0
0,00  0 elementów

Brak produktów w koszyku.

0
0,00  0 elementów

Brak produktów w koszyku.

Jeju... jak fajnie jest mieć kuchnię i znów do Was z niej nadawać - serio! Po pół roku w koczowniczych, kulinarnych warunkach, krzątanie się po kuchni nagle zaczęło sprawiać mi większą przyjemność.

 

Często pytacie o to co je Polcia, a ja Wam muszę powiedzieć, że z nią to jest tak różnie, że nawet ja nie nadążam. Jednego tygodnia kocha brukselkę, drugiego nienawidzi. Raz wcina brokuły, potem nimi pluje. To jest istny szogun ze zmiennymi nastrojami i smakami - tego nie ogarniesz! No ale matka jak to matka, ogarniać musi, zatem sposoby swoje na to dziecko jakieś mam. Z brokułami wymyśliłam taki patent, że po prostu zaczęłam je miksować. Wpadłam na to zupełnie przypadkiem, kiedy zamówiłam Poli z jakiejś restauracji makaron z sosem brokułowym na wynos. Tak jej zasmakowało, że stwierdziłam, że spróbuję zrobić sama. Powiedziałam jej tylko, że to jej ulubiony zielony sosik, a dopiero kiedy go spałaszowała powiedziałam, że to był brokuł - stwierdziła, że jednak lubi :D Także potraktujcie ten przepis jako idealny sposób na przemycenie warzyw do diety dziecka.

Dzisiejszy przepis to raj dla dziecięcego podniebienia - prosty, delikatny no i hello (!) zawiera to co większość dzieci uwielbia: jogurt i makaron! Pola wcina makarony wszelkiego rodzaju odkąd pamiętam, a jogurty naturalne to u nas podstawa. Nie wiem czy istnieje coś do czego używam śmietany. Zresztą zobaczcie same :)

 

 

SPAGHETTI Z SOSEM BROKUŁOWO- JOGURTOWYM

Składniki: 

  • ok. 200 gramów makaronu ( obecnie mamy fazę na makaron spaghetti z ciecierzycy)
  • jogurt Naturalny Gęsty Bakoma - opakowanie 390 gramów ( do sosu zużyjemy około 2/3 opakowania)
  • 1 mały brokuł
  • 1 mały ząbek czosnku
  • płatki drożdżowe
  • sól i pieprz
  • camembert
  • opcjonalnie pierś z kurczaka jeśli wolicie wersje mięsną

 

 

Makaron gotujemy al dente w osolonej wodzie. Brokuł podgotowujemy, odcedzamy wodę i blendujemy w garnku stopniowo dodając jogurt Naturalny Gęsty Bakoma. Dodajemy go tyle, ile uważamy za słuszne - zależy to od tego jak bardzo jogurtowe lubicie sosy. Pola lubi baaaardzo, więc zużyłam 2/3 opakowania, a i tak później dobierała sobie jeszcze jogurtu i mieszała ze swoim makaronem, bo było jej mało. Możemy do całości dorzucić malutki ząbek czosnku i jeszcze raz wszystko zblendować, a następnie całość doprawiamy do smaku. U mnie tradycyjnie odrobina soli himalajskiej i świeżo zmielonego pieprzu. Na koniec wszystko wrzucamy na patelnię żeby lekko podsmażyć i wymieszać - i wtedy dorzucamy camembert :) Nadaje fajny posmak, makaron nie jest wtedy taki jałowy. Jak robię makaron dla całej rodziny to dodaję calutki, a jak sama z Polą, to połowę.

 

 

Można zrobić wersję bezmięsną lub mięsną - wtedy wystarczy podsmażyć kilka kawałeczków kurczaka i dorzucić do naszego spaghetti. Widzicie? Prościzna! Pozostałe 100 gramów jogurtu Naturalnego Gęstego Bakoma wykorzystałam do kolejnego dania czyli deserku - jogurtu z owocami i nasionami słonecznika. Jogurty w naszym domu idą dużo szybciej niż świeże bułeczki, bo wykorzystujemy je do deserów, koktajli, potraw mięsnych, makaronów itp. Jogurt Naturalny Gęsty Bakoma nie ma w składzie mleka w proszku, a na to zawsze zwracam uwagę.

To jak? Spróbujecie zrobić brokułowe spaghetti na własną rękę? Jeśli tak, to koniecznie dajcie znać jak Wam wyszło i czy zmodyfikowałyście jakoś przepis. Moja wersja jest bardzo delikatna, ale jestem ciekawa jakie Wy będziecie mieć pomysły na swoją. Jeśli postanowicie podzielić się przepisem na swoim instagramie, pamiętajcie o akcji #inspiredbymamala i dodaniu tego właśnie # pod zdjęciem!

 

SMACZNEGO! :)

 

 

 

 

 

 

Ten pyszny deser, który Wam dzisiaj zaprezentuję to miks wszystkiego co dobre, zdrowe i łatwo dostępne. Maaaatko - wszystkie swoje "przepisy" tak opisuję, serio :D Ale co zrobić, skoro ja ani nie lubię tego co skomplikowane, ani tego co czasochłonne.

Mogłabym ten deser nazwać również deserem z resztek, bo wykorzystałam do niego wszystko to co miałam akurat pod ręką i były to, że tak powiem ostatnie sztuki :P Ostatnie wakacyjne dni spędzałam tak typowo po matczynemu... wstawałam, ogarniałam chatkę zanim Polcia wstała, robiłam pierwsze rzeczy z mojej listy "to do". Bawiłam się z Polą a to w domu, a to na dworze, a w międzyczasie pichciłam jej zdrowe przekąski. Przyznam, że nawet mi się ten domowy klimat spodobał i gdyby nie to, że nie jestem farciarą na utrzymaniu męża, z chęcią bym sobie została znów mamą i kapłanką domowego ogniska 24 na dobę. Póki co, muszę wrócić jednak do rzeczywistości, wysłać dziecko do przedszkola i wziąć się w końcu za robotę, a przyznam, że ten letni czas maksymalnie mnie rozleniwił.

Ale, że wy pewnie przyszliście tutaj dla deseru to ja sobie daruję te pamiętniczkowe wywody i przejdę do konkretów, czyli do tego, co ja tej swojej córce funduję i co ona o dziwo wcina jak szalona. No dobra, nie o dziwo, ale to dziecię takie wybredne potrafi być, że czasem jak jej coś przygotowuję to cała drżę, czy to w ogóle przejdzie przez jej gardło. Dobra dobra. Już Wam piszę co trzeba do tego deseru użyć.

 

 

Składniki:

  • jogurt naturalny
  • banan
  • jabłko
  • dżem truskawkowy niskosłodzony
  • wafelki
  • migdał w drobnej postaci
  • opcjonalnie całe migdały
  • kakao - ja używam Choco Dream od Natural Mojo

Na hasło MAMALA25 macie 25% zniżki na wszystko w Natural Mojo. Dodatkowo mam promo specjalnie dla czytelników mojego bloga :) Kod to GIFT4U .  Polega on na tym, że przy zakupie zestawu Strawberry Cookie otrzymuje się drugi, identyczny zestaw za darmo - czyli macie dwa zestawy Strawberry Cookie w cenie jednego :)

 

 

Deser to typowa warstwowa wariacja, w której tak naprawdę możecie zrobić wszystko jak tylko chcecie i z czym chcecie. Ja wykorzystałam to, co miałam akurat pod ręką:

  • 1 warstwa: jogurt naturalny
  • 2 warstwa: pokruszone wafelki
  • 3 warstwa: banan
  • 4 warstwa: jogurt naturalny
  • 5 warstwa: płatki owsiane
  • 6 warstwa: dżem truskawkowy
  • 7 warstwa: jabłko
  • 8 warstwa: jogurt naturalny
  • góra: pokruszony migdał, kakao + ewentualnie migdały w całości

Oczywiście wariować można tutaj z czymkolwiek chcecie: truskawki, borówki, czekolada itp. ale... ale ja jestem w szoku, że z tego co przypadkowo wzięłam do ręki, wyszło takie fajne połączenie smakowe. Pola wylizała szklankę do dna, ja również. Zrobiłam też dodatkową trzecią szklankę, wstawiłam do lodówki i na drugi dzień chciałam spałaszować w ukryciu przed Polą, ale ... nie dało się. Zjadła za mnie.

 

 

 

 

 

 

Jestem mega ciekawa jak będzie wyglądało Wasze idealnie połączenie w tego typu deserku i czy Waszym dzieciom ( i Wam ) również przypadnie on do gustu. Będzie mi bardzo miło, jeśli po zrobieniu deserku podzielicie się jego zdjęciem na instagramie. Pamiętajcie, że zdjęcia na których pokazujecie to do czego Was zainspirowałam, możecie oznaczyć hahstagiem #inspiredbymamala i wziąć udział w fajnej zabawie, w której obdarowuję Was masą cudowności - więcej informacji o akcji znajdziecie tutaj. O pierwsze zestawy możecie powalczyć jeszcze do końca tego miesiąca :)

A teraz pozostaje mi Wam życzyć już tylko jednego... smacznego!

Jak na osobę, która pięć lat temu w kuchni potrafiła jedynie usmażyć schabowego, teraz idzie mi w kuchni całkiem nieźle. Co prawda nadal wybieram rzeczy mało skomplikowane, ale ich smak to zawsze niebo - a ostatecznie chyba smak liczy się najbardziej, prawda? No i wygląd jednak też. W końcu jemy również oczami.

Że ja, matka parentingowa, lifestylowa, zacznę brać udział w jakiś kulinarnych kampaniach, to bym się nie spodziewała. Bo niby co miałabym zaprezentować? Omlet po raz 1010388484, a może schabowego z ziemniakiem? No ale życie bywa zabawne i tak oto wzięłam udział w #KuchennePojedynki dla Netto Polska. Temat iście letni, toteż nagrywać materiał pojechałam do rodziców, których kuchnia na tarasie zdawała się wpasowywać w klimat akcji ideeeealnie. Moją konkurentką była kochana Basia Szmydt, która w głosowaniu na fanpage netto, znokautowała mnie totalnie, ale co tam... ludzi się po prostu nie znajo, o! :P Gdyby wiedzieli ile trudu kosztowało mnie stanie cały dzień przy garach i robienie każdego ruchu po kilka razy, żeby zrobić i foty i jeszcze to nagrać, to może daliby lajka z litości, ale nie wiedzą! No!

Pojedynek mój i Basi podzielony był na dwie rundy/kategorie. Pierwsza dotyczyła letniego obiadu, a druga kosza piknikowego na wycieczkę rowerową. Swoją drogą marzy mi się taka wycieczka z prawdziwego zdarzenia niemiłosiernie, ale póki co ujeżdżam veturilo po warszawskich chodnikach i jedyne co mam z mojej wymarzonej wycieczki to pedałowanie. Ale zawsze coś!

Ale co ja Wam tutaj będę więcej pisać, jak Wy po przepisy tutaj przyszliście. No to macie. Bierzcie i jedzcie z tego wszyscy i oby Wam smakowało tak jak mi i mojej rodzince :)

 

PSTRĄG NA WARZYWACH

 

Czas przygotowania: 45 minut 
Liczba porcji: 2

 

 

SKŁADNIKI

  • 2 pstrąg
  • oliwa z oliwek
  • tymianek świeży
  • pieprz
  • sól morska
  • słodka papryka
  • cytryna
  • bób Mroźne Specjały
  • 2 cukinie
  • pęczek rzodkiewki
  • roszponka
  • kiełki
  • szparagi

 

 

PRZYGOTOWANIE

Pstrąga dokładnie myjemy i osuszamy. Nacinamy go w litery X i smarujemy przygotowaną marynatą z oliwy z oliwek, soli, pieprzu, słodkiej papryki. Do środka również wlewamy marynatę i wkładamy cząstki cytryny. Blachę wykładamy papierem, kładziemy na niego rybę, a na niej kilka gałązek świeżego tymianku. Pstrąga pieczemy 30 minut w 180 stopniach.

W międzyczasie gotujemy bób ( tak by był średnio miękki). Ucinamy końcówki szparagów i wrzucamy je do gorącej wody. Podgotowujemy kilka minut. Rzodkiewki i cukinię kroimy w zapałki. Tak pokrojoną cukinię doprawiamy wedle uznania i podsmażamy na oliwie z oliwek. W misce mieszamy ugotowany bób, roszponkę, kiełki, rzodkiewkę i cukinię. Całość lekko skrapiamy oliwą i układamy na szparagach. Na tak skomponowaną sałatkę kładziemy upieczone pstrągi. Całość posypujemy prażonymi orzeszkami laskowymi, które wcześniej drobno pokruszyliśmy.

 

 

 

 

 

Rybka wyszła naprawdę przeeepysznie. Delikatna w smaku, lekka - tak jak i warzywa. Nie wiem czy mój zachwyt podzielałaby męska część społeczeństwa, ale dla tych, którzy lubią takie zdrowe, lekkie jedzonko, taka ryba byłaby idealna. Warzyw było pod rybą naprawdę sporo, więc jeśli tak jak ja, kochacie te wszystkie szparagi, bób itp. to gwarantuję Wam kulinarny orgazm!

 

KOLOROWE KANAPKI

 

Czas przygotowania: ok. 15 minut 
Liczba porcji: 10 małych kanapek

 

 

 

SKŁADNIKI

  • chleb żytni
  • plastry szynki np. z kurczaka
  • plastry sera żółtego
  • ogórek zielony
  • rzodkiewka
  • sałata
  • masło

 

PRZYGOTOWANIE

Kromki chleba smarujemy lekko masełkiem i nakładamy sałatę, plaster szynki, plaster sera, ogórka i rzodkiewkę. Kanapki składamy i kroimy na trójkąty.

 

 

 

 

Co tu dużo będę mówić o kanapkach. Kto mnie zna, ten wie, że Alicja + kanapki to duet idealny. Jeśli kiedykolwiek pojedziecie ze mną na jakąś wycieczkę i będziecie mieć kanapki z ogórkiem, to uwaga bo... możecie się nie spostrzec, a będą już w moim brzuchu :D Od dzieciaka byłam kanapkowa i tak mi już zostało, mimo, że staram się unikać pieczywa to jednak miłość często wygrywa w tej kwestii z rozumem. Nie ma nic lepszego niż pajda chleba, trochę masełka, sałata, szyneczka i koniecznie OGÓRECZEK. Nie ma ogóreczka, nie ma kanapeczki...

 

ORZECHOWE BATONIKI

 

Czas przygotowania: ok. 10 minut  + 2 godziny w lodówce
Liczba porcji: 8 batoników

 

 

SKŁADNIKI

  • 5 łyżek masła orzechowego
  • 3 łyżki miodu
  • orzechy laskowe (dodaj tyle, ile lubisz!)
  • szklanka orkiszu ekspandowanego
  • gorzka czekolada

 

PRZYGOTOWANIE

Miód rozpuszczamy razem z masłem orzechowym w rondelku na małym ogniu. Dodajemy pokruszone orzeszki i orkisz. Keksówkę wykładamy papierem i nakładamy na całość powstałą masę. Do garnuszka wlewamy wodę, a na garnek kładziemy miskę, w której rozpuszczamy całą tabliczkę czekolady. Czekoladą polewamy orzechową masę w keksówce, a następnie wkładamy ją na ok. 2 godziny do lodówki. Po dwóch godzinach wyjmujemy papier z keksówki i kroimy całość na batoniki. Dla efektu, możemy zawinąć ok ⅓ batonika w papier i obwiązać sznurkiem.

 

 

 

 

 

 

 

Te batony to jest SZTOS, niebo, raj i wszystko razem wzięte. Niech no tylko zrobią mi kuchnię, to będę je robić chyba codziennie! Serio - lepsza cała keksówka zdrowych batonów homemade, niż jeden naładowany E, sre i kto wie czym jeszcze. Jeśli myślicie, że smak przegrywa z jakąś tam kupną princeską, to się mylicie, bo smak wygrywa wszystko co potwierdzam ja, moja rodzina, dzieci ( te moje i te cudze) - każdy kto spróbował, przepadł! Pięć minut roboty, a czteroosobowa rodzinka może sobie wszamać po dwa batony - i to bez żadnych wyrzutów sumienia!

 

I jak? Dla mnie bomba. Myślę, że wszystkie przepisy są totalnie proste i nie wymagają jakiś niezwykłych kulinarnych zdolności - no a kanapki to już w ogóle :D Na koniec mam dla Was jeszcze kilka kadrów z mojego gotowania na tarasie moich rodziców no i... filmik! Zarówno filmik jak i zdjęcia, wykonała moja siostra Patrycja znana niektórym jako Ładna Chata.  Dziękuję Ci dobra kobieto!

Wszystkie #KuchennePojedynki, możecie zobaczyć na stronie Netto . Mega się cieszę, że mogłam być częścią tak fajnej akcji i naprawdę... nie sądziłam, że będę się przy tym tak świetnie bawić, seeerio!

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

orzechowe batoniki

 

 

 

 

 

 

 

 

Miałam Wam dzisiaj przedstawić trzy różne deserki, ale ostatecznie zrobiłam jeden, który w sumie jest jak ... trzy różne :D Są pancakes, są owoce, jest magiczny mus, ale tym razem nie z ciecierzycy, a z avocado!

Ogólnie to nie wiem jak mogłam kiedyś żyć, bez takich "eksperymentów". Odkąd odkryłam na ile różnych sposobów można robić naleśniki, musy czekoladowe, pancakesy moje życie jest piękniejsze :D No jestem łasuchem, nie da się tego ukryć. Kocham wszystko co słodkie i jeśli tylko jest możliwość, żeby zamiast batona naładowanego chemią, zjeść coś zdrowego, słodkiego i pożywnego, to logiczne, że wybieram to drugie. No dobra, czasem też wybieram to pierwsze, bo nie zawsze o godzinie 23 na ciężkim gastro, ma się ochotę robić fit desery ;) Ale spoko, wszystko jest dla ludzi i nie robię sobie już z tego powodu wyrzutów sumienia.

Dzisiaj mam dla Was patent na genialną pankejkową wieżę pełną dobroci, którą spokojnie najecie się razem ze swoim dzieckiem, a może i jeszcze coś zostanie. Wszystkie produkty jakich użyłam są zdrowe, wysokiej jakości i naprawdę tanie. Ale pamiętajcie, że możecie sobie to dowolnie modyfikować. Nie odkryłam tym "przepisem" Ameryki, ale wcale nie miałam takiego zamiaru. Chwytam się rzeczy prostych i w miarę szybkich i wiem, że takich osób jak ja jest całe mnóstwo. Choć wieżyczka na pierwszy rzut oka może przerażać, to uwinęłam się z nią w jakieś ... piętnaście minut. Logiczne, że nie robię sobie takich śniadań każdego dnia, ale w niedzielne, leniwe poranki - czemu nie? Uważam, że jemy także oczami, dlatego coraz większą wagę przykładam do estetyki, której pomału uczę się od mojego F. Ale zaraz zaraz - takiej wieży to on nigdy nie zrobił, ha! W końcu kulinarnie zaczynam się czymś przy nim wyróżniać :P

 

PANCAKES Z "CZEKOLADOWYM" MUSEM I OWOCAMI

 

 

Składniki na pancakes:

  • 2 jajka
  • 1 łyżka jogurtu naturalnego
  • 1 łyżka płatków owsianych
  • 3 łyżki mąki ryżowej
  • opcjonalnie: pół miarki odżywki białkowej - ale to nie jest konieczne
  • łyżeczka erytrytolu ( można wcale, albo można dodać nawet łyżkę, dla mnie łyżeczka to max)

Składniki na mus:

  • 1 avocado
  • 1 banan
  • 1 łyżka kako
  • pół miarki odżywki białkowej jeśli posiadacie, jeśli nie - pomijacie ten punkt
  • 1 łyżeczka erytrytolu

Dodatki:

  • maliny
  • banan
  • jagły

Oczywiście dodatki wybieracie wedle uznania :)

 

Na początku przygotowujemy sobie mus. Wszystkie wymienione wyżej składniki na mus blendujemy ze sobą. Odstawiamy na bok i zabieramy się za nasze pancakes. Najpierw ubijamy białka na sztywną pianę ( !!! ) i dopiero do takiej piany, dodajemy pozostałe składniki. Wszystko ze sobą mieszamy. Na patelni rozgrzewamy olej i wlewamy mniej więcej po płaskiej łyżce. Jeśli chcecie bardziej płaskie, musicie rozsmarować z masy nieco większe kółko, jeśli grubsze - nic nie róbcie. Ja lubię i takie i takie. Smażymy z oby dwóch stron, aż lekko się zarumienią. Możemy smażyć pod przykryciem, wtedy wychodzą bardziej pulchniutkie. Z podanych przeze mnie składników, wychodzi około 8-10 placuszków.

Dodatki dobieramy wedle uznania. Ja posmarowałam pancakes'y musem i przełożyłam plastrami banana. Na górze ułożyłam maliny i całość delikatnie obsypałam jagłami. Można też polać sobie wszystko jogurtem naturalnym, ale nie chciałam już przesadzać :P

Wszystko smakuje... o jeny... obłędnie to mało powiedziane. Można tutaj dowolnie kombinować z dodatkami i tworzyć przeróżne kompozycje. Jeśli chodzi o mąkę, to już dawno przerzuciłam się na ryżową - najbardziej mi odpowiada, można ją dostać w dobrej cenie, na przykład w biedronce czy w auchan.  Jeśli chodzi o odżywki to dodaję je do pulchniejszych omletów czy właśnie pancakes'ów.

 

 

Podobny mus czekoladowy, można zrobić też z ciecierzycy - przepis na takie cudo pokazywałam w tym wpisie --- > KLIK . Szczerze mówiąc, smaki są nawet podobne. Wyobraźcie sobie tylko taki czeko-mus w połączeniu z truskawkami, awrrr! Dla mnie to duet idealny. Z niecierpliwością czekam na truskawki w tym sezonie, może dorobię się do tego czasu kuchni, to poszalałbym trochę z jakimiś ciastami. Póki co jakoś sobie radzę w swojej kartonowej kuchni z mini płytą na garnki :D Nie jest źle, ale pomału pomału zaczynam się męczyć. Ale... wszystko w swoim czasie. Póki co, chwale się - łazienka jest już dokończona na bum cyk cyk, także na dniach pokażę Wam efekty. A póki co, życzę Wam smacznego - mam nadzieję, że wypróbujecie pancakes'y z powyższego przepisu i że również u Was staną się one miłą częścią leniwych niedziel. A może i innych dni ? ;)

 

Ostatni czas był dla mnie jakiś taki... poszarpany. Grudzień pod znakiem pakowania, styczeń pod znakiem rozpakowywania, luty był miesiącem domowego szpitala i dodatkowych zmartwień rodzinnych. Łatwo nie było, ale pomału wracam do żywych.

Po praktycznie trzech miesiącach spędzonych z Polą w domu, od marca wreszcie zaczynamy normalny tryb czyli Pola idzie do przedszkola ( nowego!), a ja znów ruszam z robotą na pełen etat. Jak mi tego brakowało, seeeerio! Lubię swoją pracę, ale największą radochę daje mi ona wtedy, kiedy mogę się na niej skupić w 100 %. A do tego potrzebuję ciszy i spokoju i żadnych domowników na chacie.

Postanowiłam, że odrobinę się zmobilizuję, bo brak mi jakiegoś punktu zaczepiania, którym mogłabym zarazić i Was! No więc wpadłam na pomysł czterotygodniowego planu, który będzie mnie motywował - a może i Wy z niego skorzystacie ;) Nie chcę tutaj stawiać sobie jakiś nierealnych wyzwań, fundować wyrzeczeń, bo tak jak Wam już ostatnio pisałam, chcę żeby ten cały zdrowy światek, był dla mnie czymś normalnym. Ale przez te cztery tygodnie chcę się naprawdę przyłożyć i nie chodzi mi tutaj tylko o zdrową szamkę i treningi.

Chcę odzyskać swoją totalnie odlotową energię po tych trzech tygodniach chorowania. Dosyć się już należałam i pora znów się nieco rozciągnąć, rozprostować kości i ujędrnić to i owo. To najlepszy czas na to, by przygotować się na wiosnę - zacząć wstawać coraz wcześniej, by kłaść się niezbyt późno. Zacząć znów wychodzić co ranek odprowadzając Polkę do przedszkola, robić zakupy i trening z rana. Pomodlić się, wyciszyć, popracować w skupieniu, a później wejść w tryb offline, spędzić czas z rodziną i zakończyć dzień z dobrą książką w wannie pełnej piany. Tak cholernie brak mi tych przeprowadzkach i chorobach właśnie normalnego trybu, codziennych przyjemności. Ach, to tylko utwierdza mnie w przekonaniu, że naprawdę lubię swoje życie i swoje codzienne rytuały, które choć są tak proste - dają mi ogrom szczęścia.

Mój czterotygodniowy plan, podzieliłam na trzy części - duchowy, treningowy i żywieniowy. Każdy z nich dotyka innego obszaru, a wszystkie razem tworzą totalną bombę energii, dzięki której zawsze realizuję wszystko na 1000 % i zamiast tracić siły, podwajam je. To się nazywa cudowny balans.

PLAN DUCHOWY

 

 

  • 2 razy dziennie modlitwa - rano i wieczorem, czas sam na sam z Bogiem, moje tradycyjne pogaduszki, podziękowania, prośby
  • kłaść się spać przed 23, wstawać max. o 6:30 - najbardziej wartościowy sen to ten o godzinie 23, jeśli chodzimy spać o takiej porze, najlepiej wstawać między 4:30 a 6:30. Pomijając tę porę, nieważne ile byśmy spali - jeśli wstaniemy później, będziemy bardziej zmęczeni. Sprawdzone info.
  • codziennie 10 min medytacji czyt. wyciszenia - nie praktykuję medytacji, w których tracę kontakt z samą sobą - preferuję medytacje jako formy wyciszenia - 10 minut wpatrywania się w płomień świeczki lub przykładowo 10 min śpiewania uzdrawiającej mantry RA MA DA SA
  • spisywanie rzeczy, za które jestem wdzięczna - każdego wieczora. Tak by zobaczyć ile dobrych rzeczy mnie spotkało, jak wiele mam szczęścia w życiu.
  • wyciskanie z każdego dnia maksimum, tak jakby był ostatnim. Muszę mieć w głowie założenie, by na koniec dnia, nie żałować - straconego czasu, żalu, który ściskał serce, uczucia nienawiści
  • każdego dnia min. pół godziny z książką - można to podzielić: 15 min rano, 15 min wieczorem.

PLAN TRENINGOWY

 

 

  • min. pół godziny dziennie spaceru na świeżym powietrzu
  • trening min. trzy razy w tygodniu - obecnie mam bzika na punkcie Turbo Spalania autorstwa Ewki Chodakowskiej
  • napinanie mięśni brzucha i pośladków w wolnych chwilach, na przykład siedząc przy komputerze - ufff, wychodzi na to, że mogę robić to min. 6 godzin dziennie! :D

Chciałabym fajnie zarysować plecy i brzuch, wyszczuplić uda i ujędrnić pośladki. Waga - nie jest to dla mnie wyznacznik, ale nie może to też być powyżej 65 kg - nie ma takiej opcji! ;) Najlepszym wyznacznikiem jest dla mnie lustro - od razu wiem, czy są efekty, czy lekko przytyłam, czy muszę jeszcze trochę popracować.

 

PLAN ŻYWIENIOWY

 

 

W tym miesiącu, zdecydowałam się na malutkie ułatwienie zadania, czyli MojoBox - program 4 tygodniowy zawierający produkty, przepisy, plan dnia, a nawet wsparcie eksperta. Mój plan na cztery tygodnie, wygląda następująco:

W dni treningowe:

  • rano:  zdrowe śniadanko np. omlet z warzywami + herbatka ActiviTea - przyspiesza metabolizm, dodaje energii
  • po ok. 2 godzinach: zdrowa przekąska np. owoc + Carb Blocker - redukuje spożycie węglowodanów
  • przed treningiem: Fit Caps - wspomagają proces spalania tłuszczu
  • obiad: np. kasza z kurczakiem i brokułem
  • kolacja: fit shake jako zamiennik posiłku + BeauTea - herbatka dla nawodnienia organizmu

W dni bez treningu:

  • rano: śniadanie np. naleśnik z mąki ryżowej z twarożkiem + PuriTea - herbatka wspomagająca oczyszczanie organizmu
  • po ok. 2 godzinach: zdrowa przekąska, np. koktajl warzywny + Carb Blocker
  • obiad: np. zupa krem z warzyw
  • wieczorem: Fit Shake + BeauTea

 

 

 

 

 

Moim głównym założeniem jest mega dużo warzyw, nieco mniej owoców. Raz dziennie, na kolację, tradycyjny posiłek będę zastępować Fit Shakiem. W skład Mojo Box wchodzą: 3 x Fit Shake, ActiviTea, PuriTea, BeauTea, Fit Caps, Carb Blockers, filtry do herbaty i shaker.

Na hasło MAMALA25 macie 25 % zniżki na cały asortyment od Natural Mojo.

W marcu czeka mnie sporo pracy i energia zdecydowanie będzie mi potrzebna. Będę miała też trochę służbowych ( i nie tylko) rozjazdów. Czekają mnie też pierwsze rodzinne wakacje we trójkę. W połowie miesiąca jedziemy do Ustki trochę odpocząć i złapać oddech. Nareszcie mamy taką możliwość i bez zastanowienia z tego skorzystamy... będzie mimo wszystko aktywnie, bo mamy zamiar wyszaleć się na basenach, spocić w saunach i pospacerować po plażach. Nie mogę się doczekać, no! Kiedyś z F. jeździliśmy spontanicznie do Sopotu, Warszawy, Mielna i nie liczyliśmy ani czasu ani pieniędzy. Teraz odkąd Polka jest na świecie mieliśmy obroty nie z tej ziemi, nie było czasu ani kasy na wakacje, więc te cztery dni urlopu w Ustce jarają mnie tak, jakbym miała spędzić miesiąc na Majorce, seriooo!

Tymczasem, drukuję sobie swoje założenia na kartce A4 i kładę ją na swoim noooowym biureczku w sypialni. Każdego dnia będę zerkać, żeby pamiętać jak powinien wyglądać mój dzień, żebym wieczorem kładła się spać spełniona. Oczywiście na liście mogłoby się znaleźć dużo więcej rzeczy, ale ich ilość mogłaby bardziej przerażać niż motywować. Pewnie myślicie - po co zapisywać sobie coś takiego jak modlitwy? A ja Wam mówię - każdy z nas tak pędzi, że czasem z jednego dnia bez organizacji, robi się tydzień, miesiąc albo rok. Warto zerkać sobie na taką listę i pamiętać o tym, o czym łatwo w biegu i ferworze obowiązków zapomnieć, w końcu... wszyscy jesteśmy tylko ludźmi ;)

Aktywnego marca Wam życzę ludziska! Pamiętajcie, że forma to nie tylko zdrowe ciało, ale też zdrowy umysł. Pielęgnujcie swoje myśli, przesiewajcie je, nie ładujcie w siebie negatywnej energii, bo ta ma przełożenie na całe nasze życie - i to nie jest jakiś wymysł, tylko sprawdzone info ;) Stwórzcie wokół siebie świat pełen dobra, pozytywnej energii, cudownych ludzi, a zobaczycie jak nagle zacznie Wam sprzyjać los... Pięknego życia kochani :*

Po krótkiej przerwie, wracamy do Was z kolejnym tematem dotyczącym choroby Hashimoto - tym razem z Madzią poruszyłyśmy temat diety. Miałam w tym temacie spory mętlik.

W sieci nie znalazłam żadnego porządnego artykułu, a jeśli już coś znajdywałam, nie wyjaśniał mi on wszystkiego na tyle przejrzyście, bo cokolwiek z niego wynieść. Porady: unikaj pszenicy to zbyt mało by zrozumieć chorobę i zrozumieć co należy z nią zrobić. Magda jest w tym ( i w wielu innych ) temacie moim guru. To prawdziwa skarbnica wiedzy i cieszę się, że mam na swoim blogu właśnie takiego eksperta. Poprzednie dwa artykuły ze Strefy Eksperta możecie znaleźć w zakładce Zdrowie i Uroda. Tymczasem zapraszam Was do przeczytania mojej rozmowy z Magdą.

 

DIETA A HASHIMOTO

wywiad z Magdaleną Dorko-Wojciechowską – dietetykiem klinicznym i założycielką Instytutu Medycyny Funkcjonalnej

 

Cześć Madziu. W ostatniej naszej rozmowie, opowiedziałam Ci o tym, że jako nastolatka, nie byłam uświadomiona przez żadnego z lekarzy odnośnie żywienia w hashimoto. Słyszałam jedynie "proszę brać leki" - i nic więcej. Tymczasem wywiad z tobą wyraźnie podkreśla, że dieta jest wręcz kluczowym elementem w walce z tą chorobą. Ale czy dla każdego? Czy może być tak, że jedna osoba może przy hashimoto jeść śmieciowe jedzenie i wcale się to na niej nie odbije, a druga przytyje kilka kg w kilka dni, bo się trochę zapomni? Skąd się biorą aż tak duże skoki wagi u chorych na hashimoto? 

O jej. Dużo pytań na raz. Przede wszystkim musimy wiedzieć, że w każdej chorobie żywienie to podstawa. Zapewne zgodzisz się ze mną, że dzisiejsza żywność bardziej szkodzi niż odżywia i wiele osób kwestionuje zasadność wprowadzenia zmian w dotychczasowym odżywianiu. Nie zmienia to faktu, że każdy z nas, kto zmaga się z jakąś dolegliwością musi rozważyć wprowadzenie tych zmian. Nie dla tego, żeby pastwić się nad sobą i odmawiać przyjemności lecz dlatego, by pomóc organizmowi w procesach zdrowienia. Śmieciowe jedzenie szkodzi każdemu. Czy ma Hashimoto czy nie, wpływa ono bardzo obciążająco na organizm i przyczynia się do zmian w metabolizmie. Dlatego odstawienie tego typu pożywienia to pierwszy rok na zrobienie miejsca na detoks. I nie chodzi tu tylko o wagę. Owszem, osoby z Hashimoto charakteryzuje niekontrolowany przyrost masy ciała, który wcale nie wynika z obżarstwa a raczej z zaburzonych procesów fizjologicznych i biologicznych.

 

Czy istnieje zatem jakaś uniwersalna dieta, która na pewno każdemu pomoże? Wystarczy zdrowo się odżywiać, czy są produkty teoretycznie zdrowe, ale wyjątkowo szkodliwe przy tej chorobie? Ja po sobie widzę, że beznadziejnie reaguję na pszenicę, ale koleżanka z hashimoto już nie ma tego problemu. Czy zrobienie testów pokarmowych jest tutaj podstawą, by zacząć ustalać jakąkolwiek dietę?

Nie istnieje jedna dieta dla wszystkich. Tyle ile mamy dzisiaj przypadków choroby Hashimoto tyle mamy ich przyczyn i możliwości żywienia. Każdy z nas ma inną florę jelitową, inne geny, inną grupę krwi. Jesteśmy wrażliwi na inne pokarmy i zmagamy się z innymi dolegliwościami, które zawsze towarzyszą Hashimoto. Czasami o nich wiemy. Bardzo często jednak nie. Zdrowe odżywianie dla mnie jest czymś innym niż dla Ciebie, dlatego nie możemy mówić ogólnikowo. Nadużywamy tego zwrotu i robimy z niego skrót myślowy, który wprowadza wiele zamieszania w głowach pacjentek i przekazie. W Hashimoto jest paleta produktów dozwolonych i zakazanych jak w każdej chorobie.

To, co łączy wszystkie diety w Hashimoto to duża podaż kwasów tłuszczowych omega3, zdrowe białka, które pomagają organizmowi odbudować to, co zostało uszkodzone i mnóstwo antyoksydantów, głównie w postaci witamin i minerałów pozyskiwanych z warzyw. Dzisiejsza pszenica jest problematyczna dla każdego z tą różnicą, że jedni mają objawy a inni nie. Testy pokarmowe mogą być dobrym rozwiązaniem w przypadku dzieci i osób starszych jednak nie są one rozwiązaniem problemu. Oczywiście, mogą ułatwić powrót do zdrowia, gdyż udzielą nam informacji z czym nasz organizm ma trudności w tym momencie. Musimy natomiast wziąć pod uwagę, że ich swoistość i czułość jest różna, bywają przesadnie drogie i w dodatku są zmienne. Na przykład dzisiaj Twój organizm może mieć problem z trawieniem pszenicy a za miesiąc może okazać się, że pszenicę dobrze toleruje a zaczął reagować nadaktywnie na kukurydzę, bo akurat zamieniłaś jedno na drugie i częściej zaczęłaś ją stosować.

 

 

Czy dobierając odpowiednio dietę i suplementację, istnieje szansa, że moglibyśmy zaprzestać brania leków? Większość z nas jest chyba świadoma konsekwencji długotrwałego przyjmowania hormonów i wolałaby tego uniknąć. 

I tak i nie. Wszystko zależy od etapu choroby. Jeśli Hashimoto jest wcześnie wykryte, zanim pojawią jakiekolwiek widoczne zmiany w badaniach laboratoryjnych, mam tutaj na myśli wyniki „w normie”, które tak naprawdę nie są w normie fizjologicznej a bardziej w zakresach referencyjnych ustalanych w laboratorium, wówczas mamy ogromne szanse na powstrzymanie choroby i nawet jej wyeliminowanie. Jeśli proces chorobowy jest przewlekły i trwa na przykład 2 lata i dłużej wówczas zatrzymanie postępu choroby jest trudniejsze. W momencie, gdy Hashimoto towarzyszy nam 10 lat i są już widoczne zmiany w tkance tarczycy, do tego dochodzą inne dolegliwości, np. RZS czy zespół jelita drażliwego wówczas zupełny powrót do zdrowia może być nie możliwy. Przyjmowanie syntetycznych hormonów czasami jest podstawą aby doprowadzić do remisji choroby. Wszystko zależy od etapu, na którym choroba się rozwija.  

 

Gdybyś mogła zrobić nam krótką ściągawkę i napisać, czego w diecie w hashimoto się szczególnie wystrzegać, a co jest jak najbardziej wskazane - co by to było? Czytelniczki wielokrotnie pytają, czy nie zrobią sobie krzywdy wieczorem z drinkami z przyjaciółmi. Teoretycznie wszystko jest dla ludzi, ale czy dla hashimotek? Osobiście jestem za piciem jak największej ilości wody, soki i napoje gazowane mogą dla mnie nie istnieć - a co z herbatami? Słyszałam kiedyś o szkodliwym fluorze, który jest na przykład w zielonej herbacie. Czy naprawdę musimy uważać na tak wiele rzeczy, czy znów jest to kwestia mocno indywidualna? 

Przede wszystkim musimy wystrzegać się glutenu, nabiału i tłuszczów trans. To są produkty kompletnie nie przydatne organizmowi a siejące spustoszenia w każdym obszarze funkcjonowania organizmu – począwszy od układu pokarmowego, poprzez układ odpornościowy a na nerwowym kończąc. To, co warto wprowadzić, to mnóstwo warzyw w każdej postaci, koktajle, soki, dania warzywne, najlepiej trzy razy dziennie z dodatkiem dobrej jakości mięs i tłuszczów omega 3. To bardzo złożony temat, dlatego tez zapraszam Was na webbinar, który poprowadzę 15 marca o godz 19:00 właśnie w temacie odżywiania w Hashimoto. Więcej poczytacie tutaj http://imf.pl/produkt/hashimoto-twoje-zywienie-w-chorobie/ Co do alkoholu, to namawiam do odstawienia go, kiedy poważnie myślimy o powrocie do zdrowia. Nie chcę nikogo umoralniać, oczywiście, że wszystko jest dla ludzi i jednocześnie nie wszystko dla Hashimotek.

Herbaty mogą być dobrym rozwiązaniem na początek, szczególnie, kiedy jesteśmy przyzwyczajeni do kawy i pracujemy nad tym, by je odstawić. Wówczas zielona herbata czy guarana mogą z powodzeniem zastąpić dotychczasowe produkty. W dłuższej perspektywie jednak nie polecam, z uwagi na zanieczyszczenia i formę ich produkcji. W zamian proponuję konkretne zioła, adaptogeny i mieszanki chińskie. Fluor jest poważnym zagrożeniem dla każdego, nie tylko dla Hashimotek. To realne zagrożenie dla tarczycy, mózgu i układu odpornościowego. Oczywiście, że musimy uważać. Przede wszystkim musimy zacząć myśleć. O tym, czy szynka jest naprawdę szynką i co kryje jej skład. O tym, czy jako dorosła kobieta rzeczywiście Twój organizm potrzebuje mleka, czy jest to bardziej Twoje przyzwyczajenie smakowe. O tym, co kryją Twoje kosmetyki, z którymi Twoje dziecko ma ciągły kontakt i je najzwyczajniej w świecie zjada. Czym myjesz podłogę, po której raczkuje Twoje dziecko wkładając przy tym rączki do buziu. Życie nie polega tylko na dawaniu sobie przyjemności. Życia trzeba się uczyć i Ci co wiedzą więcej, będą żyli dłużej.

 

 

Diety paleo, low carb, wysoko białkowe - mogłabym wymieniać bez końca. Czy któraś z diet szczególnie dobroczynnie wpływa osoby z hashimoto?

Tak. Jest kilka diet, które warto zastosować w powrocie do zdrowia, oczywiście nie wszystkie na raz J. Z moich ulubionych i sprawdzonych, które przynoszą bardzo dobre rezultaty to dieta niskoglikemiczna, dieta paleo, protokół autoimmunologiczny, low FOODMAP i czasami dieta ketogeniczna. Wszystko zależy od Twojego organizmu.

 

Gdybyś mogła stworzyć 5 złotych reguł, które każda hashimotka, powinna powiesić... no najlepiej na swojej lodówce - w końcu mówimy o jedzeniu. Co by to było? 

Po pierwsze ureguluj poziom glukozy we krwi. Bez tego nikt z nas nie wróci do pełni sił. Po drugie zadbaj o spokój ducha. Jeszcze nikomu nie udało się wrócić do zdrowia w permanentnym stresie. Po trzecie zanim zaczniesz przyjmować jakiekolwiek suplementy, naucz się dobrze jeść i pić. Po czwarte dbaj o stałe pory kładzenia się do łóżka i wyrzuć z sypialni wszelką elektronikę, z zegarkiem włącznie nawet wtedy, gdy nie jest elektroniczny. Niech Twoja sypialnia będzie świątynią, w której śpisz i uprawiasz seks. I po piąte edukuj się w dziedzinie swojej choroby. Tylko Ty znasz swój organizm i tylko Tobie najbardziej zależy na długim i szczęśliwym życiu. Po prostu dbaj o siebie z miłością.

Ufff. Na dzisiaj to chyba tyle, co? Dziękuję Ci za wszystkie odpowiedzi. Mam nadzieję, że ten wywiad pomoże zarówno mi jak i wielu moim czytelniczkom, nieco lepiej zrozumieć swoją chorobą i podjąć odpowiednio kroki by z nią walczyć. Dziękuję za Twoje wsparcie!

 

Jak widać, nie ma złotej recepty, ale są złote reguły. Każda choroba jest inna, każdy z nas jest inny. Grunt to znaleźć odpowiednią osobę, która przeprowadzi nas przez tą chorobę i potraktuje nas indywidualnie. Nie jak kolejną hashimotkę, której trzeba po prostu zapisać lek i po sprawie. Jeśli jesteśmy dziś w temacie diety, to pamiętajcie, że Magda prowadzi również swojego autorskiego bloga www.paleolifestyle.pl na którym znajdziecie masę zdrowych i pysznych przepisów.

Zapraszam Was do nadrobienia artykułu Hashimoto - przyczyny, objawy i leczenie. Zachęcam również po raz kolejny do podsuwania swoich tematów, które chciałybyście zobaczyć w Strefie Eksperta.  Ściskamy i życzymy Wam dużo zdrowia! Dbajcie o siebie!

Wiecie, że z moją wagą bywało do tej pory różnie. Miałam swoje zrywy i jeszcze szybsze klęski. Jednak rok 2017 był pod względem kulinarnym i treningowym naprawdę spoko... wrzesień i październik może nie należały do najlepszych, ale w listopadzie wróciłam na dobrą drogę.

 

Kuuurcze... tyle się teraz wszędzie trąbi o tych fit posiłkach, o treningach... że nawet człowiek, który ten cały fit światek lubi, zaczyna nim pomału rzygać. Samo słowo "fit" obrzydło już nawet mi. Może dlatego, że ostatnie miesiące pokazały mi, że jak we wszystkim, i tutaj najważniejszy jest zdrowy rozsądek. Ile to ja się kiedyś nakombinowałam, żeby zdrowo, żeby nie tłusto... a tak naprawdę nie trzeba się trudzić, żeby dobrze się czuć i dobrze wyglądać. No - pomijając kwestię treningów. Kto śledzi moje blogowe posty czy InstaStories, ten doskonale wie, że czasu mam mało i nie lubię go tracić na coś takiego jak np. gotowanie. Dlatego zawsze wybieram najprostsze na świecie rzeczy, które można zrobić w kilka minut. I takimi banałami dzielę się też z Wami. Dlaczego? Dlatego, że widzę jak wiele osób, wciąż tkwi w błędnym przekonaniu, że zdrowo tzn. dłuuuugo i ... drogo. A guuuzik prawda kochani! Nie musicie robić omletów z 30 rodzajów mąk i nie musicie dla jednej przekąski piec całego ciasta. Jeśli naprawdę zależy Wam na szybkich, zdrowych posiłkach, nie zrażajcie się do tego, przez godziny spędzone w kuchni. Im więcej się kombinuje, tym gorzej to wychodzi, coś o tym wiem! Najlepsze rozwiązania są... najprostsze!

Zanim pokażę Wam swój jadłospis, który królował w ostatnim miesiącu, napiszę jeszcze o kwestii treningów i posiłków. W listopadzie wróciłam do treningów. Ćwiczę skalpel Ewki Chodakowskiej, czasem pięć razy w tygodniu, czasem dwa razy w tygodniu - zależy. Z żywieniem jest różnie, ale nie zaprzątam sobie tym za bardzo głowy. Mam ustaloną granicę wagową, której nie chcę przekroczyć i mam lustro, które każe mi się zastanowić, kiedy nie widzę żadnego progresu. Obserwuję swój organizm i staram się reagować, kiedy zaczynam się źle czuć. Przede wszystkim stawiam na umiar. Jem nie za duże porcje, ale za to piję mnóstwo wody. Moją siłą napędową jest obraz mojej sylwetki o jakiej marzę i efekty... które zaczęłam dostrzegać już po dwóch tygodniach! Szczególnym momentem był dla mnie weekend w hotelu, gdzie F. na 43 piętrze z basenem, zrobił mi kilka zdjęć w stroju kąpielowym... Byłam w szoku, jak przez 3 tygodnie zarysowały mi się plecy, brzuch i jak ładne zrobiły się moje nogi. Obszar tyłka to wciąż zbyt duży obszar, by wypracować go w miesiąc. Zawsze będę mieć tyłek ala J.Lo i z racji jego wielkości, trochę mi zejdzie, żeby go delikatnie podnieść i ujędrnić. Ale i tak go kocham i uważam, że można się z takim tyłem czuć naprawdę wyjątkowo. Co więc takiego Mamalka jadła, że tak sobie ciałko ulepszyła? A no nic takiego... ale najważniejsze, że smakuje... i działa!

 

ŚNIADANIE

 

Naleśniki z mąki ryżowej ( przepis na 5 naleśników)

 

 

-  100 gramów mąki ryżowej

- 2 jajka

- 250 ml mleka ( ryżowe lub krowie, ja używam krowie)

- twarożek naturalny grani

- mały banan

 

Mąkę przesiewamy i dodajemy szczyptę soli. Obecnie używam mąki ryżowej beglutenowej z firmy Balviten - dorwałam w auchan. Wcześniej używałam nieco innej, również ryżowej i naleśniki były zupełnie inne, nie były tak miękkie jak teraz. Teraz są zdecydowanie lepsze i zbliżone smakiem oraz konsystencją do naleśników z mąki pszennej. Do przesianej mąki dodajemy jajka i mleko i mieszamy ( ja miksuję). Patelnię rozgrzewamy, możecie smażyć na kapce normalnego oleju, lub dodać kroplę do masy na naleśniki. Z podanych proporcji wychodzi pięć naleśników. Ja na śniadanie zawsze robię sobie dwa, ale z wkładem z twarożku i banana, szczerze mówiąc, jeden zapycha mnie totalnie i zazwyczaj drugi wcina Pola. Masa do naleśników to nic innego jak zwykły, naturalny twarożek grani, zmieszany z pociętym w kawałeczki bananem. Banan robi tutaj całą robotę jeśli chodzi o cukier, nie potrzeba ani dosładzać cukrem twarożku, ani naleśników. Można delikatnie posypać wiórkami kokosowymi. Niebo w gębie !!!

 

II ŚNIADANIE

 

Shake białkowy FIT COCO lub FIT VANILA 

- 250 ml mleka

- 4 miarki białka

 

 

Takim koktajlem, zastępują sobie jeden, czasem dwa posiłki dziennie. Shake tego typu zastępuje nam pełnowartościowy posiłek. Nie jestem po tym głodna przez jakieś 2 do 2,5 godzin. Smak i zapach są obłędne. Osobiście nie traktuję tego napoju jako jakiegoś przymusu, a wręcz przeciwnie - nie mogę się zawsze doczekać momentu, w którym mogę go wypić. Uważam jednak, że jak ze wszystkim jest to kwestia smaku. Nie gwarantuję, że posmakuje to każdemu, ale póki co wszystkie moje czytelniczki i znajomi, którzy skusili się na zakup któregoś ze smaków fit shake - wszyscy są jednego zdania: SZTOS. Zarówno pod względem smaku jak i efektów.

 

OBIAD

 

Kasza orkiszowa z brokułem, kurczakiem i fetą

- ok. 120 gramów piersi z kurczaka

- pół woreczka kaszy orkiszowej

- pół małego brokuła

- opcjonalnie dodatki: feta lub sezam lub słonecznik ( lub jeszcze coś innego ;) )

 

 

Kaszę ( taką jaką lubicie najbardziej) gotujemy wg instrukcji na opakowaniu. Brokuł parzymy w lekko osolonej, gorącej wodzie. Kurczaka kroimy na małe kawałki bądź podłużne paski, przyprawiamy wedle uznania i wrzucamy na rozgrzaną patelnię grillową. Wszystko razem mieszamy ze sobą, dodajemy przeciśnięte przez praskę dwa małe ząbki czosnku. Można posypać fetą, można posypać sezamem, nasionami słonecznika - wybierzcie to co lubicie !

 

PODWIECZOREK

 

Koktajl warzywno-owocowy

- pół banana

- 1 małe jabłko

- garść jarmużu

- 1 łyżeczka siemienia lnianego

 

 

Jabłko i banana kroimy na nie za duże kawałki. Jarmuż opłukujemy. Wszystko razem wrzucamy do blendera, dodajemy łyżeczkę siemienia, wlewamy odrobinkę wody i... miksujemy! GOTOWE! Jak ja kocham takie smaczne, zdrowe banały! Gdyby ktoś mi kiedyś powiedział, że kiedykolwiek w życiu wypiję jakiś zielony koktajl - nie uwierzyłabym. Sporo osób, kiedy pokazuję na InstaStories swoje koktajle, pisze do mnie - i to naprawdę smakuje?! Ależ no naprawdę! Co prawda na smak wpływa wiele czynników - kiedy dodamy zbyt dużo jarmuży, koktajl może już nie być tak słodziutki. Trzeba dopasować proporcje pod siebie, ale dla mnie te podane powyżej, są IDEALNE.

 

KOLACJA

 

Warzywny mix

- ok. 6 pomidorków koktajlowych

- 1 pasek fety

- 1/4 ogórka zielonego

- garść roszponki

- odrobina nasion słonecznika

- łyżeczka jogurtu naturalnego

 

 

Pomidorki kroimy na połówki, fetę i ogórka na drobne kwadraciki. Roszponkę opłukujemy. Całość mieszamy ze sobą i posypujemy ( lub nie) nasionami słonecznika. Można je delikatnie podprażyć na patelni. Całość możemy wymieszać z łyżeczką jogurtu naturalnego  - ja zazwyczaj tak robię, choć na zdjęciu jest wersja bez jogurtu ( ładniej wygląda).

I JAK?!

 

Banał prawda? Banał, który naprawdę genialnie mi służy i się sprawdza. Widzę to w lustrze i czuję to na co dzień. Naleśniki są dla mnie obłędne i idealnie sycą na początek dnia. Sałatka to zakończenie, które pozwala czuć się lekko i pozwala uniknąć przejedzenia przed snem. Czy jest coś jeszcze co uwzględniam w swoim jadłospisie? Tak. Moje wspomagacze, głównie fit caps i diet caps od Natural Mojo. Fit Capsy w ilości sztuk 1 biorę po każdym z trzech posiłków ( rano, południe, wieczór)  - w dzień bez treningu. W dzień kiedy trenuję, biorę jednorazowo trzy kapsułki po posiłku, na godzinę przed treningiem. Kapsułki te zawierają składniki takie jak chilli czy zielona herbata. Dzięki takiemu składowi, przyspieszamy spalanie naszej tkanki tłuszczowej. Diet Capsy to kapsułki, które spożywa się w ilości sztuk 2, na ok. pół godziny przed posiłkiem. Zmniejszają one łaknienie, dzięki czemu najprawdopodobniej zjemy mniej. Na cały asortyment od Natural Mojo, wciąż

macie zniżkę 25 % na hasło MAMALA25.

 

 

Prócz tego... nie stosuję raczej nic specjalnego. Stawiam na zdrowy rozsądek i postępuję wg kilku prostych wytycznych:

  • jedz z umiarem
  • dużo się ruszaj
  • jeszcze więcej się śmiej

Postanowiłam nigdy więcej nie robić ze zdrowego stylu życia jakiegoś nieziemskiego wyzwania, a stworzyć z tego coś naturalnego, coś co nie kojarzy się z wyrzeczeniami, z bólem, ze smutkiem. Jest mi teraz lżej i jakoś tak... fajniej. Co do moich prostych przepisów i łatwo dostępnych produktów - jest mi to na rękę, ale kusi mnie czasem, by poszaleć, zrobić jakieś brownie z fasoli, jakąś zdrową pizzę. Ale... myślę, że pokuszę się i o takie jadłospisy, jak wreszcie będę już na swoim! Kto wie ;)

Na koniec chciałam Wam jeszcze uświadomić, że robiąc na przykład naleśniki, możecie śmiało wrzucić ich zdjęcie na instagram i mnie na nim oznaczyć - w Nowym Roku opowiem Wam o moim autorskim projekcie, w którym takie Wasze działania, będą miały szansę zostać zauważone i docenione :* Jeśli kiedykolwiek kupicie coś z mojego polecenia, ugotujecie coś, skorzystacie z czegoś, właśnie dzięki mnie i podzielicie się tym w social mediach - oznaczcie mnie! Będzie mi niezmiernie miło :* Tymczasem... smacznego!

 

 

 

 

 

 

Jest jedna taka rzecz, która w żywieniu odgrywa znaczną rolę. Ci, którzy mnie znają, wcale się nie zdziwią, czytając ten wpis. Trąbie o tym na prawo i lewo, kształtuję ludzką świadomość i upominam na każdym kroku. Ludzie! Zacznijcie pić wodę! Litrami!

Będąc jeszcze w liceum, nie piłam wody praktycznie wcale. Piłam soki. Litrami. Wszystko zmieniło się w momencie zajścia w ciąże, a już na pewno kiedy Pola pojawiła się na świecie. To wtedy zaczęłam zgłębiać tajniki zdrowego żywienia i bardziej zwracać uwagę na to co jem i piję. Stopniowo zaczęłam przekonywać się do wody, najpierw nastawiając budziki ( żeby nie zapomnieć), potem w nawyk zaczęło mi wchodzić kupowanie butelek z wodą przy każdym wyjściu z domu.  Ot tak, żeby zawsze mieć wodę w torebce. Kilka lat budowałam ten nawyk, aż nareszcie z ręką na sercu mogę powiedzieć, że od około roku, jest to dla mnie normalna rzecz, bez której nie wyobrażam sobie życia. Soki czy napoje gazowane mogą stać w lodówce ( dzięki F... ), a ja po nie nie sięgnę. Za to po wodę... piję ją NON STOP. Staram się nie dopuszczać nawet do uczucia pragnienia, do minimalnego odwodnienia. Woda to po prostu coś, bez czego organizm nie jest w stanie normalnie funkcjonować. I każdy, dosłownie KAŻDY powinien to sobie w końcu uświadomić.

Niestety, wciąż, na każdym kroku widzę, jak wielu ludzi, totalnie nie pamięta o piciu wody i jeszcze w dodatku nic sobie z tego nie robi. Wiecie... ja lubię pomagać ludziom i nie widzę nic złego w zwróceniu im uwagi, w zbudowaniu ich świadomości. Nie rozumiem jednak, kiedy takie coś spotyka się z reakcją dorosłego człowieka, który mówi mi: oj tam, przesadzasz. To wygląda mniej więcej tak, jakby dorosły człowiek, który sporo już przeżył i zaliczył kilka szkół po drodze - wciąż do tej pory nie dowiedział się, że bez wody... nie da się żyć. Szkoda, że tak wiele osób o piciu wody, przypomina sobie dopiero wieczorem.

Jeśli chodzi o mnie, nie pamiętam kiedy ostatni raz kupiłam wodę butelkowaną do domu. Odkąd na świecie są urządzenia filtrujące, a u siebie w Warszawie mam przepyszną kranówkę - nie kupuję wody do domu. Nawet na wyjścia staram się brać wodę z kranu w swój bidon, ale najczęściej jest to zbyt mała ilość, więc wtedy kupuję jakąś zdrową wodę, w małej butelce. Na co dzień jednak piję kranówkę i nie widzę potrzeby, by to zmieniać. W przekonaniu, że robię dobrze, utwierdziło mnie uczestnictwo w warsztatach kulinarnych Grohe, na których zaprezentowano nam innowacyjny produkt - baterię Grohe Blue Home, która jest prywatnym źródłem wody. Wszystko kryje się w jednostce chłodzącej, której rozmiary pozwalają na ukrycie jej w kuchennej szafce pod zlewem. Sprzęt ten pobiera wodę, filtruje, chłodzi i jeśli chcemy- nasyca bąbelkami. Sprzęt ten współdziała z baterią GROHE Blue Home, która posiada przyciski dzięki którym wybierzemy czy chcemy otrzymać wodę gazowaną, niegazowaną czy lekko gazowaną. Możemy też przygotować wodę z dodatkową zawartością magnezu. To zdecydowanie innowacyjne rozwiązanie, dzięki któremu nie tylko zaoszczędzimy, ale też zadbamy o środowisko i o swoje zdrowie.  Grohe duży nacisk kładzie na dbanie o środowisko i szczególną uwagę zwraca na minusy wody butelkowanej - jednym z nich jest fakt, że do wyprodukowania litrowej butelki potrzeba 7 litrów wody. To naprawdę smutna rzeczywistość...

Na Warsztatach pod hasłem Zero Waste poruszyliśmy również tematy nie marnowania żywności. Pod okiem Grzegorza Łapanowskiego przyrządziliśmy kilka wspaniałych potraw, które z wielką ochotą spróbowaliśmy - tuż po zrobieniu setki zdjęć telefonami ;) Ale bloger jak matka - zawsze je zimne!

Ale wracając do tematu wody - jak się do niej przekonać? Możemy to zrobić na kilka sposobów. Przede wszystkim, musi nam to wejść w nawyk. Na początku zacznijmy od ustawiania sobie budzików i zawsze wtedy wypijmy szklankę wody. Do wszystkiego można się przyzwyczaić, ja nie rozumiałam kiedyś jak można lubić smak wody, a teraz nie potrzebuję do niej żadnych dodatków. Kolejną pomocną rzeczą są tabelki, w których odhaczacie szklanki wody wypite w ciągu dnia. Jest ich mnóstwo do pobrania w sieci. Jeśli jednak smak wody jest czymś czego nie możecie znieść - mam dla Was kilka patentów od Grohe, które urozmaicą ten jakże niesmaczny dla niektórych płyn. Oto one:

 

ENERGY DRINK

1/4 ananasa

3 łodyżki melisy

2 łyżeczki soku z cytryny

1 pomarańcza

 

Ananas musimy obrać, wyjąć twardy środek, a owoc pokroić. Pomarańczę dzielimy na dwie części - z jednej połowy wyciskamy sok, drugą kroimy w plasterki. Sok wraz z plasterkami i ananasem wrzucamy do butelki/karafki. Dorzucamy opłukaną melisę i dodajemy dwie łyżeczki soku z cytryny. Dolewamy ok 1 l wody i wsadzamy napój do lodówki na pół godziny.

 

ORZEŹWIAJĄCA, CZYSTA PRZYJEMNOŚĆ

1/2 ogórka

2 łodyżki bazylii

2 plasterki cytryny

 

Ogórek opłukujemy, obieramy i kroimy w cienki słupki. Cytrynę myjemy i kroimy sobie dwa plasterki. Opłukaną bazylię, cytrynę i słupki ogórka wsadzamy do karafki, napełniamy wodą i wsadzamy do lodówki.

 

AROMATYCZNY NAPÓJ

1 jałbko

1 łyżeczka nasion fenkułu

2 łodyżki mięty

 

Umyte jabłko kroimy na pół. Usuwamy gniazdo nasienne i cienko kroimy obie połówki. Do karafki wrzucamy łyżeczkę nasion fenkułu, opłukaną miętę i plasterki jabłka. Zalewamy wodą i odstawiamy na 30 minut.

 

To tylko trzy propozycje, ale tak naprawdę do wody możecie dorzucić absolutnie wszystko, co Wam smakuje. Truskawki, borówki, maliny, miętę, pomarańczę - jeśli ma Wam to ułatwić jej picie, kombinujcie. Pamiętajcie, że woda odgrywa znaczną rolę w żywieniu. Woda usuwa toksyny z naszego organizmu, pozwala nam odpowiednio trawić pożywienie, wpływa na termoregulację organizmu. Mogłabym wymieniać bez końca. Człowiek dziennie powinien pić od 2,5 do 3 litrów wody. Ile Ty pijesz? No właśnie... mało kto wie, że odwodnienie 2 czy 3 % masy ciała już wpływa na obniżenie naszej sprawności fizycznej. To dlatego tak wiele osób narzeka na to, że nie ma sił i że szybko się męczy. Przy 5 % dochodzi już do poważniejszych zaburzeń: kręci nam się w głowie, jesteśmy osłabieni. Ma to również wpływ na naszą psychikę, o czym mówi się niewiele. To co bardzo ważne - istnieje pewne minimum, które powinniśmy dostarczać absolutnie bez żadnego ale, by uniknąć zmian patologicznych. Jest to mniej więcej litr wody na dzień. A niektórzy nie piją nawet tyle - nic dziwnego, że jesteśmy tak osłabieni i pozbawieni życia. Pamiętajmy, że woda znajduje się również w produktach, którymi możemy wzbogacać swoją dietę, np. owoce, warzywa kapustne czy okopowe - to są produkty zawierająca najwięcej wody. Pozostałe typu pieczywo, kasze itp, zawierają już tylko śladowe ilości.

Podsumowując: bez wody nie da się normalnie funkcjonować i powinien to sobie uświadomić każdy człowiek. Nie chodzi tutaj o pstryczka w nos i pokazanie jak to teraz jestem mądra, bo piję tyle wody - chodzi o budowanie świadomości, o edukowanie w tym temacie i zwracanie uwagi każdemu jak leci - pamiętajcie nie tylko o sobie, ale i o innych. Upominajcie nie po to, by wytknąć komuś błąd, ale po to by o niego zadbać.

Na koniec mam dla Was jeszcze małą porcję zdjęć z warsztatów  pod hasłem Zero Waste. Było ciekawie, inspirująco i smacznie. Oby więcej takich spotkań, które niosą ze sobą tak ogromną wartość!

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 



Udało się! Nareszcie udało mi się zrobić takie fit danie, że mojemu F. szczęka opadła do samej ziemi, a na talerzu nie został nawet okruszek! A przecież danie było zdrowe... powinien się przestraszyć! Domowy fit burger podbił serca moich domowników i na stałe wejdzie do naszego jadłospisu. Serce rośnie!

Pierwszy raz, zrobienia burgerów podjęłam się kiedy mieszkaliśmy jeszcze na Bemowie. Zrobiłam wtedy je dość "prosto", bo skład był bardzo pospolity: sałata, ogórek, pomidor, kawałek mięcha. Tym razem trochę podniosłam sobie poprzeczkę, ale tylko TROCHĘ. Wiecie, że u mnei to musi być prosto, tanio i w miarę szybko. W kuchni jestem amatorem, ale przecież żeby coś smakowało, trzeba mieć choć ciut umiejętności - i myślę, że to ciut wystarczyło, bym stworzyła coś prostego, a... nieziemsko dobrego! Bo jeśli facet, który gotuje w domu niemalże każdego dnia i jest w tym po prostu mistrzem - chwali Cię i mówi, że to co zrobiłaś, było smaczne, pycha i w ogóle och i ach - to wiedz, że włożyłaś w to naprawdę kawał swojego serducha i nie mogło po prostu wyjść inaczej. Ale dobra. Bo ja tu pitu pitu jak zawsze, a Wam pewnie język do tyłka ucieka i czekacie na te nieziemskie przepisy... no to jedziemy.

Burgery zrobiłam na dwa sposoby. Jeden był totalnym eksperymentem, bo zmieszałam różne smaki, których nie łączyłam nigdy wcześniej. To był oczywiście... mój burger. Burger mojego F. był z kolei dość klasyczny, ale nadal z zachowaniem wszystkim norm, by pozostał FIT. Wstrzeliłam się w gusta swoje i jego I D E A L N I E. Najpierw zdradzę Wam patent na burger nr 1 czyli mój.

 

ZIELONY DOMOWY FIT BURGER

 

 

Składniki: 

  • ok. 80 gramów piersi z kurczaka ( ino bez GIE EM O! )
  • mała garść jarmużu
  • 1/4 szklanki groszku
  • 3/4 plastry cukinii
  • kiełki brokułu
  • bułka z pestkami dyni ( ino bez mąki pszennej! )
  • przyprawy: sól himalajska, sól morska, pieprz, majeranek, curry
  • oliwa z oliwek
  • olej kokosowy
  • jogurt naturalny
  • koperek
  • 1 ząbek czosnku
  • szalotka

Na początku przygotowujemy sobie pastę z groszku. Polega to na niczym innym jak jego zmiksowaniu. Mój wyszedł trochę rzadki, ale właściwie nie na tyle, by wyciekał z burgera. Jednak w domyśle, miało to mieć konsystencję typowej pasty do smarowania. Rozgrzewamy piekarnik, w którym przez kilka minut będziemy robić chipsy z jarmużu. Musimy skropić jarmuż oliwą i posypać solidnie solą morską lub przyprawami wedle uznania, np. różnorakie zioła. Ja rozgrzałam piekarnik do ok. 100 stopni i ... zawsze piekę wszystko na oko. Pilnowałam, żeby się nie spaliły i patrzyłam czy są chrupkie. Mięso - mięso rozbiłam i przyprawiłam solą himalajską, pieprzem i curry. Wrzuciłam na patelnię grillową, na której było ciut ciut oleju kokosowego. Kilka plastrów cukinii również skropiłam lekko oliwą i przyprawiłam solą, pieprzem i majerankiem. Jeśli chodzi o sól, używam jej naprawdę w mega śladowych ilościach. Bułkę możecie podpiec w piekarniku lub na patelni grillowej - jeśli wybieracie opcję drugą, pamiętajcie, żeby odbywało się to bez tłuszczu, bo bułka Wam nasiąknie. Musicie zrobić to na sam koniec! Ja osobiście podpiekłam bułkę na patelni grillowej, a później wrzuciłam na chwilę do piekarnika. Sos robimy wedle uznania - ja zmieszałam jogurt naturalny z posiekanym koperkiem, dodałam trochę soli, pieprzu, cukru trzcinowego i jeden ząbek czosnku.

 

Następnie, krok po kroku to co robimy:

 

  1. Smarujemy dół bułki pastą z groszku
  2. Kładziemy chipsy z jarmużu
  3. Kładziemy mięso
  4. Smarujemy sosem koperkowym
  5. Kładziemy plastry cukinii
  6. Kładziemy odrobinę szalotki
  7. Lekko skrapiamy sosem
  8. Kładziemy kiełki
  9. Kładziemy górną część bułki

Poniżej na zdjęciach, macie wszystko po kolei :)

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Mój burger wyszedł... obłędnie! Idealne połączenie smaków, aromat groszku, chrupiący jarmuż i soczyste mięso. No i moja ukochana cukinia... nie mogło wyjść inaczej!

DOMOWY FIT BURGER PO MĘSKU

 

 

Składniki:

  • 125 gramów piersi z kurczaka ( powtarzam, bez GIE EM O, najlepiej kurczak zagrodowy, albo inne sprawdzone źródło)
  • garść rukoli
  • kilka mini pieczarek ( ok. 6 sztuk )
  • ogórek małosolny ( mega chrupiący )
  • kiełki brokułu
  • koperek
  • jogurt naturalny
  • przyprawy: sól himalajska, pieprz, majeranek
  • bułka z dynią
  • szalotka
  • 1 ząbek czosnku

I tak jak poprzednio. Robimy sos wedle uznania, u mnie tak samo jak w powyższej opcji. Myjemy rukolę. Mięso z kurczaka... zmieliłam! Nie mam maszynki do mielenia, po prostu pocięłam mięso na mniejsze kawałki i zmiksowałam w swoim sprzęcie do ... koktajli :D Zmielone mięso wymieszałam z solą, pieprzem i majerankiem i uformowałam "placek" do burgera. Pieczarki przyprawiłam tak samo jak mięso i wrzuciłam na patelnie grillową ( na olej kokosowy). Ogórek małosolny pokroiłam na 3 grubsze plastry. Na koniec podpiekłam bułkę ( chwilę na grillowej, chwilę w piekarniku).

KROK PO KROKU:

  1. Dół bułki smarujemy sosem
  2. Kładziemy rukolę
  3. Kładziemy mięso
  4. Nakładamy pieczarki
  5. Nakładamy plastry ogórka
  6. Dodajemy cebulę i kiełki
  7. Przykrywamy burger górą bułki, również posmarowaną sosem

 

I poniżej zdjęcia pokazujące powyższy schemat:

 

 

 

 

 

 

 

 

 

I jak ? Podoba Wam się efekt? Burgery tylko wyglądają na bombę kaloryczną, ale tak naprawdę wypchane są ... warzywami! Co przecież widać. Domowy fit burger tego typu, nie dosyć, że jest posiłkiem w pełni wartościowym, dostarczającym nam to co najlepsze - to jeszcze w dodatku obłędnie smakuje! Podsumowując, burgery i ich skład były moim "wymysłem" i uznaję to za mój autorski przepis. Amatorka, bo amatorka, ale nie jest to też z drugiej strony ryż z kurczakiem. Jakie są moje spostrzeżenia? F. twierdzi, że w swoim burgerze nic by nie zmienił. Nie wspomniał nawet słowem o serze, którego sądziłam - będzie mu brakowało. Co do mojego zielonego burgera - nieco pokombinowałabym ze smakiem jarmużu, to był mój debiut. Myślę, że następnym razem dodam mu nieco więcej ziołowego i pieprznego aromatu. Całość - dla mnie wyszła bombowo. Lubię rzeczy, które smakują zdrowo i biją na łeb, swoje fast-foodowe odpowiedniki. Może nie przygotujemy tego w pięć minut, ale jeśli ma to być pomysł na przykład na romantyczną kolację... to chyba warto postać w kuchni ciut dłużej.

Ja jestem wniebowzięta, że wszystko wyszło tak smacznie i że mój F. spałaszował to ze smakiem. Jeśli Twój mężczyzna drży na myśl o zdrowych posiłkach - zrób mu burgera po męsku. Śmiem twierdzić, że to go przekona.

Tymczasem życzę Wam smacznego. Jeśli macie chęć odtworzyć mój przepis i podzielić się nim w mediach społecznościowych - pamiętaj, by oznaczyć mnie na zdjęciu - sprawi mi to ogromną radość! Tymczasem... zainspirujcie się i stwórzcie swój burger idealny. Czekam na Wasze propozycje innych składników i kombinacji. Pokaż mi swój idealny domowy fit burger!

 

 

 

domowy fit burger

 

@alicjawegnerpl

Zajrzyj na mój Instagram i sprawdź, jak żyję, manifestuję oraz działam.
cartcrossmenuchevron-down linkedin facebook pinterest youtube rss twitter instagram facebook-blank rss-blank linkedin-blank pinterest youtube twitter instagram