiliśmy zakupy na cały tydzień. Niestety nie sprawdziło się to w naszym przypadku. Każdego dnia mamy ochotę na coś innego, a w dodatku praktycznie do godziny 16 w domu jestem tylko ja - potem z przedszkola wraca Pola, która je tylko kolację i tak samo F. Sklepy mamy tuż pod nosem, więc nie jest to żaden problem, a przynajmniej chodzimy tylko po to, czego akurat potrzebujemy.

4. Nie ulegaj pokusom. Jeśli wiesz, że masz na zakupy określony budżet to nie daj się zwieść pułapkom, bo "coś jest tańsze" - w efekcie wydasz 3 dychy na coś czego wcale nie potrzebujesz, tylko dlatego, że kosztuje 5 zł mniej.

5. Korzystaj ze wszystkiego co choć trochę obniży sumę Twoich zakupów- zniżki, kupony, wielosztuki. Kiedy widzisz, że drugą parę jeansów można dostać za 1 zł, znajdź koleżankę i podzielcie koszta na pół. W marketach miej założone karty stałego klienta - zawsze to kilka groszy w kieszeni. A jeśli robisz zakupy online, to musisz, po prostu musisz pamiętać o stronach z rabatami. Kupienie czegoś bez rabatu, który jest totalnie za darmo, dostępny dla nas wszystkich w sieci - to przepłacanie na własne życzenie.

Przykładowo, na stronie AleRabat.com - macie dosłownie masę kuponów rabatowych, promocyjnych i najnowszych gazetek. Baza kuponów jest na bieżąco aktualizowana. Bony nie dotyczą tylko sklepów odzieżowych, a obejmują 20 różnych kategorii. Odzież, delikatesy, artykuły biurowe, książki - no po prostu wszystko w jednym miejscu.

 

 

 

Rabaty są CAŁKOWICIE DARMOWE. Nie ponosicie żadnych opłat za korzystanie z nich -  są dostępne dla każdego z Was bez żadnych ograniczeń. Jeśli nie masz czasu na przeglądanie każdego dnia nowych rabatów i szukanie tych najfajniejszych, możesz zapisać się do newslettera, dzięki któremu raz w tygodniu, dostaniesz drogą e-mailową wiadomość o najatrakcyjniejszych rabatach i okazjach na stronie.

 

 

Myślicie, że rabaty na takich stronach to tylko 5% przy zakupie za min. 500 zł netto? Błąd. I mam na to dowody :P Kiedy ostatnio na instastory mówiłam Wam o poszukiwaniu idealnych legginsów, to jeszcze tego samego dnia szukałam ich na stronie H&M. Wszystko jednak było dla mnie za drogie. A okazało się, że i dla Poli muszę jeszcze kupić płaszczyk i podkoszulki. I co się okazało? Na przykład tutaj zamieszczony jest kod rabatowy 60 zł na cały asortyment, przy zakupach za min. 300 zł. Sześć dych to już naprawdę konkret, za taką kwotę mam jedzenie dla rodziny na cały weekend.

Wartości rabatów są różne. Na przykład tutaj, są dostępne obecnie trzy opcje 5 % zniżek do zalando np. na asortyment dziecięcy. Musicie zawsze nim kupicie coś bezpośrednio na stronie, bez żadnej zniżki, wyszukać sobie dany sklep na stronie  AleRabat.com i najzwyczajniej w świecie kupić pożądany produkt taniej.

 

 

Wracając do mojej przygody z legginsami, przymierzyłam ostatnio jedną parę w Calzedonii - nie były drogie i już miałam je kupić w sklepie stacjonarnym, ale ... nie byłabym ze sobą, gdybym w domu nie sprawdziła czy nie ma na nie jakiejś zniżki. Akurat żadnej nie było, ale przynajmniej nie plułam sobie w brodę, jak to zrobiłam kilka razy, kiedy kupiłam coś, bez żadnego re-searchu, a okazywało się, że była na to spora zniżka...

Podsumowując: jeśli jesteście zdecydowani na jakiś zakup i przykładowo chcecie iść właśnie do Sephory po fluid za 200 zł - wpiszcie w lupce na stronie nazwę sklepu i zobaczcie same... Czasem serwis oferuje nam zniżki nawet do 60%! Kiedy wejdzie Wam to w krew, będziecie mega usatysfakcjonowane, że już tyle razy udało Wam się zaoszczędzić trochę grosza.

Satysfakcji bowiem nie czerpie się wtedy, gdy się pieniądze wydaje na lewo i prawo, a gdy wydaje się je rozsądnie i coś na tym zyskuje.

Na koniec nie pozostaje mi nic innego, jak trzymać kciuki za Wasze szlifowanie umiejętności oszczędzania i za zaszczepienie w sobie instynktu łowcy :) Trzymajcie się! I nie przepłacajcie ;)

 

 

 

 

 

 

 

To jest ten dzień. 24 kwietnia. Jak co roku - znów budzę się starsza. O ile kiedyś wyczekiwałam tortu i prezentów, oczekiwałam wielkiej uwagi - tak teraz, będąc osobą dorosłą, jest to u mnie dzień przemyśleń... czy można zmienić się przez dziesięć lat? Można. To właściwie nieuniknione. A czy można zmienić się przez rok? Też można... Nawet nie wiecie jak bardzo...

Mogłabym rozpisywać się na milion kartek o tym jaka byłam jeszcze pięć, sześć lat temu, a jaka jestem teraz. Widzę ogromną przepaść, ale ... nie dziwi mnie to. Nie wymagałabym od osiemnastolatki, żeby dnie spędzała pod kocem, rozważając na temat życia. Moje życie było jednym wielkim rollercoasterem uczuć - uczuć, które pragnęłam odczuwać nie byle jak - musiało być intensywnie, nieważne w jaką stronę - intensywne depresje, intensywne imprezy, intensywne związki, intensywne znajomości, intensywne relacje, intensywne emocje. Niby zaszywaliśmy się z F. coraz częściej w domu kiedy skończyłam liceum i było nas wszędzie mnie niż zwykle - ale póki nie zaczęliśmy myśleć o dziecku, więcej było w nas, a przynajmniej we mnie buntowniczki i diabła, niż spokojnego aniołka. Z roku na rok coraz bardziej wstydzę się za swoje zachowanie z okresu liceum i pomału zaczynam nawet zgadzać się z niektórymi określeniami mojej osoby - może dopiero z perspektywy lat, jestem w stanie zobaczyć własne błędy. Ale wciąż staram się ich jednak nie żałować - nieważne jaką przeszłam drogę i ile razy się na niej wywróciłam - doszłam tu gdzie jestem. A jestem w miejscu wyjątkowym. Dla mnie na tę chwilę najlepszym.

Totalnie grubą kreską oddzielam to co było przed dzieckiem, a to co było odkąd zaszłam w ciążę. Dla mnie to dwa, totalnie inne życia, totalnie inne osoby. Nie łączę tego. Prawdziwe życie, pełne wartości i warte coś więcej niż pół litra wódki, zaczęło się właśnie wtedy gdy z trybu: impreza, przełączyłam się na tryb: rodzina. I wierzcie mi -  w tym drugim odnajduję się znacznie lepiej. Zawsze śmieszą mnie niesamowicie hejty w moim kierunku, że na pewno jestem beznadziejną matką, a moje blogowe życie to fikcja - bo przecież jak miałam szesnaście czy siedemnaście lat, robiłam to i to, zachowywałam się tak i tak. Wierzcie mi - młodość rządzi się swoimi prawami i nijak ma się do tego jacy będziemy za kilka lat, kiedy beztroska zamieni się w odpowiedzialność. Co prawda, niektórzy przez całe życie przechodzą sobie, mając mentalnie lat naście - ja zdecydowanie poszłam w drugą stronę. Dochodzi to do mnie najbardziej wtedy, kiedy widzę swoje rówieśniczki. Ale każdy ma swoje tempo. I każdy żyje tak jak chce żyć. I musimy to wzajemnie uszanować, nawet jeśli tego nie rozumiemy.

Poszłam w drugą stronę, nie dlatego, że takie jest życie. Nie dlatego, że jest rodzina, obowiązki, praca, odpowiedzialność. Niektórym i to nie przeszkadza w zachowywaniu się jak rozpieszczony bachor, który tylko czeka aż coś mu spadnie z nieba czy zostanie podstawione pod nos. Poszłam w stronę "mentalnej trzydziestki", bo takiego dokonałam wyboru. Taka się stałam. Świadomie zdecydowałam się na wewnętrzną, duchową przemianę, której wciąż doświadczam. Życie, które wiodłam, pełne tych "intensywnych" uczuć, pokazało mi, że tak się na dłuższą metę nie da. Że to wszystko o co walczyłam, nie zapewnia szczęścia. Szczęście jest wtedy, kiedy we własnym wnętrzu robisz porządek. Prawdziwego szczęścia i spokoju ducha, doświadczy tylko ten człowiek, który chce być dobry. Który zmienia siebie, nie świat. Pewnego dnia zrozumiałam po prostu, że szczęścia nie daje człowiekowi żadna rzecz, a nawet żadne przeżycie, jeśli nasza dusza jest wysypiskiem śmieci. Na dodatek nieposegregowanych. W moim życiu, nieważne jak myślałam, że jestem szczęśliwa - ciągle coś było nie tak. I ja sama do końca nie wiedziałam, czym jest to "coś". To był jakiś wewnętrzny lęk, uczucie takiego niepokoju. Dziś to uczucie jest mi tak obce, że zaczynam chyba zapominać jak to jest... wtedy myślałam, że może to "coś" odejdzie, gdy znajdę miłość. Nie odeszło. Może odejdzie, gdy urodzę dziecko. Nie odeszło. Może wtedy, gdy zacznę robić karierę - nie odeszło. Zaczęło odchodzić dopiero wtedy, gdy ja sama zaczęłam się go pozbywać, karmiąc swój umysł tym co dobre. Zaczęło odchodzić dopiero wtedy, gdy zaczęłam wyrzucać ze swojej głowy zawiść, zazdrość, nienawiść, pesymizm.

Prócz zmian w głowie, dokonałam też kilku innych. Usunęłam stary, prywatny facebook - nawet nie wiecie, jak duży wpływ miało na mnie to co widywałam na "wallu". I ma to wpływ na każdego z Was, kto ma pełno znajomych, pełno bodźców, pełno polubionych stron z beznadziejnymi treściami. Ludzie karmią zawiścią i debilizmem swoje umysły każdego dnia. Przewijają wall, na którym czytają dyskusje o tym, że matka, która chce kupić używany fotelik jest debilką. Chwilę dalej widzą znajomą, której wcale nie lubią. Jeszcze dalej jakiś FB, niekoniecznie przez nas polubiony, ale się pojawia  - jacyś fanatycy ziejący nienawiścią do jakiejś partii politycznej. A wisienką na torcie info o skatowanym dziecku. Bodziec za bodźcem. Nie dotyczy Twojego życia? Nie szkodzi. Czytając to, widząc - twój umysł przetwarza to i produkuje myśli w tym samym tonie. Wkurzamy się i irytujemy na rzeczy, na które nie mamy wpływu, na ludzi, których nie znamy. Prywatny facebook musiałam założyć i tak i tak, bo bez tego nie mogę mieć fanpage. Ale jestem, że tak powiem "incognito". W znajomych mam ok. 5 osób, których posty mam ukryte, a wiadomości do tych osób, to tylko sprawy "biznesowe". Na wallu nie ma nic. A ja z tego facebooka nie korzystam. Czasem ktoś mnie jakiś sposobem znajdzie, ale usuwam zaproszenia, bo mój profil to nieużywana pusta przestrzeń. Z wiadomości do tych kilku osób korzystam niesamowicie rzadko, więc nie mam na tel ani aplikacji facebooka ani messengera. Czasem kiedy jedna z tych osób tam napisze, odczytuję jej wiadomość po kilku dniach.

Dzięki temu prostemu ruchowi uciął się kontakt i możliwość kontaktu z wieloma toksycznymi osobami. Nie docierają do mnie żadne głupie i bezwartościowe rzeczy. W telewizji sama wybieram co chcę oglądać, gazet ( wiecie jakich) nie czytam - więc słabo u mnie z odbiorem złych informacji. Nie docierają do mnie :) Nie oznacza to jednak, że nie wiem co się dzieje na świecie - staram się czytać w internecie strony, które informują mnie ważnych dla kraju i świata sprawach. Wiadomo, wiadomości te nie są często fajne, ale nauczyłam się je przyjmować w inny sposób. Możecie sobie wyobrazić, że przed tą zmianą moje życie było totalnie inne? A to przecież konto na facebooku, które ma prawie każdy! I ja wtedy w życiu bym nie powiedziała, że korzystanie z niego ma na mnie tak duży wpływ - wierzcie mi - miało. A przede wszystkim przestałam tracić czas na beznadziejne treningi kciuka prze przewijaniu fejsa. Nie macie nawet pojęcia ile zabiera nam to cennej doby i chwil.

Intensywne czytanie książek o pozytywnym myśleniu było ukojeniem w chwilach wolnych od pracy. Z dnia na dzień stawałam się coraz spokojniejszym i szczęśliwszym człowiekiem. Przez ostatni rok, dzięki książce MOC POZYTYWNEGO MYŚLENIA, baaardzo umocniłam swoją wiarę. Często bywam w kościele, gdzie modlę się w ciszy. Ale modlę się kilka razy dziennie w domy. Zazwyczaj w łóżku. Kilka razy dziennie na głos wypowiadam na głos sentencje z Biblii. Głównie jedną, po której w moment staję się spokojna, pełna wiary, zmobilizowana i... bezpieczna. "Jeśli Bóg ze mną, któż przeciw mnie" lub po prostu "Jeśli Bóg z nami, któż przeciw nam". O ile kilka lat temu, nie wiedziałam, że wiara ma jakikolwiek wpływ na nasze życie - teraz nie wyobrażam sobie bez niej życia. Okazało się, że wierząc, modląc się, dziękując i prosząc - kształtujemy całe swoje życie.

Być może dla osoby, która jest taka jak kilka lat temu, to będzie jakiś bullshit. Mam jednak nadzieję, że każdy dojdzie do etapu w swoim życiu, w którym zrozumie, że ten "bullshit" to jedyna recepta na piękne, prawdziwe, dobre i wartościowe życie. To recepta na choroby, na wewnętrzny niepokój. Na wszystko. Recepta ta jest dostępna dla wszystkich, w książkach, w internecie - ale ludzie się boją ją zastosować, więc nazywają to głupotą. Bo o ile łatwo jest zmienić niewygodne buty, wyrzucić beznadziejny stolik  - tak nieco ciężej, zmienić coś w swoim życiu. Zmienić partnera na lepszego, zmienić pracę, zmienić swoje myśli.

Ja tego dokonałam, choć ciągle wiem, że jeszcze długa droga przede mną. Mam wręcz wrażenie, że im więcej wiem i rozumiem, tym tak naprawdę wiem coraz mniej. Wciąż popełniam błędy i mam wady - ja nawet mam ich świadomość i wiem, że powinnam je zmienić! Ale nie da się zmienić w rok wszystkich złych nawyków. Nie da się też być idealnym. Ale grunt w tym, by ciągle próbować iść do przodu i stopniowo zmieniać się na lepsze - łapać się na złych rzeczach, zdawać sobie z nich sprawę, robić coś z nimi.

Dzięki tym różnym praktykom, o których Wam często opowiadam, stałam się dużo lepszą mamą i narzeczoną. Stałam się dużo lepszym człowiekiem. A moje wnętrze już bardzo rzadko wypełnia się niepokojem i strachem. Chwile zapomnienia i rzeczy nie koniecznie zależne ode mnie ściągają na mnie problemy, one będą zawsze - ale nauczyłam się je pokonywać z jakąś nieziemską siłą. Nauczyłam się przeczekiwać burze w spokoju i nadziei. Czasem odchorowuję coś dzień, dwa, a czasem wcale. Czasem to po prostu pokonuję. Inaczej - ten problem nie pokonuje mnie.

Mogłabym pisać i mówić o tym godzinami, dobrze o tym wiecie. I nigdy nie jest mi mało. A to chyba wystarczający dowód na to, że to działa. Ta zmiana, to myślenie, to wszystko.

Tym pozytywnym akcentem, kończę życząc sobie samej z okazji tych dwudziestych czwartych urodzin, jeszcze więcej szczęścia i dobra. Tego samego, życzę i wam. Na każdy dzień, każdy rok, na całe życie.

To uczucie zna zapewne każdy z Was. Przyjaźnicie się, mówicie sobie o wszystkim, spędzacie razem fajnie czas - ale nagle przychodzi moment, w którym zauważasz, że... relacja staje się jakby... jednostronna. Ty ciągle wkładasz, ale nic nie wyjmujesz. Stajesz się tylko elementem czyjejś układanki, potrzebnym do zaspokajania czyichś potrzeb lub... niepotrzebnym wcale.

Ile razy przez to przeszłam. Całe życie goniłam za osobami, które nie były warte mojego zainteresowania. Całe życie wkładałam więcej niż powinnam, ale niewiele otrzymywałam w zamian. Chciałam być dla wszystkich, ale mało kto był dla mnie. Kiedy założyłam blog i myślałam, że znalazłam nagle grono cudownych, wartościowych kobiet - okazało się, że wraz z rozwojem bloga, również zaczęłam być w głowach niektórych tylko elementem do rywalizacji lub po postu elementem, który może komuś "coś załatwić". Odcięłam się od tego i od wielu relacji z przeszłości. Choć kiedyś to nie było wcale takie łatwe...

O ile teraz jestem osobą, która bez żadnego ALE odcina macki i kończy bezwzględnie wszystkie toksyczne relacje, nieważne czy rodzina, czy znajomy - tak kiedyś nie potrafiłam tego wcale. Myślę, że tak naprawdę zanim przejdziemy do robienia porządków w naszych relacjach z innymi ludźmi, musimy najpierw dojść do ładu z samym sobą. Bo tak naprawdę dopiero wtedy, kiedy zrozumiemy, czego dokładnie chcemy od życia, na czym nam zależy, co jest dla nas ważne - tak dopiero wtedy, dojdzie do nas, że ... że do szczęścia wcale nie są nam potrzebni ludzie, którzy są przy nas tylko pozornie. Kiedy uporządkujemy własne wnętrze, zrozumiemy, że odcięcie się od niektórych ludzi, jest tak naprawdę o niebo prostsze, niż nam się kiedyś wydawało.

Wcale nie chodzi o palenie za sobą mostów. Wcale nie chodzi o wyrzyganie sobie i obrzucenie dawnej przyjaciółki wyzwiskami, żeby odejść z czystym sumieniem, że się powiedziało, co się chciało powiedzieć. Tak robią ludzie słabi. Tak robią ludzie, którzy wolą spalić most niż po prostu po nim przejść i nigdy więcej na niego wchodzić. Oczywiście, sytuacje są różne. Ale przeszłam w swoim krótkim życiu naprawdę wystarczająco, by wiedzieć, że bolesne rozstania pełne tragizmu, pozostawiają w sercu jedynie palącą dziurę i przerażającą pustkę. Dziś żałuję każdej relacji zakończonej dramatem. Dziś żałuję, że nie byłam kilka lat temu tak dojrzała jak teraz, by móc pewne sprawy zakończyć pokojowo. A tak naprawdę... niektórych spraw wcale nie trzeba kończyć. Kiedy przestaniemy im poświęcać uwagę - zakończą się same. Wierzcie mi - czasem niektóre rzeczy należy pozostawić Bogu. On wie najlepiej, co jest dla nas dobre, a co złe.

Warto też wspomnieć o ... winie. I o wybielaniu samego siebie... Czasem kiedy trafiam na dyskusje niektórych kobiet, które jak małolaty przekrzykują się: mam wyjebane, czy ktoś mnie lubi! Nie potrzebuję fałszywych koleżaneczek - zastanawiam się czy taka kobieta może być dojrzała w przyjaźni, skoro podejmuje dyskusję na tak niskim poziomie. Nie ufam takim osobom. Ton wypowiedzi i liczne przekleństwa obrażające drugą osobę mogą świadczyć jedynie o tym, że to one same mogły narazić relację na toksyczność. Zbyt wiele wymagając, a nie wiele od siebie dając. To jakim językiem się posługujemy i to w jaki sposób wyrażamy emocje, mówi o nas naprawdę wiele. Dlaczego o tym mówię? Dlatego, że bardzo często jest tak, że samych siebie wybielamy i nie widzimy błędów, które w danej relacji popełniliśmy my sami.

Nim nazwiemy jakąś relację czy osobę toksyczną - zastanówmy się czy aby na pewno my jesteśmy bez winy. Nie twierdzę, że wina jest zawsze po obu stronach. Nie wiem kto wymyślił to twierdzenie, ale jet ono najgłupszym z jakim się spotkałam, a jednocześnie najbardziej popularnym i powtarzanym przez ludzi jak mantra. Sama byłam w relacji, w której to ja byłam tą złą, a druga osoba nie miała w tym jakiejkolwiek winy. Byłam też w relacji, która była całkowicie odwrotna. Owszem, większość relacji opierała się na winie spoczywającej po obu stronach. Ale twierdzenie, że tak jest ZAWSZE jest wynikiem ignorancji i przeświadczenia, że znamy przypadki całego świata i każdego jednego człowieka. Tymczasem mówimy to bazując jedynie na własnych doświadczeniach. A nasze własne doświadczenia to naprawdę zbyt mało, by wysnuć wnioski, że TAK JEST WSZĘDZIE ...

Myślę, że bardzo często niesłusznie nazywamy jakąś relację toksyczną, mając zbyt wygórowane oczekiwania wobec drugiej osoby i całej relacji. Nie możemy wymagać od przyjaciółki, która ma dzieci, by dzwoniła do nas każdego dnia i spotykała się z nami kilka razy w miesiącu. Pamiętam, że kiedy urodziłam Polkę, to ostatnim o czym myślałam to podtrzymywanie relacji z bliskimi mi dziewczynami. Wiedziałam, a właściwie liczyłam na to, że zrozumieją, że moje życie zmieniło się teraz o 180 stopni. Że telefony będą teraz nie raz na tydzień, a raz na dwa miesiące... że spotkania zwłaszcza po przeprowadzce, będą nie raz w miesiącu, a raz na pół roku. Może ciężko zrozumieć osobom bezdzietnym, że mając rodzinę, pracując od poniedziałku do piątku, w weekendy ostatnie o czym myślimy to spotkania ze znajomymi.

Mam przyjaciółkę, z którą znamy się od ponad 20 lat. Nie mamy do siebie żalu, że widzimy się dwa razy do roku. Rozproszyłyśmy się po Polsce, każda z nas ma własne życie, własną rodzinę - dwa razy do roku umawiamy się spontanicznie i balujemy do rana. Mamy nadzieję oczywiście, że będzie możliwość, by spotykać się częściej, ale każda z nas musi złapać ten grunt pod nogami, ustabilizować się, skończyć studia, czy tak jak w moim przypadku, nareszcie się przeprowadzić i wyjść na swoje.

Na wszystko w życiu jest odpowiednia pora, odpowiedni czas. Czasem zbyt pochopnie oceniamy, że jakaś relacja jest toksyczna, bo nie potrafimy zrozumieć, że ta relacja jest po prostu inna. Kilka dni temu rozmawiałam z przyjaciółką przez telefon i śmiałyśmy się, że ... za jakiś czas będziemy przeżywać drugą młodość, z odchowanymi dziećmi i znów będzie czas na wspólne spotkania i pogaduchy przez telefon. Żadna z nas nie siedzi na tyłku, tylko ciężko pracuje - relacja nie została zaniedbana przez brak chęci, a przez brak czasu.

O ile, rozumieją to obie strony, możemy być pewni, że nic tej znajomości nie zabije. Nie liczy się ilość spędzonego czasu, a jego jakość... Są osoby, z którymi rozmawiam co drugi dzień, z którymi spotykam się dużo częściej niż ze swoją przyjaciółką - ale to wcale nie świadczy o tym, że te osoby są moimi przyjaciółmi. Po prostu łatwiej mi się z tymi osobami zgrać czasowo, więc z tego korzystam. Ale na zawsze w sercu będę mieć tą jedną, jedyną osobę, z którą przeżyłam najpiękniejszy czas w swojej młodości...

Jeśli chcemy już zrobić czystki w znajomych, musimy być pewni, że relacja jest naprawdę toksyczna i nie wnosi nic do naszego życia. Takich relacji jest całe mnóstwo. Rodzina, która nie wnosi do relacji między Tobą, a nią nic prócz robienia z Ciebie czarnej owcy i wmawiania Ci, że wszystko robisz źle. Wścibska ciotka czy teściowa, która ma na celu jedynie mącenie Ci w głowie. Bliska znajoma, która pod przykrywką słodkich słówek, chce z Ciebie jedynie wyciskać fakty z Twojego życia. Czy koleżanka, która zbliża się do Ciebie jedynie dla korzyści, które może wynieść z Waszej "znajomości".

Prześledź swoje życie i zobacz - kto naprawdę przejmuje się Twoimi problemami i kto w miarę możliwości jest przy Tobie. U mnie taką osobą jest przede wszystkim moja siostra. Chciałam powiedzieć, że rodzice, ale jednak nie... jednak najbardziej ona. Była przy mnie ZAWSZE i szanowała każdy mój wybór, nawet jeśli go nie rozumiała. Gdybym miała dać sobie odciąć rękę za relację, która przetrwa WSZYSTKO, byłaby to właśnie relacja między nami.

Nie chodzi o to, że między nami jest różowo. Wiedziemy totalnie różne życia, mamy w wielu kwestiach inne poglądy. Miałyśmy między sobą niesnaski i jakieś ukryte żale, ale być może wynikało to z tego, że żadna z nas w pewnym momencie nie radziła sobie sama ze sobą. Ale co by się nie działo, żadna z nas nigdy nie była obojętna na problemy drugiej. Wiem, że mogę pojawić się u niej w środku nocy i to działa też w drugą stronę. Właściwie nigdy się nad tym nie rozwodzę, ale jak tak teraz o tym myślę to i ja i ona mamy na świecie coś najbardziej wartościowego, czego nie można kupić za pieniądze...

I to dla takich osób warto żyć, o takie osoby warto zabiegać, o taką relację warto dbać. Jeśli ktoś ma w dupie Twoje problemy, to znaczy, że mu na Tobie po prostu nie zależy. Nie zrozumcie mnie źle. Relacje są różne. Nie możemy oczekiwać od całego świata, że kiedy powiemy, że mamy problem, on oleje wszystko co ważne i skupi się na nas. Chodzi o minimum zainteresowania.

Jeśli relacja opiera się na tym, że jedna osoba jest w centrum zainteresowania, a kiedy Ty mówisz o sobie, zapada niezręczna cisza - jeśli relacja polega na tym, że ktoś totalnie nie szanuje naszych poglądów i uważa, że jego racja jet jedyną - i przede wszystkim - jeśli jakaś relacja źle na nas wpływa i czujemy, że jest dla nas destrukcyjna - nie ciągnijmy jej... TY - TY powinnaś być dla siebie NAJWAŻNIEJSZĄ osobą na świecie i wyznawać zasadę zdrowego egoizmu. Nie jesz śmieci ze śmietnika, bo siebie szanujesz - nie pozwól więc, by ktoś zaśmiecał Twoją głowę czy Twoje poczucie własnej wartości.

Pamiętaj jednak o tym co najważniejsze - zanim zrobisz porządki w ludziach, którzy Cię otaczają - najpierw zrób porządek z samym sobą. Twoje myślenie może się wtedy zmienić o 180 stopni. Możesz w pewnych relacjach dostrzec błędy po obu stronach i zrozumieć, że wcale nie warto ich kończyć. A te, które naprawdę są toksyczne - kiedy przejdziesz wewnętrzną przemianę, wcale nie będzie Ci ich żal. Nie będziesz żywić urazy, żalu, nie będziesz nienawidzić. Kiedy dojdziesz do ładu z samym sobą, zrozumiesz, że negatywne uczucia niczego nie zmieniają. Czasem trzeba po prostu zrozumieć, wybaczyć czy po prostu... zapomnieć.

Wiem, że to ciężkie. I wiem, że jeśli Twoje rany są świeże, możesz teraz pomyśleć: tak się nie da! Rozumiem to doskonale. Ty jednak musisz zrozumieć, że... wszystko się da. Nienawidzić jest łatwo. Ale czy nienawiść jest dla nas dobra? Nie chodzi o ty, że musisz się wyzbyć negatywnych uczuć dla kogoś - musisz się ich wyzbyć dla siebie. Bo to na Ciebie mają one zły wpływ. Pamiętaj, że jakiekolwiek negatywne myśli i uczucia przyciągają kolejne. A nie chcesz chyba ściągnąć na siebie lawiny nieszczęść, nieprawdaż? Poza tym... musisz być ponad to. Mieć w głowie jeden cel: być dobrym człowiekiem... pytanie brzmi... czy jesteś na to gotów?

@alicjawegnerpl

Zajrzyj na mój Instagram i sprawdź, jak żyję, manifestuję oraz działam.
cartcrossmenuchevron-down linkedin facebook pinterest youtube rss twitter instagram facebook-blank rss-blank linkedin-blank pinterest youtube twitter instagram