Jakiś czas temu podjęłam współpracę z kliniką La Perla w Warszawie. To już trzecia klinika w Warszawie, z której usług zaczęłam korzystać. W poprzednich klinikach korzystałam z ukochanej enermologii, na którą mogłabym chodzić non stop, gdybym tylko miała czas i pieniądze. Korzystałam też z mikrodermabrazji, karboksyterapii i zabiegów Vela Shape. Wszystko jak dla mnie na plus. Może dlatego, że zwyczajnie lubię takie rzeczy. Dają mi one jakieś poczucie, że robię coś dla siebie, że się o siebie troszczę. Wizyty w takich klinikach to zawsze najlepszy patent na odprężenie i poczucie się "jakby luksusowo" cytując polski film ;)
W Klinice La Perla, chciałam doświadczyć czegoś innego. Wypróbować to, co cenią sobie inni. Dlatego moim pierwszym pytaniem do dziewczyn z La Perla było pytanie, na co teraz jest największy szał - no i w odpowiedzi usłyszałam: Indiba! A że ja ufam innym i zawsze zdaję się na ludzi pracujących w zawodzie, to powiedziałam: no czemu nie...
Indiba to zabieg, który szybko i trwale ujędrnia skórę. Poprawia owal twarzy, redukuje zmarszczki. Indibę możemy stosować na całe ciało czyli np. podnieść sobie pośladki, zredukować cellulit czy rozstępy. Indiba jest też świetna w pracy nad świeżymi bliznami, w walce z trądzikiem czy w stanach zapalnych skóry.
Zabieg nie jest inwazyjny i bolesny. Działa w sposób zgodny z naszą fizjologią, a mianowicie stymuluje nasze tkanki do odbudowy na poziomie komórkowym. Indiba działa dzięki technologii Deep Care czyli wykorzystywaniu fal radiowych. To one własnie stymulują potencjał elektryczny tkanek.
Przed zabiegiem za plecy wkłada się taką podgrzaną, dużą "płytkę", na której leżymy przez cały zabieg. Twarz najpierw myje się żelem do mycia twarzy, a następnie smaruje się kremem. Dzięki temu głowica sprzętu lepiej przemieszcza się po twarzy i lepiej przewodzi radiofrekwencję. Podczas ruchów głowicy, czuć na twarzy delikatne ciepło ( coraz większe) ale jest to uczucie meeega przyjemne i odprężające. No i łatwo zasnąć ;) Indiba świetnie niweluje zmarszczki wokół oka i ujędrnia te delikatne okolice. Działa też na opadającą powiekę. Na oku działa się w ten sposób, że osoba wykonująca zabieg, kładzie sobie odrobinę kremu na swoją rekę i do swojej ręki przykłada głowicę - a oko masuje się tylko PALCEM, który przewodzi ciepło - niesamowite! Gałki ocznej nie można przegrzewać, a w ten sposób uzyskuje się odpowiednią temperaturę.
Po zrobieniu jednej połówki twarzy, przerwałyśmy na chwilę zabieg, żeby zrobić małe porównanie. I to było genialne. Połowa twarzy, która była po zabiegu była w dotyku znacznie jędrniejsza i sprężysta niż ta, na której jeszcze nie działałyśmy. Natomiast po całym zabiegu, cała buźka była już ujędrniona, kości żuchwy, kości policzkowe bardziej uwydatnione. Jak na JEDEN zabieg, efekt jest naprawdę świetny. I to nie tylko moja opinia, ale po moim InstaStories, dziewczyny pisały, że rzeczywiście buzia wygląda inaczej i ma taki ładniejszy "kontur" :)
W Indibie fajne jest to, że jest ona dla każdego. Zazwyczaj w takich zabiegach, są różne przeciwwskazania i sporo osób np. z nowotworami czy nawet z chorobami autoimmunologicznymi jak moja, należy do grona "wykluczonych" i na zabieg się po prostu nie kwalifikuje. Tutaj czegoś takiego nie ma. Indiba jest dla każdego.
Jak dla mnie - mocne 8/10. Czemu nie 10? Po pierwsze cena, po drugie... no mnie trzeba mocno zaskoczyć i nie wiem czy cokolwiek zasłuży kiedyś na 10 - ale może się niebawem przekonam. Do Kliniki La Perla mam w planach zawitać jeszcze kilka razy. Nie wiem szczerze mówiąc na co się zdecyduję. Na pewno chciałabym wypróbować coś nowego i móc Wam to pokazać. Myślę o jakimś ciut bardziej inwazyjnym zabiegu na twarz celem zmniejszenia porów, ale ... to się jeszcze okaże :) Póki co, zapisuję się na konsultację i mam nadzieję, że kolejne zabiegi będą równie efektowne co ten, który Wam dzisiaj pokazałam. Dziękuję Klinice La Perla, a zwłaszcza osobom pracującym w punkcie przy ulicy Wilczej - jesteście cudowne dziewczyny! :)
Nie każdy go ma, dlatego nie każdy może sobie pozwolić na pobudki o 5 rano, żeby spędzić z samym sobą godzinę czy dwie. I przecież nie ma jednakowej recepty na cokolwiek dla wszystkich ludzi na świecie. Staram się na tym blogu, pokazywać Wam SWOJE własne metody, które możecie przefiltrować dowolnie przez swoje potrzeby i coś dobrego z nich wyciągnąć :)
Od długiego już czasu staram się praktykować wstawanie o 5 rano. Z różnym skutkiem, wiadomo. Nie wychodzi mi to na wyjazdach, nie wychodzi mi to kiedy mam chore dziecko w domu. A czasem nie chcę, żeby mi to wychodziło, bo nie jestem robotem i jak mam ochotę to pośpię sobie i do 9 ( zdarza mi się to tylko u rodziców, no ale... jednak się zdarza).
Po raz pierwszy odkryłam magiczne działanie wczesnego wstawania, kiedy byłam na diecie bezpszenicznej, o której pisałam we wpisie - Tydzień z dietą bez pszenicy - 2 kilogramy w dół i energia nie z tej ziemi ... . To było dwa lata temu. Wstawałam wtedy o 6 rano, co jak na mnie było wyczynem godnym podziwu. Wtedy nie afirmowałam, nie praktykowałam jogi i medytacji ( wow, teraz widzę, ile zmian zaprowadziłam w życiu przez ostatnie 2 lata !!! ) ; nie skupiałam się aż tak na tych wszystkich rzeczach, na których skupiam się teraz. Ale doświadczyłam wtedy, jak działa na mnie zdrowe jedzenie i wczesne pobudki. Sprzątałam, ogarniałam mieszkanie i siebie, szykowałam Polci rzeczy, a potem do wieczora intensywnie pracowałam.
W tym roku, zaczęłam praktykować pobudki o 5 rano i fakt - było to łatwiejsze latem, niż teraz, ale... i teraz jest to do zrobienia. Co takiego robię dla siebie, że potem bez problemu funkcjonuję cały dzień? Robię rzeczy, dzięki którym zaczynam dzień z czystą i spokojną głową, ale także naładowanym pozytywnie ciałem. A więc co takiego ta Mamala czaruje jak jej córa przewraca się dopiero na drugi boczek, hmm? :)
Stopniowo pozbywam się wszystkich sprzętów elektronicznych z sypialni. Telefon wynoszę na noc do salonu z dwóch powodów: brak promieniowania w nocy tuż obok głowy, albo nawet trochę dalej, ale wciąż w tym samym pomieszczeniu. Druga sprawa to taka, że jak już muszę wstać i iść do tego salonu, żeby ten budzik wyłączyć... to jakoś większe prawdopodobieństwo, że już nie wrócę do łóżka. Budzik dzwoniący tuż obok ucha, był zawsze na nieświadomce wyłączany.
Trwa to zaledwie 2/3 minuty i polega na wykonywaniu ruchów jedynie rękoma. Taka technika ma na celu oczyszczenie naszego pola energetycznego z zanieczyszczeń, negatywnych odczuć i negatywnej energii.
Pierwszą rzeczą jest czas na duchowość. Moje ulubione modlitwy obecnie to Poranna Modlitwa Oddania z książki Agnieszki Maciąg, pt: Rozmaryn i Róże ; Modlitwa zawierzenia się Bogu, którą mam przyczepioną do kratki na swoim biurku i tradycyjnie Ojcze Nasz. Do tego dochodzi moja ulubiona forma kontaktu z Bogiem, czyli po prostu rozmowa z nim. Zwierzenie się, podziękowanie, prośby, podzielenie się wątpliwościami. Do tego dokładam swoje dwie ulubione medytacje: jedna dotycząca zabezpieczeń mentalnych, w której mówię o tym, że wybaczam sobie i innym, proszę o wrócenie mi mojej energii życiowej itp. Druga to medytacja wdzięczności, której autorem jest Mistrz ReiKi Walter Lubeck. EDIT: obecnie obowiązkowym punktem jest po prostu medytacja. Siadam, zamykam oczy i oddycham. O tym czym jest medytacja i jak zacząć, pisałam w artykule - Jak zacząć medytować?
Potem jest czas na afirmacje. Zazwyczaj wybieram sobie dwie afirmacje, które pasują mi do danego dnia i nastroju i każdą jedną czytam i powtarzam przez ok. 5 minut. O tym czym są afirmacje i jak je stosować pisałam we wpisie: Afirmacje - czym są i jak je stosować?
Obecnie mam w swoim biurze taką fajną kratkę na ścianę i przyczepiam sobie na niej swoje modlitwy i afirmacje, żeby mieć je ciągle na widoku. Super patent, bo im częściej spoglądamy na jakieś hasła, tym mocniej przenikają one do naszej podświadomości :)
Czasem spisuję ją tuż po przebudzeniu, przed jakąkolwiek inną aktywnością. Czasem dopiero po seansie "duchowości". Spisuję sobie na niej najważniejsze punkty jakie mam do zrealizowania danego dnia. Więcej o tworzeniu listy TO DO pisałam we wpisie: Dobra organizacja = lepsza jakość życia.
Zazwyczaj wybieram krótką, 12 minutową sesję jogi Gosi Mostowskiej, czyli: Powitanie słońca - energetyczna joga na dobry poranek. Ćwiczę tylko i wyłącznie z Gosią. Cenię sobie jej profesjonalizm, wiedzę ale najbardziej niesamowite ciepło, które od niej bije. Jestem niesamowicie szczęśliwa, że to właśnie Gosia przeprowadzi warsztaty jogi na moich Warsztatach Relaksacyjnych Soul Camp.
Powyższe czynności zazwyczaj zajmują mi trochę ponad godzinę, czyli kończę je mniej więcej o 6:15. Wtedy mam jeszcze ok godziny z groszami na inne aktywności. Czasem jak czas mnie nagli, to zabieram się za sprzątanie, a czasem idę biegać. Robię wtedy około 5 kilometrów, żeby zdążyć wrócić na 7 i mieć jeszcze szansę się wykąpać i ogarnąć przed odprowadzeniem Poli do przedszkola. Patent z bieganiem jest o tyle dobry, że mam potem energię na cały dzień i nie muszę w trakcie pracy robić przerwy na trening. Jeśli więc idę biegać, to cały cenny czas dla siebie mam odhaczony na liście już o godzinie 7. Ale wiecie jak jest - jest coraz zimniej, o 6 rano jest ciemno jak w dupie - no nie zawsze chce się człowiekowi wyjść. Nie zawsze, ale jak już wyjdę i przebiegnę kilka metrów z dobrą nutą na słuchawkach, to samej sobie dziękuję za tak wielką odwagę :P
Jeśli nie bieganie i nie sprzątanie, to np. kąpiel + wizualizacja + relaksacyjna muzyka. O takim sposobie na łączenie przyjemnego z pożytecznym pisałam we wpisie: O sztuce łączenia przyjemnego z pożytecznym. Jeśli nie to - to dobra książka i nie jakieś pranie mózgu, nie żadne ciężkie, motywacyjne kloce ( które uwielbiam) ale coś lekkiego i przyjemnego jak książki Agnieszki Maciąg. A czasem to po prostu chcę się wyspać i wstaję o 6 i robię "tylko" tą ponadgodzinną sesję dla siebie, bez treningu, kąpieli, książek itp. I to już jest bardzo dużo i wystarczająco. Ale czasem jest mi mało :) W końcu czym jest godzina, a nawet czym są dwie godziny dla samej siebie, kiedy doba ma ich aż 24?
Jakie więc mam korzyści z tak wczesnego wstawania i wykorzystywania dwóch godzin na swoje ciało i umysł?
A to już niesie za sobą cały szereg pozytywnych rzeczy. Lepsze kontakty z ludźmi, piękniejszy odbiór otaczającego nas świata, lepsze efekty w pracy... ogólnie rzecz biorąc - lepsze życie.
To jest mój sposób i moja recepta. Na lepsze życie, lepszy nastrój, na szczęście. Każdy musi znaleźć na siebie sposób i szukać rozwiązań, które pomogą mu żyć lepiej i piękniej. Nie musisz od razu porywać się na 2 godziny czasu dla siebie i pobudki o 5. Możesz wstać chociaż pół godziny przed normalną porą pobudki i zrobić coś dla siebie - pomodlić się, posiedzieć w ciszy, wypić kawę czy herbatę i poczytać dobrą książkę - wybór należy do Ciebie. Czasem rydz jest lepszy niż nic, a w tym przypadku rydzem może być chociaż 15 minut. Sprawdzaj, testuj różne rozwiązania i w miarę możliwości ułóż sobie życie tak, żeby było chociaż ciut lepiej niż jest - jeśli oczywiście tego potrzebujesz i tego chcesz.
Pięknych poranków moi mili!
Nigdy nie lubiłam biegać. W ogóle nie lubiłam się ruszać. Świadomie za aktywność wzięłam się po ciąży, bo była to dla mnie odskocznia od matczynych obowiązków. Ale bieganie to była dla mnie zawsze najgorsza z możliwych katorg. Robiłam jeden, podstawowy błąd: biegłam przez kilometr jak dzik, do zrzygania. Po kilometrze wypluwałam płuca i klęłam jakie to bieganie jest beznadziejne i w ogóle najgorsze. Tym razem było inaczej. Drugie podejście do biegania zaliczyłam w piękny, słoneczny dzień. Biegłam z słuchawkami na uszach, podziwiałam wszystko co wkoło. Drzewa, błękitne niebo, startujące i lądujące samoloty. Inny świat. Najpierw trzy kilometry, później pięć ale z małymi przerwami. Wszystko wolnym tempem, bez patrzenia na czas. Biegłam, żeby się delektować, żeby się zachwycać i odpocząć. Wbrew pozorom nie mam idealnego życia i borykam się z jednym zajebiście trudnym problemem. Bieganie i podziwianie tego co w koło, zatapianie się w muzyce, okazało się moją terapią. Terapia najlepszą z możliwych.
Pewnego dnia mnie natchnęło - może pobiegnę z innymi ludźmi? Nie mam kondycji pozwalającej na maraton, ale jakaś piątka na start byłaby idealna. No i znalazłam. W ramach PZU Maratonu Warszawskiego, tego samego dnia organizowano również T-Mobile Bieg na Piątkę. Totalnie nie myślałam o za i przeciw. Stworzyłam konto na stronie, zapisałam się i opłaciłam od razu pakiet startowy. Kiedy na drugi dzień, na chłodno zdałam sobie sprawę z tego co zrobiłam, zesztywniałam ze strachu i oblał mnie zimny pot. Moja pieprzona reakcja na każde wyzwanie w życiu, na każde nawet najmniejsze wyjście ze strefy komfortu. Dobrze, że wszystko było już opłacone i zaklepane, bo klasycznie po dłuższym namyśle, po prostu bym sobie to wybiła z głowy.
Na dzień przed biegiem i rano już w dniu biegu, trzęsłam się ze strachu jak galareta. Bolał mnie brzuch z nerwów i było mi niedobrze. Nie chodziło o dystans 5 km. Chodziło o zrobienie czegoś innego. Wspólnie z innymi,obcymi ludźmi, a ja jednak zawsze aspołeczna. Chodziło o zrobienie tego wśród tych ludzi, ale jednak w POJEDYNKĘ, bez kompana, który pobiegłby ze mną. A ja nie umiem podejmować się nowych rzeczy sama. Jestem kozakiem jak mam kogoś obok, a sama jestem taką trochę ułomną jednostką, która podpiera ściany. Ale nie było odwrotu. Drogi były zablokowane, brak możliwości zaparkowania. Familia wyrzuciła mnie z auta dużo dalej i klasycznie zostałam ze swoim wyczynem sama. I na starcie i na mecie... Przed biegiem popłakałam się z nerwów w plastikowym "tojtoju". Ale ten płacz mnie oczyścił. Powiedziałam sobie: robisz to dla siebie. Tylko i wyłącznie dla siebie. Uśmiechnęłam się i czekałam na start. Ja pier...lę. Jak mi było ciężko. Nie wiedziałam jak szybko biegnę, ale miałam wrażenie, że chyba za szybko, bo męczyłam się okrutnie. Po 3 kilometrach czułam, że totalnie wszyscy mnie wyprzedzają, ale biegłam. Było pięknie, świeciło słońce, było mi nawet trochę za gorąco. Przy 4 kilometrze myślałam, że umrę i powiedziałam sobie, że w dupę z tym, nigdy więcej. Ale na mecie mimo wszystko czułam zajebistą satysfakcję, uniosłam nawet ręce w górę, przekraczając magiczny napis META. Chciało mi się płakać ze wzruszenia, bo jak to... ja? Która całe życie nosiła karteczki ze zwolnieniem na WF? Ja, dla której jedyną aktywnością w liceum było przemieszczanie się od klubu do klubu i scrollowanie fejsa po nocach? Serio, ja?!
Okazało się, że mój czas wynosił 26 minut, a normalnie piątkę pokonywałam w około 34 minuty. To duża różnica. 291 miejsce na prawie 1500 kobiet i 1221 na prawie 4 tysiące osób. Dla mnie, świeżaka, to był wynik nie do pomyślenia. Na drugi dzień po biegu, dostałam PMS życia, gorączkę i takie grypowe objawy. Wyszedł mój stres, wyszło przeziębienie i wyszło zmęczenie materiału. Przez cały tydzień nie ruszyłam nawet palcem. Za to wczoraj przebiegłam pierwszą swoją w życiu dyszkę... 10 kilometrów.
Ten bieg na piątkę, był dla mnie czymś więcej niż tylko bieg. To było przełamanie swoich słabości i stawienie czoła strachowi, który jest mam wrażenie nieodłącznym towarzyszem mojego życia... Kiedy przebiegłam metę, miałam taką myśl, że teraz dam sobie już radę ze wszystkim. Naprawdę. Bo ja jestem człowiekiem niezwykle silnym i szczęśliwym, ale borykam się z trudnościami, które praktycznie codziennie próbują mnie emocjonalnie zabić. I to bieganie tak trochę mnie od tego ratuje. Czasem czuję, że jestem już na skraju, że za chwilę już nie wytrzymam i wtedy wbijam się w legginsy, zakładam adidasy, odpalam muzykę i biegnę. I czuję się totalnie oczyszczona, wolna. Biegnę i wiem, że kurde - wszystko będzie dobrze. Zawsze wracam z biegania z totalnie nowa energią, powerem i motywacją. Bo wiem, że nawet jak mi się wszystko spierdoli, to ja sobie z tym doskonale poradzę. Ja po prostu nie widzę innej opcji. Ze szczęściem mi do twarzy i nie zamierzam go sobie odebrać. Chyba nauczyłam się żyć szczęśliwie pomimo rzeczy, które są w moim życiu totalnym niewypałem...
i tak właśnie chcę żyć.

To dla mnie duże zaskoczenie a jednocześnie potwierdzenie tego, że idę w dobrym kierunku. Choć nadal nie wiem jak to możliwe, że JA, akurat JA mam was niby inspirować kulinarnie :P Toż to kilka lat temu byłoby dla mnie do pomyślenia. Wciąż czasem nie dowierzam, gdzie to moje blogowanie mnie zaprowadza - na przykład do kuchni haha! :D
Skoro już tak mocno siedzimy w temacie jedzonka, to chciałabym podzielić się dzisiaj z Wami tym co wsuwa moja Polcia. Generalnie nie mam jakiegoś fizia, że wszystko zawsze musi być w 100% zdrowe, eko, zero waste - ale zwracam na to uwagę. Kiedy kupuję rzeczy pakowane - patrzę na skład i nie kupię czegoś co ma milion substancji, których nawet nie znam. Oczywistą oczywistością jest, że jajka niespodzianki i lody nie podlegają pod zasadę czytania składu, bo to się po prostu je i to się kocha i nie można się to zniechęcać jakimkolwiek E, X czy XYZ - wiem, wiem, przeciwnicy cukru drżą teraz i dostają palpitacji, no ale cóż ja mogę na to poradzić. Jestem człowiekiem, który kocha jajka niespodzianki i lody ( i pizzę ) , a miłość trzeba przekazywać z pokolenia na pokolenia. To mój psi obowiązek :P
Ale tak już całkiem serio. Pola jest skłonna do jedzenia wielu rzeczy i różnych smaków, ale trzeba mieć do niej odpowiednie podejście i ją zachęcić. Nie wsuwa wszystkiego jak leci, ale próbuje, ocenia i dokonuje samodzielnie wyborów. W sklepie tłumaczę jej co jest zdrowe, co jest w miarę zdrowe, a co jest totalnie nie do przyjęcia i moja ręka tego nie tknie.
Często podpytujecie czym się ratujemy między głównymi posiłkami i co daję Polci do podjadania ( albo po prostu na 2 śniadanie, czy podwieczorek). Na początku nie widziałam sensu robienia wpisu na ten temat, ale teraz mam dla Was naprawdę kilka fajnych propozycji, które się u nas systematycznie pojawiają, więc mam nadzieję, że niektóre mamuśki sobie tutaj coś podpatrzą.
To jest zawsze bardzo szybka alternatywa dla batonów i innych słodkości. Nie trzeba tutaj żadnych sztucznych substancji słodzących itp. Jogurt naturalny zmieszany z kawałeczkami banana, jabłka i posypany na przykład odrobiną kakao. Delyszys - i jakie to zdrowe! Można oczywiście pobawić się bardziej i zrobić to na kształt deseru, który już Wam pokazywałam ---> Deser z jogurtem i owocami.

Ja sama w to nie wierzę, ale moje dziecko naprawdę to lubi. Ba - uwielbia! Może dlatego, że jarmuż zmiksowany z jabłkiem i bananem, nie zalatuje jakąś tam beznadziejną zieleniną, ale jest napraaaaaawdę smaczny.
Podbijają Wasze serca i wcale się nie dziwię, bo nie dosyć, że to zdrowe ( choć nie namawiam do wsunięcia całej keksówki :P ) to jeszcze to jest tak obłędnie doooobre, że robienie ich uzależnia! Robi się je w dziesięć minut, resztę robi za nas lodówka. Przepis na batoniki, macie we wpisie, w którym jest też super przepis na rybkę, sałateczkę i kanapeczki ---> Pstrąg na warzywach, orzechowe batoniki, kolorowe kanapki.
Tak, moje dziecko je parówki. Tak, przetestowałam ich milion zanim znalazłam takie, które naprawdę mają mega fajny skład, bo ich skład to... 100% mięsa z kurczaka !!! Nie ma w tych parówkach żadnych konserwantów, glutenu, laktozy. Nie ma w składzie glutaminianu monosodowego - a to jest naprawdę "popularny" dodatek w tego typu produktach. W składzie zobaczycie go pod nazwą E621 lub MSG także zwracajcie na to uwagę. Pytałyście kiedyś, gdzie można dostać dobre produkty z kurczaka dla dzieci - no więc Konspol polecam z ręką na sercu i nie mam tu na myśli tylko parówek. Na stories podpytujecie gdzie można dostać - praktycznie w każdym markecie, choć na 100% to Tesco, Auchan, E.Leclerc .


Nie wiem skąd ta miłość Poli do nich, ale panie w sklepie osiedlowym mają zawsze ubaw, jak Pola zamiast po batona sięga czasem właśnie po kabanosy :D To też taka forma przekąski, na maleńki głód i tutaj również stawiam na Konspol i raczej nie sięgam po inne. Swojego czasu F. kupował dla siebie i Poli różne kabanosy no i składy niestety pozostawiają wiele do życzenia. Te kabanosy to aż 135 g mięsa użytego do wyprodukowania 100 g produktu. Ogólnie wszystkie te produkty to seria Żarłaki, ale podejrzewam, że je dobrze znacie :)
Czyli tradycyjnie mleko wymieszane z nasionami chia, odstawione na noc do lodówki. Na drugi dzień, nakładamy na pudding kawałki ulubionych owoców.
Polcia uwielbia jak robię jej rureczki z szynki i sera, czyli kładę plaster sera na szynkę i zawijam w rulonik :D Czasem robię jej kilka takich, kładę na talerzyku i patrzę jak ze smakiem wsuwa wszystkie po kolei :D Można ruloniki zrobić też tak, że plaster sera smaruje się twarożkiem naturalnym do smarowania, na to nakłada szynkę i dopiero zawija - sama tak lubię :D Wędlina to polędwica z kurczaka i to również Konspol - jest w 95% z mięsa kurczaka. Nie ma tego całego syfu w składzie, o czym pisałam już przy parówkach.

Aaa to jeden z moich ulubionych posiłków :D Swoją drogą ostatnio tylko te bananowe omlety, a pora chyba zrobić pankejki dla odmiany! Dawno ich nie jadłyśmy. Przepis na nie znajdziecie TUTAJ.

Jak widzicie kręcimy się tutaj w temacie parówek, ale też dużej dawki owoców. Nie sprawdzają się u nas póki co warzywa pocięte w słupki i dipy, ale jeszcze znajdę na to sposób :) Omlety, pankejki, jogurty z owocami - to już wymaga ciut więcej czasu, ale nie mówimy tu o godzinach przy garach, a kilku/kilkunastu minutach. Kabanosy, parówki - to już opcja typowej przekąski, którą można zabrać w plecak, spakować do pudełka i zjeść gdziekolwiek. Oczywiście nie tylko jest to opcja na przekąskę, bo doskonale sprawdzają się też na ciepło np. do śniadań. Póki co, wymieniłam chyba to, co przewija się u nas najczęściej i najlepiej się sprawdza. Aczkolwiek... dopiero zaczynam się rozkręcać w tym kulinarnym światku, więc może niebawem podsunę Wam jeszcze kilka pomysłów.
Póki co - czekam na Wasze opcje, bo jakoś tak ostatnio fajnie wzajemnie się inspirujemy i to jest mega fajne! Dziękuję Wam :)
Tak też się stało, bo po pół roku dzikiego gotowania na jakiejś płycie z palnikiem, na którym wszystko gotuje się 10 razy dłużej, przeplatanego zamawianym żarciem - nowa kuchnia była dla mnie jak jedzenie dla bezdomnego O.o Rzuciłam się na nią jak wygłodniała lwica, a gotowanie jak nigdy wcześniej zaczęło sprawiać mi przyjemność :D Zaraz po montażu kuchni, wzięłam się za swoje zdrowie, za badania, za zdrowe żarcie, za ćwiczenia. Wszystko stopniowo, po kolei, ale obecnie jest już naprawdę dobrze i czuję się nareszcie jak świadomy tego co je człowiek. Oczywiście mam takie wrażenie, że im więcej wiem, tym wiem coraz mniej, bo nagle okazuje się, że ocean wiedzy jest nieskończenie głęboki O.o Ale przynajmniej pcha mnie to w kierunku ciągłego rozwoju i nieustannej chęci sięgania po więcej i więcej.
Nawyków żywieniowych zmieniłam już naprawdę sporo i chciałabym Wam dzisiaj pokazać kilka kozackich produktów, które mam w kuchni od naprawdę długiego czasu, stale ich używam i polecam je Wam z ręką na sercu. Zresztą - same widzicie na Stories co gotuję i jak, więc doskonale wiecie czego używam, a czego nie. Co prawda ja się dopiero rozkręcam, więc pewnie powstaną kiedyś kolejne części tego wpisu, ale póki co pokażę Wam te najważniejsze dla mnie produkty i co najważniejsze, nie są one jakieś wymyślne i wszystkie są łatwo dostępne.
To jest mój hit, niezmiennie od dwóch lat :) Ponad dwóch lat! Piję zawsze kiedy nie mam nic na drugą przekąskę i totalnie jara mnie fakt, że robi się to szybko, ale przede wszystkim, że mi to smakuje. Shake zastępuje nam jeden, pełnowartościowy posiłek. Można wypijać dwa dziennie, ale dla mnie jeden na dzień to max. Nie lubię dwa razy pić/jeść tej samej rzeczy w ciągu doby. Najlepsze dla mnie smaki to niezmiennie Vanilla i Coco. Na hasło MAMALA25 macie 25 % zniżki, a dziś mam dla Was specjalny kooood, który daje Wam aż 40 % zniżki na cały asortyment w Natural Mojo !!! Dod rabatowy MAMALA40 będzie działał do końca tygodnia czyli do końca dnia 23.09 - enjoyyyy!

No bo jak mogłyby bez nich powstać moje fit omlety ?! No nie mogłyby! Kupuję różne, nie mam jakiegoś swojego number one, w końcu to tylko płatki. Mój ostatni ich zakup, był w markecie Auchan, w dziale ze zdrową żywnością. But still - płatki jak płatki, omlet smakuje tak samo. No ale nieważne jakiej firmy, ten produkt musi w mojej kuchni być ZAWSZE. Prócz omletów dodaję go do deserów np. takich jak deser z jogurtem i owocami albo robię z nich owsianki :)

Nooo... to właśnie z tą kaszą robię swoje najbardziej zajebiste obiady! Jak widać lubię to co szybkie, a i ta kasza taka jest. Oszem, na hasło "gotowa mieszanka" niektórzy dostają palpitacji serca, ale ja nie sugeruję się hasłami, a składem, a w tej mieszance nie mamy nic innego prócz pęczaku jęczmiennego, kaszy bulgur i zielonej soczewicy. Wszystko to, połączne jest w takiej torebce jak do ryżu i nie mam tam dodanego niczego więcej. Przyprawiamy sami, wedle własnego uznania. Moje najlepsze obiady to właśnie ta kasza, którą gotuję w garnku i to co sobie zgrilluję na patelni, czyli najczęściej cukinia, ewentualnie kurczak ( ostatnio praktycznie wcale ! ) lub jakieś pieczarki. Wszystko mieszam, często dodaję też coś surowego zielonego, np. rukolę. I taki obiad w 10 minut, maksymalnie pieści moje podniebienie. Nie trzeba stać godzinami przy milionie garów, bo tego akurat nieeenawidzę.

No bo jakże bez nich, robiłam swoje puddingi z chia?! No jak? Mam też w planach zrobienie zdrowej wersji ptasiego mleczka, właśnie z nasionami chia i zobaczymy jak wyjdzie :)

Stosuję od około miesiąca. Kapsułki Belly Love zawierają w sobie ponad 10 mld aktywnych, pożytecznych bakterii. Dbają o naszą florę jelitową, dostarczają bakterie i co dla niektórych ważne - są wegańskie :) Oczywiście na ten produkt jak i na każdy też macie zniżkę, którą podałam na górze wpisu.

Źle reaguję na produkty pszeniczne dlatego dłuuugo szukałam makaronu, który będzie miał satysfakcjonujący dla mnie skład. W biedrze znalazłam dwa makarony spaghetti - jeden ze 100% ciecierzycy, drugi z fasoli ( jest czarny ). Tego drugiego nie jadłam, ale ten z ciecierzycy jem ostatnio ciągle. Gotuję makaron, na patelni smażę groszek cukrowy, cukinię i pieczarki, dodaję jogurt i wszystko mieszam na patelni razem z makaronem. Delyszys! Pierwsze podejście do makaronu zrobiłam robiąc klasyczne bolognese. Na początku próbując samego makaron, dało się wyczuć różnicę - makaron jest bardziej taki " papkowaty" co jest w sumie charakterystyczne dla ciecierzycy w takiej postaci. Na początku myślałam, że nie będzie mi smakował, ale tak jak i w kwestii zdrowych batonów, okazało się, że trzeba po prostu przyzwyczaić kubki smakowe. Po kilku kęsach oswoiłam się już ze smakiem, a teraz zajadam się jak szalona, właściwie co drugi dzień :)
Też kupiłam go w jakimś z marketów. Czystek ma działania detoksykacyjne. Picie go każdego dnia może być dla wielu zbawienne i przynieść wiele korzyści. Przede wszystkim ma wysoką zawartość przeciwutleniaczy, co sprawia, że jesteśmy mniej podatni na na stany zapalne a także na przeziębienia. Zawiera też polifenole, który zapobiegają rozwojowi miażdżycy. Mówi się też o właściwościach antyalergicznych.
Ja piję czystek 1 x dziennie, po śniadaniu. Warto wspomnieć o tym, że picie czystka nie niesie ze sobą żadnych niepożądanych skutków.

I te pe, i te de :P Takie rzeczy mam w kuchni zawsze, a braki na bieżąco uzupełniam. Pestki dyni czy słonecznika to idealny dodatek do zup krem, do sałatek. Orzechy, migdały - te nadają się zarówno do deserów, jak i do batonów ( tutaj macie sztos przepis !!! ). No nie wyobrażam sobie czegoś z tego nie mieć :D
No must have. Robię z niej naleśniki i racuchy, ale mam jeszcze sporo przepisów w zanadrzu, do których będę mogła ją wykorzystać. Dla mnie to póki co najlepsza mąka i najbardziej mi smakuje. Robiąc naleśniki czy racuchy nie dodaję żadnych substancji słodzących: cukru, ksylitolu itp. Ale to już chyba kwestia przyzwyczajenia kubków smakowych o czym wcześniej pisałam :)
Podstawa moich koktajli z jarmużu, banana i jabłka. Nie dodaję do nich niczego więcej. Ach wybaczcie! Odrobinę wody, żeby nie było aż tak bardzo gęste i dało się normalnie wypić :)
To takie podstawy. Nie gotuję skomplikowanych rzeczy. Zawsze podkreślam Wam, że gotuję w taki sposób, żeby było smacznie, ale meeega szybko i łatwo. Nie lubię babrania się, stania, wyczekiwania, mieszania.
To co w mojej lodówce musi być zawsze to oczywiście mleko, jogurty naturalne, jajka, olej no i zawsze jakieś warzywa, bo to podstawa w codziennym jadłospisie. Niestety większość z nas, je ich zdecydowanie za mało. No i jest coś, czego kupować nie muszę, bo mam zawsze pod ręką - WODA. Z kranu :) Nie widzę sensu kupowania plastikowych butelek, jeśli z kranu płynie bardzo dobra, czysta woda. Wiem, że nie wszędzie taka płynie, ale u mnie tak. Oszczędność kasy + ratowanie planety przed zalewającym nas zewsząd plastikiem. Pracuję ostatnio przy stole w kuchni, więc po wodę sięgam praktycznie non stop. Spokojnie wypijam jej jakieś 3 litry dziennie, a kiedyś nie piłam nawet łyka. Moja mama swego czasu cierpiała na okropne bóle głowy i ja tak długo jej tą głowę suszyłam, żeby pilnowała się z piciem, że wreszcie zaczęła, a wraz z tą zmianą, ból głowy odszedł na dobre. Pomyślcie o tym! Nie powinniśmy w ogóle dopuszczać do uczucia pragnienia, bo to już pierwsza faza odwodnienia organizmu, pamiętajcie !!!
No! To by było chyba na tyle :) Dopiero się kulinarnie rozkręcam, więc pewnie kiedyś trzeba będzie rozbudować ten wpis, ale póki co nie ma takiej potrzeby i w sumie może i lepiej. Byłabym wdzięczna gdybyście w komentarzach podsyłali mi jakieś fajne zdrowe produkty, co bym sobie to wszystko obadała i może nawet coś z tego kupiła i przetestowała. Dajcie też znać, czy coś z powyższych rzeczy przewija się również na Waszych kuchennych półkach. A ja póki co, spadam do pracy - uściski!
A ja Wam dzisiaj powiem, że niesamowitą siłą jest InstaStories - człowiek zadaje pytanie, prosi o radę i przy dobrej oglądalności, ma wręcz 100% pewność, że ktoś podsunie radę, która nam na pewno pomoże. Mam tak ZAWSZE! Wy dziewczyny, jesteście po prostu niezastąpione :D Jesteście lepsze niż google, szybsze i bardziej skuteczne. Najpierw chciałam stworzyć ten wpis taka sama z siebie, a potem myślę sobie: czy nie lepiej spisać tutaj sposoby, które sprawdzają się nie tylko u mnie? Bo przecież każdy ma inny sposób na siebie i lepiej to wszystko spisać w jedną całość - tak, żeby potencjalny zainteresowany mógł wybrać coś dla siebie. Wasz odzew na mają prośbę był mega duży i ogromnie Wam za to dziękuję. Ten wpis napisałyśmy MY WSZYSTKIE. I bardzo mi się to podoba :)
Zanim przejdziemy do domowych sposobów na walkę z przeziębieniem, trzeba przede wszystkim zwrócić uwagę na istotną rzecz: czy walczymy z przeziębieniem, czy grypą? Te dwie rzeczy często są ze sobą mylone. Jedni będą chorować na grypę, myśląc, że to cholerne przeziębienie, inni się przeziębią i stwierdzą, że ich życie dobiega końca :P Ta pierwsza grupa, to najczęściej my - silne kobiety. Ta druga - wiadomo - faceci :P Ale do brzegu.
Przede wszystkim przeziębieniu w przeciwieństwie do grypy, nigdy nie towarzyszy ZNACZNE wyczerpanie. Gorączka i i bóle głowy również występują bardzo rzadko, z kolei przy grypie - często. Grypę ja osobiście rozpoznaję po bólach mięśni - przy przeziębieniu są one niewielkie, ale przy grypie są bardzo nasilone i mocno odczuwalne. Wykres z różnicami między przeziębieniem, a grypą, a także z etapami przeziębienia i sposobami na walkę z nim znajdziecie w poradniku opracowanym z dr n. med. Piotrem Jędrusikiem —> Przeziębienie i grypa.
Tymczasem przejdźmy do Waszych wiadomości, czyli...
Oczywiście musimy do tego dodać rozgrzewające posiłki, ciepłą odzież i bardzo, ale to bardzo dużo odpoczynku. Organizm musi się "wyleżeć" i zregenerować. Wiem, że to dla takich osób jak ja istna męka, ale jak to napisała jedna z moich czytelniczek, można nadrobić ulubione seriale i fajne filmy, więc... :P
Google podaje mi też hasło: wódka, ale radzę jednak wybrać coś z powyższych propozycji :D
Jak widać ile osób, tyle sposobów. Możecie wybierać, próbować i ostatecznie zobaczyć co na Was działa najbardziej. Mam nadzieję, że ta krótka ściągawka w tym wpisie, będzie dla wielu z Was pomocna, kiedy polegniecie na polu bitwy :) Zdrówka kochani!
Często pytacie o to co je Polcia, a ja Wam muszę powiedzieć, że z nią to jest tak różnie, że nawet ja nie nadążam. Jednego tygodnia kocha brukselkę, drugiego nienawidzi. Raz wcina brokuły, potem nimi pluje. To jest istny szogun ze zmiennymi nastrojami i smakami - tego nie ogarniesz! No ale matka jak to matka, ogarniać musi, zatem sposoby swoje na to dziecko jakieś mam. Z brokułami wymyśliłam taki patent, że po prostu zaczęłam je miksować. Wpadłam na to zupełnie przypadkiem, kiedy zamówiłam Poli z jakiejś restauracji makaron z sosem brokułowym na wynos. Tak jej zasmakowało, że stwierdziłam, że spróbuję zrobić sama. Powiedziałam jej tylko, że to jej ulubiony zielony sosik, a dopiero kiedy go spałaszowała powiedziałam, że to był brokuł - stwierdziła, że jednak lubi :D Także potraktujcie ten przepis jako idealny sposób na przemycenie warzyw do diety dziecka.
Dzisiejszy przepis to raj dla dziecięcego podniebienia - prosty, delikatny no i hello (!) zawiera to co większość dzieci uwielbia: jogurt i makaron! Pola wcina makarony wszelkiego rodzaju odkąd pamiętam, a jogurty naturalne to u nas podstawa. Nie wiem czy istnieje coś do czego używam śmietany. Zresztą zobaczcie same :)

Makaron gotujemy al dente w osolonej wodzie. Brokuł podgotowujemy, odcedzamy wodę i blendujemy w garnku stopniowo dodając jogurt Naturalny Gęsty Bakoma. Dodajemy go tyle, ile uważamy za słuszne - zależy to od tego jak bardzo jogurtowe lubicie sosy. Pola lubi baaaardzo, więc zużyłam 2/3 opakowania, a i tak później dobierała sobie jeszcze jogurtu i mieszała ze swoim makaronem, bo było jej mało. Możemy do całości dorzucić malutki ząbek czosnku i jeszcze raz wszystko zblendować, a następnie całość doprawiamy do smaku. U mnie tradycyjnie odrobina soli himalajskiej i świeżo zmielonego pieprzu. Na koniec wszystko wrzucamy na patelnię żeby lekko podsmażyć i wymieszać - i wtedy dorzucamy camembert :) Nadaje fajny posmak, makaron nie jest wtedy taki jałowy. Jak robię makaron dla całej rodziny to dodaję calutki, a jak sama z Polą, to połowę.

Można zrobić wersję bezmięsną lub mięsną - wtedy wystarczy podsmażyć kilka kawałeczków kurczaka i dorzucić do naszego spaghetti. Widzicie? Prościzna! Pozostałe 100 gramów jogurtu Naturalnego Gęstego Bakoma wykorzystałam do kolejnego dania czyli deserku - jogurtu z owocami i nasionami słonecznika. Jogurty w naszym domu idą dużo szybciej niż świeże bułeczki, bo wykorzystujemy je do deserów, koktajli, potraw mięsnych, makaronów itp. Jogurt Naturalny Gęsty Bakoma nie ma w składzie mleka w proszku, a na to zawsze zwracam uwagę.
To jak? Spróbujecie zrobić brokułowe spaghetti na własną rękę? Jeśli tak, to koniecznie dajcie znać jak Wam wyszło i czy zmodyfikowałyście jakoś przepis. Moja wersja jest bardzo delikatna, ale jestem ciekawa jakie Wy będziecie mieć pomysły na swoją. Jeśli postanowicie podzielić się przepisem na swoim instagramie, pamiętajcie o akcji #inspiredbymamala i dodaniu tego właśnie # pod zdjęciem!






Mogłabym ten deser nazwać również deserem z resztek, bo wykorzystałam do niego wszystko to co miałam akurat pod ręką i były to, że tak powiem ostatnie sztuki :P Ostatnie wakacyjne dni spędzałam tak typowo po matczynemu... wstawałam, ogarniałam chatkę zanim Polcia wstała, robiłam pierwsze rzeczy z mojej listy "to do". Bawiłam się z Polą a to w domu, a to na dworze, a w międzyczasie pichciłam jej zdrowe przekąski. Przyznam, że nawet mi się ten domowy klimat spodobał i gdyby nie to, że nie jestem farciarą na utrzymaniu męża, z chęcią bym sobie została znów mamą i kapłanką domowego ogniska 24 na dobę. Póki co, muszę wrócić jednak do rzeczywistości, wysłać dziecko do przedszkola i wziąć się w końcu za robotę, a przyznam, że ten letni czas maksymalnie mnie rozleniwił.
Ale, że wy pewnie przyszliście tutaj dla deseru to ja sobie daruję te pamiętniczkowe wywody i przejdę do konkretów, czyli do tego, co ja tej swojej córce funduję i co ona o dziwo wcina jak szalona. No dobra, nie o dziwo, ale to dziecię takie wybredne potrafi być, że czasem jak jej coś przygotowuję to cała drżę, czy to w ogóle przejdzie przez jej gardło. Dobra dobra. Już Wam piszę co trzeba do tego deseru użyć.

Na hasło MAMALA25 macie 25% zniżki na wszystko w Natural Mojo. Dodatkowo mam promo specjalnie dla czytelników mojego bloga :) Kod to GIFT4U . Polega on na tym, że przy zakupie zestawu Strawberry Cookie otrzymuje się drugi, identyczny zestaw za darmo - czyli macie dwa zestawy Strawberry Cookie w cenie jednego :)

Deser to typowa warstwowa wariacja, w której tak naprawdę możecie zrobić wszystko jak tylko chcecie i z czym chcecie. Ja wykorzystałam to, co miałam akurat pod ręką:
Oczywiście wariować można tutaj z czymkolwiek chcecie: truskawki, borówki, czekolada itp. ale... ale ja jestem w szoku, że z tego co przypadkowo wzięłam do ręki, wyszło takie fajne połączenie smakowe. Pola wylizała szklankę do dna, ja również. Zrobiłam też dodatkową trzecią szklankę, wstawiłam do lodówki i na drugi dzień chciałam spałaszować w ukryciu przed Polą, ale ... nie dało się. Zjadła za mnie.





Jestem mega ciekawa jak będzie wyglądało Wasze idealnie połączenie w tego typu deserku i czy Waszym dzieciom ( i Wam ) również przypadnie on do gustu. Będzie mi bardzo miło, jeśli po zrobieniu deserku podzielicie się jego zdjęciem na instagramie. Pamiętajcie, że zdjęcia na których pokazujecie to do czego Was zainspirowałam, możecie oznaczyć hahstagiem #inspiredbymamala i wziąć udział w fajnej zabawie, w której obdarowuję Was masą cudowności - więcej informacji o akcji znajdziecie tutaj. O pierwsze zestawy możecie powalczyć jeszcze do końca tego miesiąca :)
A teraz pozostaje mi Wam życzyć już tylko jednego... smacznego!
Od lat miałam problem z własną samooceną. Mając lat naście, wierzyłam w swój wygląd, ale nie wierzyłam w siebie jako osobę. Nie słyszałam nigdy nic na temat swojego wnętrza, bo nikomu nie dawałam go poznać. Uważałam, że jedyne co mam do zaoferowania to wygląd, więc kokietowałam, ubierałam push-upy, wydymałam usta do zdjęć i nosiłam legginsy, w których mój wielki tyłek dawał po oczach wszystkim. Dopiero przy tym moim jedynym, zmieniło się wszystko. On nie był osobą, która wyrwała mnie tanie teksty o tym jaki mój tyłek jest seksowny. On był ... normalny. Zwracał się do mnie normalnie, a kiedy już ze sobą byliśmy skupiał się głównie na moim wnętrzu. Doceniał też wygląd - mówił, że jestem piękna, że mam cudowne ciało, ale... będąc po raz pierwszy w tak poważnym związku, nie wiadomo czemu moje postrzeganie swojego ciała i twarzy zaczęło drastycznie się zmieniać. Niska samoocena nie była wymysłem nastolatki i nie była czymś o czym moglibyśmy powiedzieć: dziewczyno, nie masz większych problemów? Tak może powiedzieć tylko ktoś kto kompletnie nie wie, do czego takie coś może doprowadzić. Postrzeganie siebie jako potwora, doprowadziło w moim życiu do kilku tragedii, o których pisać jednak tutaj nie chcę. To byłoby zbyt wiele, a ja nazajutrz na pewno bym tego żałowała.
Przyszedł kiedyś taki czas w moim życiu, kiedy stwierdziłam, że choroba hashimoto skutecznie wypompowała mnie z życia, a ciągłe wzrosty wagi, puchnięcie, zatrzymywanie się wody, wypadanie włosów, skrajnie zmienne nastroje i całe mnóstwo innych objawów sprawiało, że w pewnym momencie czułam się bardziej jak schorowana baba, niż jak seksowna kobieta. Mój tryb życia daleki był od tego zdrowego, więc wszystkie objawy były tak trochę na własne życzenie. Zrozumiałam, że jeśli chcę czuć się zdrowo, to niestety - muszę się za siebie wziąć i nad tym popracować. Nie dałam sobie wmówić, że nie mogę o siebie zawalczyć. Że nie mogę wyglądać tak jak chcę i nie mogę czuć się lepiej. Wiedziałam, że mogę - ale musiałam uwierzyć w to, że ja naprawdę mogę... i muszę działać. Nie chciałam stać się jak te inne kobiety, dla których choroba jest wymówką na wszystko. Otyłość, depresję i brak ambicji.
Nie byłam i nie będę jedną z tych osób, która zgarnie oklaski za to, że nie będzie "fit". Bo ja chcę być. Chcę zdrowo wyglądać, ale najbardziej zależy mi na tym, by ... zdrowo się czuć. Staram się dużo ruszać, staram się coraz to zdrowiej odżywiać. Obserwuję swój organizm, sprawdzam na co źle reaguje. Rozpoczęłam pracę z Magdą, która jest dietetykiem klinicznym i założycielką Instytutu Medycyny Funkcjonalnej. Robimy masę badań, analizujemy je, by już za moment obrać najlepszą dla mnie drogę, która doprowadzi do uzdrowienia organizmu. Potwierdziło się u mnie hashimoto, niedoczynność, a potwierdzić trzeba również insulinooporność i pasożyty, które wg Magdy mam na pewno. Po raz pierwszy mam w sobie tak wielką motywację. Dziś przeczytałam gdzieś w dyskusji na instagramie kilkanaście komentarzy, w których dziewczyny pisały: "ee tam, trzeba po prostu z tym żyć". Choć obecnie nie czuję jakiś cholernie okrutnych objawów, takich jak kiedyś i uważam, że choroba jest całkiem znośna, kiedy się zdrowo żyje, to i tak nie mam zamiaru się na nią godzić. Nie chcę żyć ze świadomością, że pozwalam sobie na spustoszenie organizmu i praktycznie nic z tym nie robię.
Skoro w organizmie coś dzieje się nie tak jak powinno, to logiczne jest dla mnie, że muszę coś zmienić... Nie usiądę i nie będę kpiła z tych, którym się chce. Nie będę robiła czegoś na opak, tylko po to, żeby stado leniwych powiedziało mi jaka jestem fajna, że nie podążam za modą, na zdrowie, eko, sreko itp. Należałoby jeszcze dodać, że często od zmian dotyczących naszego zdrowia zaczyna się ... zaczyna się życie. Nowe, lepsze życie, w którym jesteśmy silniejsi. A kiedy jesteśmy silniejsi, kiedy udowadniamy samemu sobie, że potrafimy - zaczyna się to przekładać na wszystkie płaszczyzny naszego życia. Jeśli ktoś uważa, że ten cały świat zdrowego jedzonka, naturalnych kosmetyków i aktywności to tylko w imię wyglądu to znaczy, że o zdrowiu wie tyle co nic.
Tak. Chcę o siebie zawalczyć. Nie chcę siedzieć bezczynnie i przypatrywać się jak inni realizują swoje cele. Chcę o sobie zawalczyć dla samej siebie. Po to, by poczuć się jeszcze lepiej. Chcę poznać swój organizm najlepiej jak mogę, wyeliminować wszystko co tak bardzo mi szkodzi. Nie chcę czuć, że zasypiam idąc ulicą. Nie chcę mieć tych zmiennych nastrojów, nie chcę patrzeć w lustro i mieć dość tego szalejącego ciała, raz chude, raz grube. Nie chcę takiego rollercoasteru. Ale hashimoto jak wszystko inne jest do pokonania. Nie tyje się 30 kilogramów PRZEZ CHOROBĘ. Tyje się jeśli tej chorobie się poddamy. Ona sama w sobie, nie może aż tak wiele, niż wtedy gdy jej na to pozwolimy. A ja nie pozwolę. Już wystarczający błąd zrobiłam z tym, że kiedyś tą chorobę zbagatelizowałam. Słuchałam tych starszych i mądrzejszych co to mają myślenie typu: zawsze może być gorzej, więc się takim gównem W OGÓLE nie przejmuj. A trzeba było się przejmować. Trzeba było działać, a nie udawać, że nic się nie dzieje. Ja sama mówię, że hashimoto to nie rak i żebyśmy nie przesadzali, bo to co niektórzy wypisują i jak wielkie ofiary z siebie robią, jest czasem nie do pomyślenia. Ale nie chcę też problemu umniejszać, bo problem to wciąż problem.
Zaczynam zatem walkę z hashimoto. Postanowiłam zrobić z tego użytek i moje konsultacje z Magdą są w pewnej części nagrywane na InstaStories i zapisywane w wyróżnionych relacjach pod nazwą: Hashi1; Hashi2, itp. Póki co analizowałyśmy moje wyniki i poruszałyśmy temat tego, że zazwyczaj endo patrzy tylko na TSH, przepisuje lek i po sprawie. A tak naprawdę badań trzeba zrobić duuużo więcej i trzeba je solidnie przeanalizować, by znaleźć prawdziwe przyczyny problemu, a nie tylko zwalczać objawy. Na IS pojawiły się zaledwie dwie pogadanki, a odzew jest tak ogromny, że z Magdą postanowiłyśmy spotykać się częściej i przekazywać Wam jej wiedzę w temacie m.in. hashimoto. A wierzcie mi, że jej wiedza jest naprawdę imponująca!
Cóż... myślę, że w moim życiu zaczyna się naprawdę fajny etap - poznawania siebie, swojego organizmu. Chyba musiałam dojrzeć do tego, by wziąć sprawy w swoje ręce i zająć się porządnie swoim zdrowiem. Sytuacje ostatnich miesięcy pokazały mi jak bardzo jest ono cenne... że właściwie nie ma od niego nic, totalnie nic ważniejszego... dlatego będzie to mój nr 1. Postawiony na piedestale, ponad wszystkim... a wierzcie mi, że kiedyś w mojej prywatnej piramidzie, zdrowie byłoby dużo, dużo niżej...
