Co prawda wciąż jest kilka takich drobiazgów - doklejenie brakujących listew ( przy kuchni), kupienie stolika RTV - ale wierzę, że i za to się wkrótce zabiorę. Priorytetem była naprawa ściany i położenie tapety - teraz czas na zasłonki. Obiecałam sobie, że parapetówka będzie dopiero wtedy, kiedy salon będzie można uznać za skończony - no nie mogłam się przemóc, żeby świętować nowe mieszkanie z obdrapaną ścianą i gołym oknem :D W każdym razie, tapeta już jest, karnisze idziemy oglądać na dniach, zatem... zaczynam już planować aranżację stołu! Wstępnie, chciałam zobaczyć, czy da radę ładnie udekorować stół, chwytając się tego co już mam - bez konieczności dokupowania czegoś innego. Wydaje mi się, że się udało.
Moje ostatnie zakupy do kuchni, pokazywałam Wam na instastories – solidnie zaopatrzyłam się przy okazji kampanii „Podano do stołu” na Zalando Lounge. Nie wiem czemu dopiero niedawno dowiedziałam się o tej stronie, przy okazji robienia paznokci u kosmetyczki, ale… lepiej późno niż wcale. Na stronie codziennie pojawiają się nowe wyprzedaże z produktami np. marek takich jak Fossil, Tommy Hilfiger, Calvin Klein – ale oprócz odzieży, obuwia, można też znaleźć dodatki do mieszkania czy do ogrodu. Ceny? Można upolować produkty nawet z 75 % zniżką. I nie są to produkty 2 czy 3 kategorii. To co zamówiłam, przyszło w stanie idealnym i żadna rzecz nie ma ani jednej, nawet mikroskopijnej wady.
No ale dobra! Czas Wam pokazać, co wykombinowałam z tego, co już miałam w swojej kuchni - nie dokupując niczego ponad to. Wg mnie, wyszło pięknie! Tak totalnie w moim stylu. Prosto, elegancko i glamour. Kombinowałam z obrusami, ale jakoś nie jestem przekonana. Uwielbiam jak wszystko jest na "gołym" stole - zresztą mam tak piękny stół, że szkoda mi go całkowicie zasłaniać.
Podstawą była oczywiście zastawa, sztućce, serwetki, obrączki do serwetek, podkładki - to wszystko już widzieliście we wpisie z wielkanocną aranżacją stołu. Nie będę pisać Wam ciągle tego samego, dlatego odsyłam Was do tego artykułu ---- > Mój pomysł na stół wielkanocny
Przed świętami w Carefourze, dokupiłam na szybko komplet 6 lampek do wina - dałam za nie 5 dyszek i uważam, że są obłędne. Fajny kształt, złoty paseczek na górze. Co prawda moje dodatki miały być srebrne, ale postanowiłam wprowadzić nieco złota i uważam, że taka jego drobna namiastka zrobiła tutaj całkiem fajny efekt :)

A teraz to, co udało mi się upolować na Zalando Lounge:
Przepięknym elementem, jest dla mnie etażerka. Mam taką koncepcję, że mogą w niej być sosy i słupki warzyw, ale znając mnie, pewnie wymyślę coś innego :P Świetne połączenie mojej ukochanej bieli, stali i drewna - czyli wszystko to, co króluje w moim mieszkaniu.


Udało mi się też upolować mini paterę i duży, okrągły talerz z tej samej kolekcji. Są cudne! Wyglądają jak zastawa, jaką kiedyś miały nasze babcie - dla mnie to kwintesencja stylu glamour. Z tej samej zamówiłam też misę - już nie ten sam wzór, ale również boska. Sałatki prezentują się w niej cudownie - już testowałam :P





Pod misą na zdjęciu, jest taka złota/miedziana podkładka - kupiłam ją z myślą o tym, żeby móc podkładać ją np. pod patelnię a krewetkami czy ogólnie jakieś gorące naczynia. Nie chcę sobie załatwić stołu, a takie podkładki nie dość, że są efektowne to jeszcze chronią stół przed kontaktem z gorącym naczyniem.

Dwa półmiski - na przekąski, sosy czy cząstki warzyw. Wyglądają pięknie nawet wtedy, kiedy mamy w nich przygotowane rzeczy do gotowania. Są z tej samej firmy co moja zastawa czyli Villeroy&Boch (przez Zalando Lounge) - po raz kolejny przekonałam się, że za ta marką stoi naprawdę mega wysoka jakość i genialne wykonanie.


Świetnym łupem jest też dla mnie kamienna taca z małymi talerzykami - też raczej na jakieś przekąski, może jakieś koreczki? Dość ciężka i nie łatwa do ruszenia. Talerzyki są na niej stabilne. Ogólnie super wygląda kontrast ciężkiego kamienia z delikatnymi, białymi talerzykami.


Jak widzicie, nasz stół z kolekcji Simple się nieco powiększył. Na święta rozłożyliśmy go do rozmiaru średniego - miało to być tymczasowe ale tak nam się spodobało, że już tak zostawiliśmy. Stół jest teraz w opcji na 6 osób, a można rozłożyć go jeszcze bardziej na 8 osób - ale wtedy zająłby mi cały salon haha :P Z racji, że jest tu sporo nowych osób, przypominam, że model krzeseł to Closer z kolekcji 4 You.

No powiem Wam szczerze, że... bardzo jestem zadowolona :) Wiem, że dla wielu z Was może tu nie być nic nadzwyczajnego, ale mnie w tym mieszkaniu cieszy każda najdrobniejsza rzecz. Od szklanki, po serwetkę. Od talerza, po miskę :) Cieszę się, że z tego co mam, potrafię zrobić fajną aranżację. Nie zależy mi na tym, żeby było to modne czy wg jakiś zasad dekorowania stołu - zależało mi na tym, żeby to było totalnie moje i muszę powiedzieć, że tak to właśnie wyszło. Wyrobiłam gdzieś sobie swój własny styl i rzeczywiście zaczynacie mnie z nim kojarzyć. W salonie zajdą jeszcze pewne zmiany, które sprawią, że mieszkanie nabierze charakteru. Dodam do niego jeszcze więcej różu i to nie tylko w małych dodatkach.
Tymczasem... zachwycam się swoim stołem i wszystkimi nowościami, które na nim zagościły. Najbardziej jara mnie fakt, że upolowałam to wszystko w mega niskich cenach. Bo wiecie... nie sztuką jest wydać miliony monet. Sztuką jest upolować coś za małe pieniądze i osiągnąć taki efekt... :)
Zapraszam do obejrzenia jeszcze kilku kadrów, a tymczasem ja spadam snuć dalsze plany... tym razem dotyczącego tego, co w tych wszystkich naczyniach na stole ma się znaleźć :P Dobrego dnia kochani! :*







NICZEGO NIE OCZEKUJ
Weszłam w grudniowy miesiąc trzymając się mocno hasła: niczego nie oczekuj. Totalnie niczego. Ostatnie lata to było jedno wielkie oczekiwanie wobec innych ludzi i świata. A to niesie za sobą rozczarowania. Długo nie mogłam zrozumieć jak można nie oczekiwać totalnie niczego. Miłości, kiedy sami kochamy. Pomocy, kiedy sami pomagamy. Okazało się, że kiedy przestałam się skupiać na oczekiwaniach, los zaczął dawać mi to, czego bezskutecznie oczekiwałam przez ostatnie lata. Miłość, zainteresowanie, czas. Kiedy zaczynamy być totalnie bezinteresowni i nie obarczamy innych ludzi swoimi oczekiwaniami, oni chętniej dają nam siebie i coś od siebie. Nie zawsze, ale bardzo często tak się dzieje. Byłam zmęczona wiecznym analizowaniem, wiecznym oczekiwaniem, że stanie się to i to, a kiedy się nie działo byłam wściekła, zła i sfrustrowana i winiłam innych. Dziś niczego już nie oczekuję, nie analizuję zbyt bardzo i jestem jakaś spokojniejsza. Jakie to jest ciekawe, że czasem trzeba odpuścić coś całkowicie, by zmieniło się to na lepsze.
SESJA ŚWIĄTECZNA I BEZTROSKI SPACER PO ZIMNEJ WARSZAWIE
W grudzień weszłyśmy z Polą w iście świątecznym nastroju, bo odwiedziłyśmy jedną z warszawskich, pięknych kamienic, w której czekała na nas Kasia z Happy Factory. Uwieczniła w kilku kadrach mnie i Polcię, a ja zakochałam się zwłaszcza w tych ujęciach:




Po sesji, jakoś tak spontanicznie, zamiast wrócić do domu, zrobiliśmy sobie rodzinny spacer po Warszawie i choć było niemiłosiernie zimno, to jakoś nikomu to nie przeszkadzało. Podziwialiśmy pierwsze świąteczne ozdoby, a potem przez godzinę szukaliśmy miejsca, w którym będziemy mogli coś zjeść. Wyobrażacie sobie, że NIGDZIE nie było wolnego miejsca? Na dodatek musieliśmy szukać miejsca, w którym dostaniemy też deser lodowy, bo to miało być nagrodą dla Poli za piękne poradzenie sobie na sesji - zrobił się z niej mały wstydzioch ostatnio. Ostatecznie weszliśmy do Browarmii na rogu Krakowskiego Przedmieścia, ale nie był to najlepszy wybór. O ile lody z bitą śmietaną były smaczne ( w końcu to zwykłe lody, one zawsze są smaczne) tak już nasze dania, czyli burger i sałatka cezar - no nie bardzo. Mocno przeciętne i raczej nie zawitam tam po raz kolejny jeśli chodzi o zjedzenie czegoś. Plusem jest to, że w niedzielę dzieci jedzą za darmo, ale... dziecięce menu to tylko dwie opcje: naleśniki i nuggetsy z frytkami. Pola wybrała nuggetsy i nawet jej smakowało, ale mi za darmochę też zawsze wszystko smakuje :P Po obiedzie dłuuugo szliśmy do naszego auta, bo tamtego dnia prawie nigdzie nie było miejsca do zaparkowania. Po drodze zatrzymywaliśmy się co chwilę i jedliśmy ciepłego kołacza z kokosową posypką! N a dłuższy czas zatrzymaliśmy się przy Pomniku Powstania Warszawskiego. Ten Pomnik wywołuje we mnie masę różnych emocji - od wdzięczności za nasz wolny, niepodległy kraj, po strach o przyszłość naszych dzieci. Ale wywołuje głównie smutek. Kiedy myślę o całej krwi jaką musieli przelać ludzie w walce o nasz kraj, o tym jak Polska została zniszczona, o tym ilu ludzi straciło życie... to wciąż łamie serce i wciąż jest dla ludzi mojego pokolenia, czymś w co trudno uwierzyć. A jednak wydarzyło się naprawdę. Poczucie niesprawiedliwości ciągnie się za naszym narodem do tej pory. Życie w ciągłym strachu, podejrzliwość, brak zaufania. Musimy zostawić w końcu przeszłość za nami. Pamiętać o niej, upamiętniać, ale zmienić swoją mentalność. Musimy wypełnić swoje serca wdzięcznością i radością, że to już za nami.

TEATR MAŁEGO WIDZA I WARSZAWA NOCĄ Z DZIECKIEM
Bilety do Teatru Małego Widza kupiłam już na dwa miesiące do przodu. Zawsze kupuję bilety na podobne wydarzenia na godziny poranne, bo wieczór = zmęczone dziecko, sami wiecie. Tym razem jedyne bilety były na godzinę 17, ale ... po raz kolejny okazało się, że wszystko dzieje się po coś, ale o tym za chwilę. Teatr Małego Widza poruszył mnie maksymalnie. Nie wiedziałam czego się spodziewać. Wybraliśmy się na spektakl Cztery Pory Roku. Weszliśmy do małej salki. Na środku parkietu były dwie panie i kilka rekwizytów. Podczas spektaklu jedna z Pań wydawała przeróżne dźwięki, za pomocą małych instrumentów, albo po prostu uderzając o coś, czy gwiżdżąc w coś - coś niesamowitego. Druga Pani opowiadała historię, nie używając słów. Tańczyła, gestykulowała. Cały spektakl pokazywał uroki każdej z pór roku, ale też "wady", pomimo których owe pory roku kochamy. W pewnym momencie ciekły mi łzy. Z radości, ze wzruszenia. Pola śmiała się w głos, ale oczy również jej się szkliły. Bajki w telewizji to milion bodźców i dialogów. Tutaj nie trzeba było mówić nic. Połączenie muzyki na żywo, tańca i obrazu sprawia, że człowiek wpatruje się jak zaczarowany. Nieważne, czy ma pół roczku, roczek, 4 lata czy... 25 :P Bilety kosztują 45 zł. Wydałam 90 zł i wiem - nie jest to mało. Ale wiecie co? Z ręką na sercu powiem Wam, że była to najlepsza atrakcja, na jaką wydałam kasę przez tych 5 lat, kiedy Pola jest na świecie. Tego wydarzenia na prawdę nie da się opisać słowami. Trzeba to zobaczyć. Jeśli zatem zastanawiacie się gdzie się wybrać podczas zwiedzania Warszawy z Waszymi dziećmi, to ręczę wszystkimi kończynami, że tej atrakcji nie pożałujecie :) Aha! Spektakl trwa 45 minut, z czego 30 minut trwa spektakl na scenie, a widzowie oglądają, a 15 minut na samym końcu to czas kiedy dzieci mogą wejść na scenę, bawić się rekwizytami itp. Teatr to idealne miejsce, bo pokazać dziecku, jak należy się w takich miejscach zachowywać - nie pić, nie jeść, nie przeszkadzać, nie spóźniać się.

No i docieram w końcu do momentu, w którym mogę Wam powiedzieć, dlaczego znów stwierdzam, że wszystko dzieje się po coś i cieszę się, że bilety kupiliśmy na godzinę wieczorną. Otóż, kiedy wyszłyśmy z Teatru i podziwiałyśmy Wisłę i rozświetlony Stadion, stwierdziłyśmy z Polą, że jest tak cudownie ciepło i przyjemnie, że nie chcemy wracać do domu. Postanowiłyśmy przejść się po Starym Mieście i... okazało się, że własnie tego dnia, o czym totalnie nie wiedziałam, całe Stare Miasto i Krakowskie Przedmieście, było jedną wielką atrakcją. To tego dnia rozbłysła choinka na Krakowskim Przedmieściu i wszystkie iluminacje świetlne. Wyobraźcie sobie to... na każdym kroku magia świąt. Elfy grające świąteczne piosenki, chór, maszerujący mikołajowie z prezentami, rozświetlone choinki, lodowisko pełne elfów, turyści pijący grzańce, ludzie sprzedający świecące balony, mikołaj na rowerze - nie jestem w stanie nawet wszystkiego wymienić. Stories z tamtego dnia cieszyło się chyba największą popularnością ever i zapisałam je nawet w wyróżnionych relacjach na swoim instagramie, żeby móc często wracać do tego magicznego dnia. Tamten wieczór był piękny, ciepły i magiczny. Nie zwracałam uwagi na tłumy ludzi. Kiedy człowiek jest prawdziwie wolny i szczęśliwy, to nie zwraca uwagi na takie rzeczy. Pola wtulała się we mnie, słuchając chóru śpiewającego: jest taki dzień, maszerowała ze mną za rączkę. Robiłyśmy nawet relację na żywo, a na koniec oglądałyśmy zabawki w Smyku i poszłyśmy na jedzonko z KFC. Wróciłyśmy metrem i autobusem do domu, a gwiazda zasnęła w moich ramionach na narożniku w salonie. Do teraz ciekną mi łzy wzruszenia, kiedy pomyślę o tym dniu.

ŚWIĘTA NA NOWYM I SZALONY SYLWESTER W INOWROCŁAWIU
Święta spędziłam po raz pierwszy w naszym mieszkaniu w Warszawie. Było spokojnie i magicznie. Spełniło się marzenie Poli i dostała od gwiazdora swój wymarzony domek dla lalek. Większy od niej samej :D :P Cieszyłam się jak głupia, że to święta na moim - udekorowałam stół, ubrałam choinkę, zapakowałam prezenty. Było miło. Bez fochów, świątecznej spiny i harówki. Dużo jedzenia, dużo miłości i... spokój. Tego ostatniego potrzebowałam bardzo.
Na Sylwestra pojechaliśmy do Inowrocławia, bawić się na domówce u mojego kuzyna. Jak zwykle zabawa skończyła się nad ranem czyli o jakiejś 6 rano, mimo, że ZAWSZE ale to ZAWSZE zapieram się, że skończę ją o ludzkiej porze :P I to jak zwykle ja byłam tą, która dziwiła się gościom wychodzącym o 2, krzycząc: no co Wy, zostańcie jeszcze! Ale jak ja to zawsze mówię: albo grubo, albo wcale ;)

Tak. To był dobry miesiąc. Zrobiłam też kilka rzeczy dla swojego rozwoju, o których chciałabym jednak napisać w osobnych postach. Przede wszystkim założyłam firmę i ukończyłam kurs z Psychologii Pozytywnej. To drugie wciąż wywołuje we mnie tyle emocji, że aż ciężko mi to wszystko spisać i Wam podsumować, ale zrobię to - obiecuję! Zjadłam też w grudniu dużo sushi i nadal nie rozumiem, dlaczego nikt mi nie wysyła zestawów sushi w barterze :( :P
Nowy Rok, zaczął się już dla naszej rodziny smutnymi wieściami, mianowicie zmarł mój dziadek. Jestem jedną z tych osób, które w rodzinie są jakimiś alienami i poza kilkoma najbliższymi osobami, nie są z nikim zbytnio związani. I chyba tym bardziej po stracie, czuję dziwne uczucie pustki i żalu do samej siebie. Nie odwiedzałam babci i dziadka od długiego czasu. Ostatnie wspomnienie z dziadkiem mam z Komunii Kacpra. Strasznie przeżyłam widok dziadka mówiącego wtedy do samego w siebie w lustrze, bo myślał, że to inna osoba. Dziadek cierpiał na Alzheimera i widok tego był dla mnie nie do przejścia. Wybiegłam wtedy z uroczystości i pół godziny płakałam na górze nie mogąc się pozbierać. Nie umiem patrzeć na takie rzeczy, po prostu nie umiem, choć chciałabym się nauczyć. Chyba za bardzo boję się rozwalenia psychicznego. Mój poziom empatii jest niebezpiecznie wysoki. Jeśli mam już do czynienia z czyimś cierpieniem całkowicie bezpośrednio, to rozpadam się na milion kawałków, które potem ciężko posklejać i zebrać w całość. Do tego stopnia, że trudno mi potem wrócić do normalnego życia.
Kurcze. Miało być krótko, ale ja tak chyba jednak nie potrafię. Okrutnie brakowało mi pamiętniczkowego wpisu, w którym Wam o czymś opowiadam i wyrzucam z siebie emocje. Powiem Wam, że czuję się teraz jak nowo narodzona :) Wczoraj wróciłam do Warszawy i choć ciężko mówić o super energii, która przyszła wraz z Nowym Rokiem, to mam w głowie trochę planów blogowych, które chciałabym zrealizować i mam nadzieję, że wezmę się na dniach w garść.
Na koniec chciałam jeszcze zbiorowo wymienić osoby, którym chciałabym podarować prezenty w związku z aktywnością na instagramie :)
Dziewczyny mega Wam dziękuję za to, że jesteście! Cieszę się, że mogę dać Wam coś od siebie. Wyślijcie mi na priv na IG swoje adresy z numerem telefonu :)
Wszystkim Wam dziękuję za to, że jesteście, czytacie, obserwujecie, zostawiacie po sobie ślad. Życzę Wam wszystkiego dobrego w Nowym Roku i mam nadzieję, że będziecie po prostu szczęśliwi. Chyba to jest w życiu najważniejsze, prawda?
Ściskam Was ciepło! :*
Nie każdy go ma, dlatego nie każdy może sobie pozwolić na pobudki o 5 rano, żeby spędzić z samym sobą godzinę czy dwie. I przecież nie ma jednakowej recepty na cokolwiek dla wszystkich ludzi na świecie. Staram się na tym blogu, pokazywać Wam SWOJE własne metody, które możecie przefiltrować dowolnie przez swoje potrzeby i coś dobrego z nich wyciągnąć :)
Od długiego już czasu staram się praktykować wstawanie o 5 rano. Z różnym skutkiem, wiadomo. Nie wychodzi mi to na wyjazdach, nie wychodzi mi to kiedy mam chore dziecko w domu. A czasem nie chcę, żeby mi to wychodziło, bo nie jestem robotem i jak mam ochotę to pośpię sobie i do 9 ( zdarza mi się to tylko u rodziców, no ale... jednak się zdarza).
Po raz pierwszy odkryłam magiczne działanie wczesnego wstawania, kiedy byłam na diecie bezpszenicznej, o której pisałam we wpisie - Tydzień z dietą bez pszenicy - 2 kilogramy w dół i energia nie z tej ziemi ... . To było dwa lata temu. Wstawałam wtedy o 6 rano, co jak na mnie było wyczynem godnym podziwu. Wtedy nie afirmowałam, nie praktykowałam jogi i medytacji ( wow, teraz widzę, ile zmian zaprowadziłam w życiu przez ostatnie 2 lata !!! ) ; nie skupiałam się aż tak na tych wszystkich rzeczach, na których skupiam się teraz. Ale doświadczyłam wtedy, jak działa na mnie zdrowe jedzenie i wczesne pobudki. Sprzątałam, ogarniałam mieszkanie i siebie, szykowałam Polci rzeczy, a potem do wieczora intensywnie pracowałam.
W tym roku, zaczęłam praktykować pobudki o 5 rano i fakt - było to łatwiejsze latem, niż teraz, ale... i teraz jest to do zrobienia. Co takiego robię dla siebie, że potem bez problemu funkcjonuję cały dzień? Robię rzeczy, dzięki którym zaczynam dzień z czystą i spokojną głową, ale także naładowanym pozytywnie ciałem. A więc co takiego ta Mamala czaruje jak jej córa przewraca się dopiero na drugi boczek, hmm? :)
Stopniowo pozbywam się wszystkich sprzętów elektronicznych z sypialni. Telefon wynoszę na noc do salonu z dwóch powodów: brak promieniowania w nocy tuż obok głowy, albo nawet trochę dalej, ale wciąż w tym samym pomieszczeniu. Druga sprawa to taka, że jak już muszę wstać i iść do tego salonu, żeby ten budzik wyłączyć... to jakoś większe prawdopodobieństwo, że już nie wrócę do łóżka. Budzik dzwoniący tuż obok ucha, był zawsze na nieświadomce wyłączany.
Trwa to zaledwie 2/3 minuty i polega na wykonywaniu ruchów jedynie rękoma. Taka technika ma na celu oczyszczenie naszego pola energetycznego z zanieczyszczeń, negatywnych odczuć i negatywnej energii.
Pierwszą rzeczą jest czas na duchowość. Moje ulubione modlitwy obecnie to Poranna Modlitwa Oddania z książki Agnieszki Maciąg, pt: Rozmaryn i Róże ; Modlitwa zawierzenia się Bogu, którą mam przyczepioną do kratki na swoim biurku i tradycyjnie Ojcze Nasz. Do tego dochodzi moja ulubiona forma kontaktu z Bogiem, czyli po prostu rozmowa z nim. Zwierzenie się, podziękowanie, prośby, podzielenie się wątpliwościami. Do tego dokładam swoje dwie ulubione medytacje: jedna dotycząca zabezpieczeń mentalnych, w której mówię o tym, że wybaczam sobie i innym, proszę o wrócenie mi mojej energii życiowej itp. Druga to medytacja wdzięczności, której autorem jest Mistrz ReiKi Walter Lubeck. EDIT: obecnie obowiązkowym punktem jest po prostu medytacja. Siadam, zamykam oczy i oddycham. O tym czym jest medytacja i jak zacząć, pisałam w artykule - Jak zacząć medytować?
Potem jest czas na afirmacje. Zazwyczaj wybieram sobie dwie afirmacje, które pasują mi do danego dnia i nastroju i każdą jedną czytam i powtarzam przez ok. 5 minut. O tym czym są afirmacje i jak je stosować pisałam we wpisie: Afirmacje - czym są i jak je stosować?
Obecnie mam w swoim biurze taką fajną kratkę na ścianę i przyczepiam sobie na niej swoje modlitwy i afirmacje, żeby mieć je ciągle na widoku. Super patent, bo im częściej spoglądamy na jakieś hasła, tym mocniej przenikają one do naszej podświadomości :)
Czasem spisuję ją tuż po przebudzeniu, przed jakąkolwiek inną aktywnością. Czasem dopiero po seansie "duchowości". Spisuję sobie na niej najważniejsze punkty jakie mam do zrealizowania danego dnia. Więcej o tworzeniu listy TO DO pisałam we wpisie: Dobra organizacja = lepsza jakość życia.
Zazwyczaj wybieram krótką, 12 minutową sesję jogi Gosi Mostowskiej, czyli: Powitanie słońca - energetyczna joga na dobry poranek. Ćwiczę tylko i wyłącznie z Gosią. Cenię sobie jej profesjonalizm, wiedzę ale najbardziej niesamowite ciepło, które od niej bije. Jestem niesamowicie szczęśliwa, że to właśnie Gosia przeprowadzi warsztaty jogi na moich Warsztatach Relaksacyjnych Soul Camp.
Powyższe czynności zazwyczaj zajmują mi trochę ponad godzinę, czyli kończę je mniej więcej o 6:15. Wtedy mam jeszcze ok godziny z groszami na inne aktywności. Czasem jak czas mnie nagli, to zabieram się za sprzątanie, a czasem idę biegać. Robię wtedy około 5 kilometrów, żeby zdążyć wrócić na 7 i mieć jeszcze szansę się wykąpać i ogarnąć przed odprowadzeniem Poli do przedszkola. Patent z bieganiem jest o tyle dobry, że mam potem energię na cały dzień i nie muszę w trakcie pracy robić przerwy na trening. Jeśli więc idę biegać, to cały cenny czas dla siebie mam odhaczony na liście już o godzinie 7. Ale wiecie jak jest - jest coraz zimniej, o 6 rano jest ciemno jak w dupie - no nie zawsze chce się człowiekowi wyjść. Nie zawsze, ale jak już wyjdę i przebiegnę kilka metrów z dobrą nutą na słuchawkach, to samej sobie dziękuję za tak wielką odwagę :P
Jeśli nie bieganie i nie sprzątanie, to np. kąpiel + wizualizacja + relaksacyjna muzyka. O takim sposobie na łączenie przyjemnego z pożytecznym pisałam we wpisie: O sztuce łączenia przyjemnego z pożytecznym. Jeśli nie to - to dobra książka i nie jakieś pranie mózgu, nie żadne ciężkie, motywacyjne kloce ( które uwielbiam) ale coś lekkiego i przyjemnego jak książki Agnieszki Maciąg. A czasem to po prostu chcę się wyspać i wstaję o 6 i robię "tylko" tą ponadgodzinną sesję dla siebie, bez treningu, kąpieli, książek itp. I to już jest bardzo dużo i wystarczająco. Ale czasem jest mi mało :) W końcu czym jest godzina, a nawet czym są dwie godziny dla samej siebie, kiedy doba ma ich aż 24?
Jakie więc mam korzyści z tak wczesnego wstawania i wykorzystywania dwóch godzin na swoje ciało i umysł?
A to już niesie za sobą cały szereg pozytywnych rzeczy. Lepsze kontakty z ludźmi, piękniejszy odbiór otaczającego nas świata, lepsze efekty w pracy... ogólnie rzecz biorąc - lepsze życie.
To jest mój sposób i moja recepta. Na lepsze życie, lepszy nastrój, na szczęście. Każdy musi znaleźć na siebie sposób i szukać rozwiązań, które pomogą mu żyć lepiej i piękniej. Nie musisz od razu porywać się na 2 godziny czasu dla siebie i pobudki o 5. Możesz wstać chociaż pół godziny przed normalną porą pobudki i zrobić coś dla siebie - pomodlić się, posiedzieć w ciszy, wypić kawę czy herbatę i poczytać dobrą książkę - wybór należy do Ciebie. Czasem rydz jest lepszy niż nic, a w tym przypadku rydzem może być chociaż 15 minut. Sprawdzaj, testuj różne rozwiązania i w miarę możliwości ułóż sobie życie tak, żeby było chociaż ciut lepiej niż jest - jeśli oczywiście tego potrzebujesz i tego chcesz.
Pięknych poranków moi mili!
Ale nawet przy białych ścianach, braku biurka, jakichkolwiek ozdób na ścianie, pokój Polduna jest i tak uroczy i jest w nim dużo fajnych rzeczy. Nie mam na co narzekać i chyba dlatego, odpuściłam póki co jakieś usilne próby urządzania go. Dzisiaj pokażę Wam stan pokoiku na chwilę obecną i opowiem o dwóch nowych meblach - regale i szafie, o które dostałam już masę zapytań. No ale zanim o tym, to jeszcze kilka słów o łóżku Poli.
Łóżeczko zabraliśmy za starego mieszkania, ale są to już jego ostatnie chwile. Służyło nam praktycznie od pierwszych chwil - najpierw jako łóżeczko niemowlęce, później po zdjęciu wysokich boków i zmianie na krótkie - jako tapczanik. Obecnie takie łóżeczko nie jest już dostępne w Polsce i z tego co wiem ten model nie jest już dostępny nigdzie. Przez 4 lata dostałam o nie milion zapytań, więc rzeczywiście coś musi w nim być, że się tak podoba :) Było okrutnie drogie, bo kosztowało kilka tysięcy, ale z perspektywy czasu widzę, że było warto. Wkrótce będę wystawiać je na sprzedaż razem z całkiem nowym materacykiem - zmienialiśmy materac, kiedy przeprowadzaliśmy się na nowe mieszkanie. Tym razem zarówno dla siebie jak i Poli wybraliśmy materac od PlantPur - dla Poli wersja Baby w rozmiarze 70x140 cm. PlantPur to materace ekologiczne wytworzone z olejów roślinnych. Składają się z dwóch warstw: termoelastycznej pianki Visco zawierającej do 50% olejów roślinnych oraz z pianki poliuretanowej z dodatkiem oleju kokosowego.
"W naszych materacach stosujemy pokrowce, które zapewniają bezpieczeństwo oraz higienę. Wszystkie tkaniny, które zostały przez nas użyte posiadają certyfikaty, są antyalergiczne i nie podrażniają skóry dziecka. Ekologiczna dzianina celulozowa, z której uszyty jest pokrowiec na bazę materaca jest wykonana z odpadów drewna bukowego oraz dodatkowo nasączona wyciągiem z drzewek oliwnych. Pokrowiec posiada także probiotyczną warstwę Fresh, stosowaną w przemyśle medycznym i w łóżkach rehabilitacyjnych. Nawierzchniowa tkanina PlantPur Aloes o wysokiej gramaturze jest nasączona wyciągiem z liści aloesu, skutecznie zapobiegając nadmiernemu rozwojowi roztoczy, bakterii oraz grzybów, które nie są pożądane w otoczeniu dzieci."





Materace są mega wygodne, śpi się na nich naprawdę dobrze, co potwierdziła ostatnio moja mama, które ma trochę z kręgosłupem problemy - stwierdziła, że to najlepszy materac na jakim w życiu spała. Pokrowiec można odczepić i wrzucić do prania - już tę opcję testowałam. Naprawdę 10/10.
Regał i szafa - są z nami od kilku miesięcy i choć na początku byłam przerażona ich gabarytem ( nigdy nie czytam wymiarów, jak coś zamawiam hahah) to jestem bardzo zadowolona z wyboru. Zacznijmy może od regału.
To regał od VOX z kolekcji Spot Young. Generalnie cała kolekcja jest bardzo prosta, młodzieżowa i praktyczna. Regał ma pięć otwartych półek, zwężających się od dołu ku górze. Dolna półka, ta najszersza, jest z tyłu zabudowana. Pod spodem jest jeszcze tyle miejsca, że śmiało możemy tam umieścić jakieś pudła. U nas np. są to pudła z klockami lego i koszyczek z figurkami. Regał jest naprawdę porządny i solidny, właściwie nie do ruszenia. Pomieścił wszystkie nasze gry, książki Polci, puzzle itp. Patrząc na ceny zwykłych regałów, które chwieją się i są po prostu tandetne, cena tego regału naprawdę nie jest wysoka jak na jakość mebla.






Szafa jest z tej samej kolekcji co regał czyli Spot Young. Jest to szafa dwudrzwiowa z wysuwaną na dole szufladą. Mieszczą się w niej wszystkie ciuszki Poli, a nad wieszakami na półce mamy jeszcze walizkę, w której mamy różne kocyki itp. Pod tą właśnie półką szafa ma zainstalowane oświetlenie LED, która zapala się automatycznie przy otwieraniu szafy. Tak jak w przypadku regału, pod szufladą jest jeszcze spora przestrzeń, mamy tam wsunięty kosz z klockami. My wybraliśmy oczywiście front biały, ale można wybrać też front w kolorze grafitowym. Próbowałam kiedyś ruszyć szafę i ją przesunąć, ale nie mam takiej siły. I może lepiej, bo przynajmniej Pola, może chować się przed matką w szafie i robić sobie ze mnie jaja :P I mam pewność, że szafa jej kiedyś nie przygniecie :P Na stories niektórzy dziwili się, że mieścimy się w tak "małej" szafie. Nie wiem ile inne dzieci mają ubrań, ale ja jestem raczej minimalistką i Pola w tej szafie ma wszystko prócz swoich bucików, a jak dokupię wieszaki to i buty się zmieszczą. Wszystkie sweterki, bluzki z długim rękawem, kurtki, sukienki wiszą na drążku. Pod spodem na półce mamy spódniczki, krótkie spodenki, bluzki z krótkim rękawem i spodnie. W szufladzie bielizna, rajstopki, apaszki, rękawiczki, stroje kąpielowe. Jak komuś mało miejsca, to do szafy można dokupić wieszak zewnętrzny, albo kupić taką samą szafę ale trzydrzwiową.








Drzwi i podłogę pokazywałam Wam już w tym wpisie -----> "Drzwi i biała podłoga w naszym mieszkaniu" - ale napiszę jeszcze raz, że drzwi to model ASILO PERTINI 4 bezprzylgowe z mleczną szybą. Ościeżnice są regulowane bezprzylgowe. Klamka to model o nazwie Voltare.
Z perspektywy czasu wiem, że wybrałam dobrze. Drzwi są łatwe w czyszczeniu, nie można nimi trzasnąć, fajnie się je zamyka i nie trzeba do tego nawet używać klamki - w takim sensie, że wystarczy ją chwycić i popchnąć nie trzeba nią "sterować", a drzwi się zamkną praktycznie bezdźwięcznie.
Jeśli chodzi o podłogę, to też jestem niezmiennie zadowolona. Fakt, że jest jednak wymagająca, bo ma rowki i powłokę wodoodporną, a w dodatku jest biała - ale... ale bardziej chodzi tutaj o fragment w kuchni, czy przedpokoju. W sypialni i pokoju Poli, z racji, że tutaj nie je, nie pije, nie chodzi w butach - jest okej i myję te pomieszczenia dosłownie raz w tygodniu, gdzie salon i przedpokój myję co drugi dzień.

Pozostałe rzeczy w pokoju Poli, to praktycznie wszystko to co było, z drobnymi nowościami typu kuferki z biedry, nowe torebki czy pojemnik na klocki lego :P Postaram się Wam trochę tutaj rzeczy wymienić, skąd co jest, żebyście się nie fatygowali z milionem zapytań - ale w razie co, od tego tu jestem i jeśli tylko coś Wam wpadnie w oko - pytajcie :)
A jakie plany na pokój Poli? Przede wszystkim kupić biurko, powiesić zasłony i zagospodarować ściany - myślę o kilku naklejkach, sztukaterii i jakiejś półce ściennej + ozdoby typu wieszaczek na torebki, lusterko itp. W końcu Pola skończy lada moment 5 lat, to już pannica :P Zastanawiam się też co zrobić z kuchnią, bo obiecałam kupić Poli duży domek dla lalek - domek + biurko zajmie trochę przestrzeni, a jak widać na załączonym obrazku nie ma jej tu aż tak dużo. A, no i najważniejsze! Nowe łóżko - ale przecież o tym już pisałam na początku. Zdecydowanie musimy kupić większe, ale ciągle odkładałam to w czasie...
Pokój jak na niedokończony i tak ma dla mnie swój urok - najważniejsze, że Poldun chce spędzać w nim czas. Mam nadzieję, że wkrótce stanie się bardziej kolorowy i bardziej funkcjonalny. Ale nie mam na to aż takiej spiny - wszystko w miarę możliwości - czasowych i finansowych. Koniec końców, w życiu nie wnętrza są najważniejsze, a serce domu - czyli MY :)




















Budzik - Westwing
Poduszki - Dekoori
Kuchnia - Hoplik
Kuferki - biedronka
Pościel - MomForBaby
Walizka - Allegro
Pojemnik na Lego - sklep LEGO w Galeria Mokotów
Drewniany garbus - Montownia Zabawek
Dzisiaj ciężko mi usiedzieć w jednym miejscu. Ciągle chciałabym coś robić, stale coś czytać, pracować, rozwijać się. O ile kiedyś wyglądało to u mnie tak, że pracowałam non stop, a potem padała mi bateria, tak teraz znajduję sobie takie zajęcia, by móc odpocząć, ale jednocześnie nie lampić się bezsensownie w sufit i by móc np. poprasować, ale wykorzystać ten czas podwójnie - bo prasując, wciąż możemy jednak słuchać, czy na coś zerkać. Dzisiaj opowiem Wam o kilku moich patentach, w których robiąc czynność nr 1, można śmiało wprowadzić czynność nr 2 - i nie mieć dzięki temu poczucia, że zmarnowaliśmy właśnie godzinę np. na leżenie w wannie :P
Dbać o higienę trzeba, to wiadomo :P Lubię poleżeć w wannie nawet przez godzinę, ale potem najczęściej wychodzę z poczuciem zmarnowanego czasu. Kiedyś do wanny zabierałam ze sobą telefon - i też czułam, że zmarnowałam czas bo ileż można w tym telefonie siedzieć. Książki czytam teraz niezwykle często, więc do wanny też już nie chce mi się zabierać. No to sobie wymyśliłam, że w czasie kąpieli będę sobie ćwiczyć twórczą wizualizację o której właśnie czytam książkę. Napiszę o tym osobny wpis, a dzisiaj tak w dużym skrócie - do kąpieli zapalam sobie świeczkę i odpalam na telefonie relaksacyjną muzykę. Zamykam oczy i szczegółowo wyobrażam sobie np. warsztaty, które poprowadzę w kwietniu przyszłego roku. Krok po kroku widzę w myślach cały ich przebieg, czuję emocje jakbym już tam była. Kiedyś taką wizualizację stosowałam totalnie nieumyślnie i zawsze dzięki temu chyba przyciągałam do siebie to czego bardzo mocno pragnęłam. Dziś wiem, że o wizualizacji powstają książki i że rzeczywiście można się tego nauczyć i to ćwiczyć - to naprawdę działa, ale musimy pamiętać o tym, że przyciągamy tylko to, czego naprawdę w 100% chcemy i non stop to sobie wyobrażamy :) Jestem tego żywym przykładem.
Dobra, w jeździe komunikacją miejską nie ma ani nic przyjemnego ani niż pożytecznego, ale uważam, że to dobry sposób na pokazanie, że jak już musimy się gdzieś przemieścić to nie musimy tracić tego czasu podwójnie, scrollując przez 20 minut facebooka czy instagrama. Osobiście wolę się zawsze wyłamać i zamiast patrzeć się w telefon, popatrzeć się w książkę. Teraz bardziej niż powieści preferuję książki np. o biznesie - skoro już muszę siedzieć na tyłku przez 20 czy 30 minut, to lubię wykorzystać ten czas na rozwój. Odpoczywam, bo czytam i korzystam, bo się uczę - jednocześnie. O ile dobrze znoszę jazdę autobusem, bo jak wiecie z tym u mnie jest słabo... :P
Czy wspominałam już, że nienawidzę prasować? Trochę się w tej kwestii zmieniło. I o dziwo wcale sobie tej zmiany nie wizualizowałam. Na początku było żelazko klasyczne - i to była męka bo po 1: szkoda mi było zawsze czasu na prasowanie, a po 2: nie umiem prasować. Tradycyjne żelazko było zawsze dla mnie za ciężkie i żeby coś wyprasować totalnie na gładko, musiałam się naprawdę długo namęczyć. Później był prasowacz parowy. To była fajna sprawa. Prasowało mi się w miarę sprawnie, ale prasowacz w nowym mieszkaniu zajmował za dużo miejsca, więc go sprzedałam. A potem przyszło mi współpracować z marką Philips i dostałam generator pary, którym prasuje się tak, że po jego odpakowaniu przeprasowałam wszystko z szafy Poli i jeszcze dorzuciłam sobie kilka męskich koszulek. Ogólnie podeszłam do nowego nabytku sceptycznie, bo hello - nienawidzę prasować! Pudła z żelazkiem nie rozpakowywałam przez tydzień, ale pokazałam je na stories i dostałam jakieś kilkadziesiąt wiadomości o treści w stylu: mam je od pół roku i polubiłam prasowanie! Mam je od kilku miesięcy i totalnie inna jakość prasowania. No i fakt - jakość jest totalnie inna. Prasuje się mega fajnie, lekko i dużo szybciej. Tutaj nie trzeba niczego umieć, tylko po prostu się prasuje. No ale to wciąż czas, czas, czas! No i wymyśliłam sobie, że podczas prasowania będę sobie słuchać... podcastów. Przeróżnych, różniastych. A to o organizacji, a to o rozwoju osobistym. Godzinka prasowania i godzinka nauki w jednym - rewelacja! Można też prasować i oglądać ulubiony serial - bo czemu by nie?!


Generator pary, o którym mowa to Philips PerfectCare Elite Plus. Działa na zasadzie bardzo silnego wyrzutu pary i stałej temperatury stopy. Ultra lekki - przy prasowaniu tradycyjnym żelazkiem miałam po godzinie odciski na dłoniach. Tutaj żelazko sunie samo. Jest lekkie i mega poręczne. Nie trzeba żadnego wysiłku nawet przy prasowaniu wymagających tkanin. To czego nienawidziłam w prasowaniu żelazkiem tradycyjnym to ręczne zmiany temperatury - ciężko mi było ją samodzielnie dopasować i nie zawsze dobrze się to kończyło. Tutaj pokrętła nie ma. Prasujemy wszystkiego rodzaju tkaniny jedna po drugiej i nie zmieniamy na żelazku absolutnie niczego. Nie musimy czekać na zwiększenie czy zmniejszenie temperatury. Żelazko możemy zostawić na desce czy nawet na ubraniu i nie musimy się martwić, że coś nam się przypali. W rączce żelazka jest wbudowany czujnik pary, który wykrywa czy żelazko jest w ruchu czy nie i automatycznie aktywuje wytwarzanie pary. Zbiornik na wodę mieści aż 1,8 L więc możemy na jednym zbiorniku przeprasować naprawdę hurtową ilość prania. Taki generator pary będzie idealny dla osób, które generują dużo prania, czyli np. rodzin wielodzietnych i dla perfekcjonistów, którzy lubią mieć idealnie gładkie ubrania. Generatorem pary możemy prasować również w pionie - np. jeśli chcemy przeprasować parą delikatne sukienki.



Naprawdę - jakość prasowania to jest jakiś kosmos. Zdecydowanie każdy kto nienawidzi prasować, będzie z takiej inwestycji zadowolony, bo nareszcie odetchnie i będzie to robić z przyjemnością. Jeśli ja się do prasowania przekonałam, to każdy się przekona. NIGDY w życiu nie przeprasuję już niczego tradycyjnym żelazkiem, nie ma takiej opcji. Mogę oddać swoje nawet jutro - za darmo :P Także tego... teraz prasowanie + podcasty to dla mnie połączanie idealne. Ciuszki wyprasowane, a w głowie zawsze zostaje mi dużo wiedzy z tego co brzmiało w moim telefonie.
Pola uwielbia kolorować. Potrafimy bitą godzinę siedzieć przy stole i wpędzać w ruch różnorakie kredki i pisaki. Stwierdziłam ostatnio, że może zamiast rysować kolejnego kotka, wyjmę sobie swoje kolorowanki dla dorosłych, które kiedyś dostałam na walentynki. Obie rysujemy, spędzamy ze sobą czas, a ja jednocześnie odprężam się i relaksuję. Kolorowanki dla dorosłych mają działanie antystresowe i naprawdę świetnie ćwiczą umiejętność skupienia a jednocześnie nas rozluźniają. Pola rysuje swoje, ja swoje, ale jednak jesteśmy razem i koniec końców - robimy to samo. Naprawdę genialne połączenie!
Kiedyś na facebooku napisałam, że zbliża się jesień a w raz z nią... i wymieniłam milion programów i seriali, które będę w niej oglądała. Minął chyba rok od tego wpisu, a ja telewizji nie oglądam praktycznie wcale. Oczywiście pozostaję wierna serialowym produkcjom TVNu typu diagnoza, ale reszta... szkoda mi na to czasu. W miniony weekend odpaliłam telewizję po kilku godzinach zabawy z Polą i... stwierdziłam, że szkoda czasu na durne programy i denerwujące wiadomości. Odpaliłam program przyrodniczy i z Polą przez godzinę wpatrywałyśmy się w cudowne krajobrazy i słuchałyśmy ciekawostek o dzikich zwierzętach. Odpoczęłam, a jednocześnie nie miałam poczucia, że zmarnowałam swój czas. Genialna sprawa.
Pewnie znalazłabym takich rozwiązań dużo, dużo więcej. Nie wymyślam ich specjalnie, życie samo mi je podsuwa. Nie jest to sposób na życie dla każdego. Jedni wolą się odmóżdżać przy oglądaniu ukrytej prawdy, inni lubią odpoczywać a jednocześnie nie marnować czasu - każdy człowiek ma swój własny sposób na odpoczynek i każdy wie co dla niego najlepsze. Dla mnie odpoczynek i regeneracja są bardzo ważne, ale niech nie będą też tylko bezsensowym gapieniem się w sufit czy w telewizję - wierzcie mi, tak jak jednych to odpręża tak innych zwyczajnie męczy.
A na sam koniec chciałabym Was zarazić moją nową miłością do prasowania i przekonać Was do spróbowania prasowania z jednoczesnym słuchaniem inspirujących wywiadów czy podcastów. Razem z marką PHILIPS chcemy nagrodzić 3 osoby kodami na 20 procent zniżki na dowolny generator pary ze sklepu Philips. Wystarczy, że w komentarzu pod tym postem napiszecie mi, jakie są Wasze sposoby na przyjemniejsze prasowanie.
Na Wasze komentarze czekamy do końca dnia 9 listopada. Wyniki ogłosimy w przeciągu tygodnia od zakończenia zabawy.
Powodzenia! :)








Ja wiem, że mi łatwo jest mówić, bo pracę mam zdalną i mogę sobie trening odwalić za dnia, podobnie sprzątanie. Ale darujmy sobie porównania typu: tobie to łatwo, tobie to lepiej, ty to sobie możesz gadać - bo po to właśnie mam taką pracę, żeby sobie tak żyć. Nie umiałabym inaczej. Ale ja nie o tym.
Musicie mi uwierzyć na słowo, że po pół roku rozwalonym organizacyjnie totalnie, byłam tak wymęczona psychicznie i fizycznie, że dostałam niezwykłego powera, żeby poukładać sobie życie na nowo i je dobrze zorganizować. Jest kilka rzeczy, które bardzo mnie demotywują i zniechęcają do efektywnej pracy: bałagan, nieregularne posiłki, chaos. Doszłam do wniosku, że pracując w domu i będąc samemu sobie szefem, życie musi być naprawdę dobrze zorganizowane, żeby umieć znaleźć balans i po prostu nie zwariować.
Od jakiś dwóch miesięcy moja wydajność w pracy, ale także nastawienie i nastrój są w formie lepszej niż kiedykolwiek przedtem. Zaczęłam się ostatnio zastanawiać co się ze mną dzieje, bo serio takiej wersji siebie to ja nie poznaję. Postanowiłam przyjrzeć się swoim nawykom i zobaczyć co takiego się zmieniło, że moje organizacja jest na tak dobrym poziomie. No i jak to bywa, wyszło na to, że składa się na to kilka rzeczy, o których chcę Wam dzisiaj opowiedzieć :)
I na tym mogłabym skończyć :D Ale tak całkiem serio - działanie z listą to do, odmieniło jakość mojej pracy i mojego życia. Nie wiem, jak mogłam działać bez niej, totalnie sobie teraz tego nie wyobrażam. Otóż okazało się, że kiedy zaczęłam spisywać zadania, które muszę danego dnia zrobić - nagle to z czym zwlekałam po dwa tygodnie, a nawet miesiąc ( !!! ) robiłam od ręki, w pół godziny! To tylko mi pokazuje, że najwięcej czasu zabiera nam myślenie o tym jakie coś jest trudne i narzekanie na to, jak ciężko nam się za coś zabrać. Tymczasem w praktyce okazuje się, że zadania z którymi tak zwlekamy, możemy zrobić na cito. Trzeba tylko ruszyć z miejsca, a z doświadczenia wiem, że to jest właśnie najtrudniejsze.
Bez listy to do, moja psychika zaczynała siadać. Co chwilę odkładałam coś na później i moja głowa była coraz bardziej zaprzątnięta i zaniepokojona tym, ile mam zaległości. A było ich coraz więcej i więcej. W końcu powiedziałam dość i każdego wieczora, spisywałam zadania do zrobienia na następny dzień. Rano wstawałam i robiłam wszystko z listy, punkt po punkcie, ale niekoniecznie wg kolejności w jakie punkty zapisałam. Nagle okazało się, że to co odkładałam od miesiąca, zajęło mi w praktyce jakąś godzinę. Dzięki liście to do, przestałam marnować czas, a moje działania stały się dużo bardziej efektywne. Serio - przełożyło się to na jakość całego mojego życia. Zyskała na tym moja psychika, moje relacje z Polą i innymi ludźmi i moja wydajność w pracy.

Ale ale... listy to do, nie realizowałoby mi się tak dobrze gdyby nie to, że ... chce mi się ją realizować. A chce mi się ją realizować, bo mam power i energię. A power mam dlatego, że... biegam! A jak nie biegam, to pocę się na siłowni, a jak nie pocę się na siłowni, to w domu! I nie jakoś przesadnie często i do utraty sił, ale wystarczająco, by uwolnić endorfiny i pozwolić im działać. I wierzcie mi - za każdym razem nie chce mi się tak samo. Pół godziny się zbieram i walczę z samą sobą, ale ostatecznie ruszam i wiem, że bez tego będzie mi naprawdę ciężko. Ruch stał się moją terapią. Pozwala mi być szczęśliwą mimo problemów, z którymi na co dzień się borykam. Pomału zaczynam dojrzewać do decyzji o treningu z trenerem personalnym. Z racji, że jestem ułomna w kontaktach z innymi ludźmi face to face, zwłaszcza kiedy trzeba się przy nich pocić - miałam przed tym zawsze ogromne opory i sztywniałam na samą myśl o tym. Ale... teraz jestem w takim punkcie swojego życia gdzie bardzo doceniam indywidualne podejście do człowieka. Takie podejście wybrałam np. w zakresie wychodzenia z choroby Hashimoto razem z Magdą i o tym samym myślę w zakresie swojej aktywności fizycznej. Koniecznie zerknijcie na artykuł: Trening z trenerem personalnym - dlaczego warto? - to taka moja odpowiedź w pigułce dlaczego takie treningi mogą się okazać dla mniej dużo bardziej skuteczne niż wolna amerykanka na siłowni i działanie na oślep.
I w temacie zmuszania się do ruchu - wiecie co? Jak już kończę bieg, albo trening... to jestem jak nowo narodzona. Chce mi się żyć, cieszyć, pracować, kochać ludzi i kochać siebie. To jest jak jakiś narkotyk, po którym nie ma żadnych skutków ubocznych, ale jakoś życia zmienia się zdecydowanie na lepsze. Serio - niesamowite.
Wręcz ekspresowe. I to nie jakiś shit, wszystko zdrowe. Wiecie np. ugotowany ryż i do tego warzywka usmażone na patelni. Jak nie mam czasu na drugą przekąskę to tradycyjnie białko w proszku. Do posiłków porannych nauczyłam się pić ciepłe herbatki. Zazwyczaj czystek albo jakieś inne ziółka.
Czyli tak zwany balans. Naprawdę uczyłam się tego bardzo długo. Potrafiłam zarywać nowe, odrywać się od zabawy z Polą, bo klient naciska i nie daje żyć. Teraz, kiedy o 16 zamykam laptop, moja praca się kończy. Owszem, odpisuję czasem w wolnych chwilach na wiadomości czytelników, bo one napływają non stop, ale ogólnie staram się to robić w godzinach pracy, bo jakby nie patrzeć, kontakt z Wami to jej część. I to taka naprawdę ważna część, bo to dzięki Wam to wszystko tutaj się dzieje i nie wyobrażam sobie olewać Waszych prób kontaktu ze mną.
Kiedyś publikowałam wpisy na blogu i zajawki w social mediach w godzinach wieczornych - bo więcej osób siedzi z nosem w telefonie, jak dzieci już śpią. I wiecie jak to wyglądało? Miałam wrzucić wpis, miało to zająć dziesięć minut, a zajmowało... godzinę. Bo czasem we wpisie trzeba było coś poprawić, bo coś się rozkraczało, rozjeżdżało. Napisanie zajawki na facebooku i dodatkowo wstawienie zdjęcia na instagram z informacją o nowym wpisie - gdzie te dwie zajawki najczęściej totalnie się od siebie różnią, to jakieś 40 minut roboty. Bo ja nie lubię pisać na odpieprz. Lubię jak treść ma ręce i nogi, więc się rozpisuję, sprawdzam literówki, czytam raz jeszcze, coś dopisuję - i nagle okazuje się, że straciłam na to pół wieczoru. Koniec. Od długiego już czasu, to wszystko co opisuję, robię w godzinach porannych. Najczęściej około 9, żeby później zająć się już pracą, która wymaga ode mnie większej uwagi, skupienia i kreatywności.
To również bardzo wpływa na jakość mojego dnia, dzięki temu, że mam lepszą jakość snu. Już od dłuższego czasu, wynoszę telefon z sypialni z trzech powodów:
Jakość mojego snu poprawiła się od czasu tych zmian niesamowicie. Budzę się znacznie bardziej wypoczęta. Zarówno przed snem jak i po przebudzeniu sięgam po książki, ćwiczę jogę, modlę się. To niesamowicie oczyszcza umysł i odpręża ciało. Więcej o moich porannych rytuałach napiszę już niebawem w osobnym wpisie.
Pracuje mi się o wiele lepiej, odkąd mam nienaganny porządek w mieszkaniu. Z samego rana odkurzam całe mieszkanie, ścielę łóżka itp. Nauczyłam się odkładać wszystko na miejsce OD RAZU, dzięki czemu w mieszkaniu nie uświadczycie bluzy na krześle, szklanki na biurku czy innych niepotrzebnych rzeczy. Gotując, od razu pakuję zmywarkę, trochę myję ręcznie i od razu wszystko wycieram i chowam. Obserwowanie mojej mamy, która właśnie tak dbała o nasz duży dom, przyniosło w końcu efekty. Już nie zalega mi w koszu niepotrzebne pranie, a ubrania z suszarki ściągane są od razu po wyschnięciu, a następnie od razu są prasowane i segregowane.
Wiem, brzmię jak jakaś nawiedzona laska, ale serio to wszystko zajmuje dużo mniej czasu, niż kiedy odkłada się to wszystko na później.

Ufff... To chyba takie najważniejsze punkty, dzięki którym naprawdę zajebiście mi się ostatnio żyje :D Mam ostatnio organizacyjnie tak uporządkowane życie, że znów oddalam się od decyzji o drugim dziecku :P Podoba mi się ten ład i porządek i nigdy bym nie pomyślała, że to wszystko tak bardzo przełoży się na jakość mojej pracy. Jestem na jakimś kreatywnym haju. Odkąd działam z listą to do, moje marzenia i cele nie są tylko gdybaniem i myśleniem o nich, ale są realnym działaniem. Wszystkie duże cele rozbijam na wiele mniejszych i realizuję je krok po kroku. I nagle okazują się być nawet łatwe i realne do ogarnięcia. Polecam każdemu :)
Mam nadzieję, że ten wpis Was fajnie zmotywuje i zainspiruje do jakiś zmian w swoim życiu i do lepszej organizacji. Jeśli na blogu inspiracji mimo wszystko macie za mało, to ponoć moje InstaStories nakręca do zmian na lepsze jak mało co :) Zachęcam gorąco do obserwowania mojego instagrama, w który również wkładam masę czasu i serducha i bardzo cieszy mnie Wasz feedback.
Pamiętajcie dziewczyny - GOOD VIBES ONLY! <3
Łazienka to jedyne pomieszczenie w naszym mieszkaniu wykończone od A do Z. Wszystko jest w niej na tip top i chyba ani razu nie pomyślałam, że wybrałabym inną wannę, inną umywalkę czy cokolwiek innego. Pewnie pamiętacie moją wizytę w BLU salony łazienek, którą zrelacjonowałam we wpisie Ostatnia prosta do wymarzonej łazienki. To właśnie w tym salonie, wybrałam całe wyposażenie swojej łazienki. Efekt końcowy pokazałam Wam o tutaj.
Od całkowitego wyposażenia łazienki minęło jakieś pół roku, ale łazienka jeśli chodzi o podstawowe rzeczy i wykończenie ( płytki, armatura) jest z nami już dziesiąty miesiąc. Przez taki czas można się już jakoś odnieść do jakości materiałów. Pierwszą rzeczą, o której chcę napisać jest fakt, że jednak nie zamontowaliśmy szyby przy wannie, ze względu na zbyt bliskie położenie umywalki. Szyba nie mogłaby otwierać się do strony zewnętrznej, a otwierając ją do wewnątrz, istniałaby obawa, że po zderzeniu z kranem w wannie, rozsypie się w drobny pył. Szyba, szybą, ale nie wyobrażam sobie takiej sytuacji z dzieckiem w łazience... Ok, pewnie pomyślicie, że szyby nie trzeba byłoby wcale otwierać, ale... byłby problem z wejściem do wanny. Z ubikacją po lewej stronie i szybą po prawej, wejście do wanny byłoby mocno ograniczone. Dodać do tego fakt, że mając w przyszłości drugie dziecko, kąpanie go musiałoby się chyba odbywać, kucając na kolanach na ubikacji. Dlatego szyba poszła w odstawkę. Czy żałujemy zatem deszczownicy? Nie do końca. Tak czy siak z niej korzystamy. Da się to robić bez szyby i nie jest dla mnie problemem wytarcie kilku kropli z płytek pod wanną. Poza tym Pola uwielbia jak podczas kąpieli, robimy jej delikatny deszczyk także... jest ok!

Nasza łazienka jest malutka, więc wydaje mi się, że logistycznie jest to wszystko dobrze ogarnięte. Mamy miejsce na ręczniki, na kosmetyki, na detergenty, na kosz na pranie, na wagę itp. Jedyne dwie rzeczy, do których mogłabym się przyczepić to zbyt nisko zamontowana umywalka i kontakt nad pralką, przez który widoczny jest kabel od pralki. Ale to są już moje błędy, bo fachowiec pytał czy nie przenieść kontaktu niżej i pytał na jakiej wysokości montować umywalkę. Wtedy te kwestie w ogóle nie były dla mnie istotne. Teraz też jakoś bardzo nie są, ale gdybym mogła się cofnąć w czasie, pewnie bym zwróciła na to uwagę.
Jeśli chodzi o płytki - może zastanowiłabym się raz jeszcze nad białymi płytkami w połysku na podłodze, ale... sama nie wiem. Efekt jaki jest podoba mi się tak bardzo, że jakoś nie umiem wyobrazić sobie czegoś innego. Trochę dobija mnie czasem fakt, że szybko robi się brudno, ale przywykłam już, że sprzątać trzeba tak czy siak, więc nie ma co ubolewać. Jak jeszcze znajdę jakiś patent na czyszczenie białych fug, to będę w siódmym niebie. No ale... mogłam chociaż wziąć je w macie, byłoby łatwiej - to pewne.
Płytki, które są na ścianach, a jest ich kilka rodzajów - nie mam się do czego przyczepić. Nie widać na nich brudu, nie widać nawet zacieków, no nic. Jeśli chodzi o oświetlenie led, które jest za wysuniętą ścianką z płytkami dekoracyjnymi Zanzibar White Leafs - nie jest to ono przeze mnie jakoś szczególnie używane. Na początku bardzo podobał mi się ten efekt, ale ostatecznie i tak wybieram przygaszony kinkiet nad lustrem.

Umywalka, wanna, ubikacja - sprzęt sprawdza są niezawodnie. Jest naprawdę wysokiej jakości i tak jak myślałam, bardzo zadowolona jestem z miski podwieszanej Azario Argus - bez kołnierza, z deską wolnoopadającą. Czyści się bardzo łatwo, dzięki braku kołnierza, a na to zawsze narzekałam najbardziej. W ogóle czy to na zewnątrz czy wewnątrz, wszędzie jest bardzo łatwe dojście jeśli chodzi o czyszczenie.
Pytaliście czy nie narzekam na czyszczenie białej umywalki - fakt, brudzi się bardzo szybko, ale łatwo się czyści. W ogóle całą armaturę czyszczę takim czymś do psikania, co mój tata przywozi mi z Niemiec - Biff. Spryskuję całość taką białą pianką a potem zmywam gąbką z wodą i wszystko lśni. Czyszczę tak wannę, umywalkę, ubikację i mówię Wam i powiadam, ze ten specyfik jest nieeeezawodny!

Podsumowując - jestem baaaardzo zadowolona. Łazienkę użytkuje się bardzo fajnie, nic w niczym nie przeszkadza, nic się nie rozwala. Odnośnie kwestii wizualnej, w przyszłości za koszem na pranie, chciałabym jeszcze postawić drewnianą drabinkę, na której wisiałyby ręczniki do rąk itp. Myślę też, by zmienić dodatki i dywanik na coś w kolorze, ale tutaj to jest naprawdę kwestia nad którą muszę się mocno zastanowić, bo jak wiadomo kolorów nie lubię :P Możliwe, że pójdę w w kierunku jakiejś butelkowej zieleni, ale ten pomysł musi jeszcze we mnie dojrzeć.
Jeśli macie oczywiście jakieś pytania odnośnie łazienki, śmiało piszcie w komentarzach. Na wszystko odpiszę i pomogę rozwiać wątpliwości w Waszych łazienkowych wyborach. Moje jak się okazuje, były trafione ! :)
Podrzucam Wam również linki do postów łazienkowych na etapie projektowania:


Nie mniej jednak, gdzieś tam w stronę tej nowoczesności mnie ciągnie. Co raz częściej rzuca mi się w oczy thermomix, którym wszyscy się tak zachwycają i choć takie sprzęciory kuszą bardzo, to ja jednak chyba w takich sprawach jestem tradycjonalistką i mimo miłości do nowoczesności - wolę czasem pozostać przy tradycyjnych rozwiązaniach.
Ostatnio buszowaliśmy z F. po sklepach i w sumie to byłam w szoku ile teraz jest tego wszystkiego na rynku - mam wrażenie, że z jednej strony ilość tych gadżetów i sprzętów wynika z zapotrzebowania ludzi, którzy dzięki nim, chcą mieć więcej czasu, a z drugiej - na te wszystkie cuda trzeba zarobić, więc ten czas właściwie i tak poświęcamy na pracę - błędne koło, no ale... takie czasy.
Nie powiem, gdybym miała gruby portfel i trochę większe mieszkanie pewnie i sama bym się na różne różności pokusiła. Póki co obserwuję i obiektywnie wyciągam wnioski, czy dane rzeczy są tylko i wyłącznie chwytem marketingowym, wmawiającym ludziom, że tego potrzebują, czy może rzeczywiście naprawdę ułatwiają ludziom życie i warto w nie zainwestować?
Powiem Wam dzisiaj o kilku rzeczach, w które moooże mogłabym zainwestować i nie są to jakieś mega wymysły, a raczej rzeczy, które mi, perfekcyjnej pani domu, mogłyby się rzeczywiście przydać :)
Co prawda nie dla mnie, bo kawy nie lubię, ale dla gości już jak najbardziej. Większość z nich pije kawę, więc nie mogę być samolubna :P Nie znam się na tym co prawda totalnie i mam nadzieję, że nie jestem sama - gdybyście przymierzały się do zakupu to warto zerknąć do artykułu: Jaki ekspres do kawy kupić? Jak wybrać najlepszy? . Choć kawoszem nie jestem, to potrafię się domyślić, że dla prawdziwych miłośników kawy taki ekspres to naprawdę mega fajna sprawa. Te wypasione tanie nie są, ale ponoć warto :)

Przy moich białych podłogach, mogłoby to być spore ułatwienie, a i sprzęt sam w sobie zajmuje mało miejsca i mógłby być np. pod łóżkiem. Cena mnie osobiście jednak powala i zainwestowałabym w to chyba jedynie wtedy, gdybym miała do odkurzania jakieś 200 metrów a nie ledwo co 60. Minus tych sprzętów jest taki, że i tak nie dotrą wszędzie - zakamarki, kąty itp. Mimo wszystko - fajna sprawa.

Do tej pory używałam prasowacza parowego, z które byłam bardzo zadowolona, no ale... 60 metrowe mieszkania rządzą się swoimi prawami. Nie mam już na niego miejsca. Gdzieś tam chodzi mi po głowie żelazko z generatorem pary, ale to też zajmuje już trochę więcej miejsca niż tradycyjne żelazko. Nie jest to coś bez czego bym nie przeżyła, ale jak już prasować to fajnie było chociaż mieć do tego fajny sprzęt :D Póki co kupiłam sobie zwykłe żelazko za jakieś 2 stówy. Podrzucam Wam też artykuł: Jakie żelazko wybrać? Parowe? Z generatorem pary? Stację pary?

To akurat jest mój must-have i nie ma w tym grama przesady. Teraz, kiedy większą wagę przywiązują do zdrowia, zaczynam być na tematy bakterii wyczulona. Nawilżacze z tego co widziałam, są różnej wielkości a ceny też są totalnie różne, bo możemy dostać coś poniżej 1000, a możemy dostać coś powyżej... dwóch O.o W tej kwestii jednak, nie jestem zwolenniczką przepłacania. Nawilżacze robią teraz furorę, toteż producenci prześcigają się coraz bardziej w ulepszeniach, a co za tym idzie podnoszą ceny swojego produktu. Nie zagłębiałam się zbytnio w różnice funkcjonalności, ale myślę, że jak i we wszystkim, nie trzeba płacić milionów, za markę i "modę", a wystarczy kupić coś co będzie spełniać swoją funkcję tak samo jak sprzęt trzy razy droższy.
No nie zgadniecie w jaki sposób sobie to uroiłam :D Się robi słodkości ( zdrowe!) w kuchni i wykorzystuje do nich w głównej mierze orzechy... to by się chciało te orzechy skutecznie w czymś mielić. Mam mini blenderki, ale są one raczej do miękkich rzeczy. Do kruszenia lodu, orzechów i tym podobnych produktów, potrzebne są już blendery o silniejszej mocy. Trochę poczytałam, m.in tutaj ---> Blender do orzechów - jak wybrać najlepszy blender do orzechów? - i z tego co wyczytałam przy mieleniu rzeczy takich jak orzechy potrzeba już blendera o mocy ok. 750 W. No i najlepiej wybierać stopę ze stali nierdzewnej. No cóż... może kiedyś :D

Możecie się ze mnie śmiać, ale powiedziałam swojemu F. że może mi coś takiego sprawić na następne urodziny :D Serio! Pucuję podłogę co dwa dni, ale najchętniej pucowałabym ją codziennie. Uuuuwielbiam jak się lśni! Oczywiście mam wielką nadzieję, że czyściłoby mi się nim nieco lepiej niż tradycyjnym mopem. Biała podłoga nie jest jakaś specjalnie wymagająca wbrew pozorom, ale moja ma powłokę wodoodporną i jak już jest na niej jakiś brud, który mocno wszedł w te "rowki" to muszę już się nieco przyłożyć :D No ale będąc szczerą pojęcia zielonego nie mam jak taki mop funkcjonuje - swoje kosztuje, toteż oczekiwałabym efektów. Niby zajmuje trochę miejsca, ale w sumie przy normalnym mopie więcej miejsca zajmuje wiadro więc chyba na jedno wychodzi.
Nooo i to jest coś! :D Co prawda na początku nie łapałam czym tu się zachwycać, ale teraz jak złapałam fazę na gotowanie i widzę co z tym cudem można zrobić to awrrr - też bym chciała, no! Ale tutaj cena powala mnie już do tego stopnia, że pozostawiam w sferze marzeń ściętej głowy. Aż tak mi nie zależy haha :D Ale... szczerze zazdroszczę każdemu kto posiada! Tak zdrowo zazdroszczę :P

W sumie to mogłabym wymieniać i wymieniać, bo bajerów na rynku nie brakuje, ale ze wszystkiego co mi w oczy wpadło, propozycje powyżej jakoś najbardziej do mnie przemawiają. Gdyby jednak chciało się mieć wszystko, to najpierw trzeba byłoby wybudować dom o powierzchni 300 metrów, żeby mieć gdzie to wszystko składować :D Ja na swoich 60 metrach na razie aż tak wiele nie potrzebuję. I może to i lepiej! ;)
Ile to ja miałam pomysłów na swoje mieszkanie, na to jak będzie wyglądało... tego to nie wie nikt, nawet ja sama. Od miłości do stylu skandynawskiego, po miłość do pięknego glamour. Na czym się skończyło? Na tym, że w sumie wybieram to co mi się podoba i dbam o to, żeby wszystko do siebie w miarę pasowało. Jaki wyszedł z tego styl? Sama nie wiem :D
Pisałam Wam o tym już milion razy, ale wiem, że mogą tu być osoby, które dopiero co tu trafiły, dlatego krótko napiszę jaki był zamysł. Ogólnie wymyśliłam to sobie w swojej głowie tak, że bazą jest biel: ściana, podłoga. I tą biel miałam uzupełnić kolorami. Wiem jednak, że mówiąc kolorami, większość może czuć się rozczarowana, że są one tak stonowane i w większości...szare :D No ale doceńcie moje starania, że mimo miłości do bieli i szarości, wplotłam jednak jakiś mini element różu i niebieskiego. Dla mnie to już max kolorów, które mogę u siebie tolerować :P
Generalnie wyszło tak, że jest i trochę z kochanego glamu, ale jest też coś ze scandi ( np. narożnik czy drewniane ramki na ścianie ) co ociepla nieco wizerunek salonu. 100 % glamu nie jest dla mnie, bo poczułabym się jak w pałacu, a to ma być jednak DOM. Dla mnie wyszło idealnie i chyba nic na obecną chwilę bym nie zmieniła ( jeszcze się nie nacieszyłam). Poza tym - rzeczy z kategorii glamour, naprawdę wysokiej jakości, mają ceny z kosmosu. Te tańsze niestety wyglądają strasznie tandetnie.
Pierwszym elementem, który znalazł się w naszym mieszkaniu, jak jeszcze siedzieliśmy tyłkami na podłogach, był stolik. I już od samego początku dostałam o niego kilkadziesiąt zapytań, mimo, że gdzieś tam delikatnie tylko przewijał się na kilku zdjęciach. Właścicielkę marki TAVOLINI poznałam na targach i była to jedyna osoba z która nawiązałam kontakt, bo jej produkty na targach wnętrzarskich olśniły mnie do tego stopnia, że nie mogłam się nie zatrzymać :D Od razu wiedziałam, że stolik tego typu idealnie wpisze się we wnętrze, które wtedy dopiero planowałam w swojej głowie. TAVOLINI to młoda firma. Oferowane przez nich stoliki wpisują się w aktualne trendy światowego designu, a modele stolików są minimalistyczne. W ofercie mają bogaty wybór rozmiarów i kształtów, możecie np. wybrać sobie stolik okrągły. Stoliki Tavolini to połączenie stali nierdzewnej polerowanej z blatami wykonanymi z włoskich spieków kwarcowych marki Laminam. Jeśli chodzi o blat to również możecie sobie wybrać spośród wielu proponowanych w ofercie. Blaty są odporne na kwasy, w tym sok z cytryny i są bardzo łatwe w utrzymaniu - możecie z nich zmyć nawet ślady po pisaku, a to przy dzieciach bardzo prawdopodobne :P Blaty są higieniczne i żywność może mieć z nimi bezpośredni kontakt. Ciekawe jest też to, że można bez obaw odłożyć gorący kubek bezpośrednio na blat. Blaty są też odporne na jakiekolwiek zarysowania itp.
Jeśli chodzi o mój stolik to jest to kwadrat w rozmiarze 80x80 z blatem o nazwie Pietra Di Savoia Grigia i podstawą ze stali nierdzewnej z wysokim połyskiem.



Jeśli chodzi o narożnik, to przyznam, że kierowałam się w jego przypadku wyglądem a nie funkcjonalnością. Nie jest rozkładany, ale jakoś wielce mi na tym nie zależało. Teściowa mówi, że śpi się dobrze :D Jest bardzo wygodny, piękny i soliiiidny. Model narożnika to REPOS od Vox. Na stronie do wyboru jest chyba mniej tkanin, niż na miejscu w salonie, więc warto wybrać się do najbliższego salonu i obejrzeć wszystkie próbki materiałów. Tkanina, którą ja wybrałam to SOFIA13 grupa C. Nóżki narożnika są z drewna bukowego. Plusem jest ich wysokość, która pozwala na dotarcie odkurzaczem do tych zazwyczaj trudno dostępnych miejsc, bez konieczności przesuwania mebla. Szczerze? Nie zamieniłabym tego narożnika na żaden inny. Super mi się na nim odpoczywa i cieszy oko każdego dnia.


To jest petarda. Swoje kosztuje, ale za tą jakość, rozmiar, wykonanie i wzór - można zapłacić! W poprzednim mieszkaniu trzy razy kupowałam gówniane dywany za ok. 300 zł każdy! Wszystko tandetne, łapiące brud w tempie ekspresowym i na maksa beznadziejnie wyglądające w realu... w dodatku tak ciężkie w utrzymaniu, że wszystko z czasem lądowało na śmietniku.
Ale ten dywan... to jest jakiś kosmos. Można go znaleźć w sklepie Carpets&More gdzie jest masa cudownych dywanów - różne rozmiary, różne wzory i wszystko absolutnie zachwycające i unikatowe. W życiu nie sądziłabym, że zdecyduję się na dywan patchworkowy, ale ten wpadł mi w oko od razu. Próbowałam szukać czegoś innego, bo byłam święcie przekonana, że rozmiar 140x200 jest za duży, ale miłość do wzoru od pierwszego wejrzenia wygrała, a dywan w salonie okazał się rozmiarowo idealny - jakby był szyty na miarę. W rozmiarach mniejszych, dywan ten występują w konfiguracji prostokątów 4x4 a nie 3x3 jak u mnie. Ten 4x4 pokazany jest na stronie, o tutaj. Nie chcę Wam tutaj kurcze wypisywać poematów o dywanie, ale serio on jest tak boski, że nie mogę się wciąż nim nacieszyć :D ( jak wszystkim hahaha)




Dywan jest mega łatwy w utrzymaniu, nic się z nim nie dzieje, nie łapie brudów, wystarczy go odkurzyć i po sprawie. To zasługa niskiego runa, ale nie pytajcie mnie o to :D Tak napisali na stronie :P Znawcą dywanów nie jestem, toteż ten fragment opisu muszę tutaj wkleić:
"Ten piękny dywan jest nowy, ale został celowo poddany procesowi szlachetnego postarzenia, by uzyskać efekt Modern Vintage. Oprócz niezwykłej estetyki dywan ten cechuje absolutnie bezkompromisowa jakość wykonania. W 100% naturalne materiały – 15% wełny nowozelandzkiej i 85% bawełny szenilowej – sprawiają, że jest nie tylko przyjazny dla środowiska (w pełni biodegradowalny i wyprodukowany przy użyciu najbardziej ekologicznych technologii), ale również niesie ze sobą niepowtarzalne korzyści i udogodnienia w życiu codziennym"
Jest sztosik, co? Serio, lepiej wybrać nie mogłam!
Wszystkie poduszki, które znajdują się w moim salonie pochodzą ze sklepu Pillovely. Szczerze mówiąc wzory ich poduszek ( od totalnie klasycznych, po takie ze zdobieniami) są na maksa unikatowe i niepowtarzalne. Poduszki są wykonane z mega dokładnością i nie można się tutaj do niczego przyczepić. Nawet mój F. który jeśli chodzi o to co kupuję do wnętrz, nie zwraca na to szczególnej uwagi ( bezczelny ) o poduszkach powiedział, że są mega fajne i miłe w dotyku i widać, że nie jest to żadna tandeta. Kto na bieżąco ogląda stories, ten widział jak ekipa Pillovely pakuje swoje produkty - każda poduszka, w osobnym kartoniku dekoracyjnym, a każdy kartonik ręcznie ozdobiony - wszystkie różne, wszystkie absolutnie piękne! Ja wiem, że to tylko karton, opakowanie, ale ja mam tak, że dla mnie to w czym przychodzi produkt robi dużą robotę i zawsze taką firmę postrzegam jako maksymalnie dbającą o klienta, a nie traktującego go jako kolejne zamówienie w sklepiku, które trzeba szybko owinąć streczem i niedbale wysłać, byle chajs się zgadzał.
Poduszki są produktem polskich, szytym w lokalnych szwalniach. Gwarantuję Wam, że wszystkie poduszki są tak unikatowe, że możecie mieć pewność, że nie zobaczycie ich w co drugim mieszkaniu.
Różowe poduszki, które są u mnie w salonie to JUGE z kolekcji retro. Niebieskie jak widać są z tej samej kolekcji i nazywają się LISAMI , a te fioletowawe myślałam, że będą bardziej szare, ale i tak są śliczne - to klasyczne poduszki DALA.




Plakaty w ramach są ze strony Bluebird Design. Nawet nie wiecie ile czasu zajęło mi wybranie i stworzenie kompozycji, która nie ograniczałaby się do powieszenia trzech pionowych plakatów obok siebie :D Ale dałam radę. Początkowo wszystkie plakaty chciałam zamówić w srebrnej ramie, ale stwierdziłam, że dla przełamania, dwa mniejsze wezmę w ramkach drewnianych. Ktoś może powiedzieć: to kompletnie do siebie nie pasuje! Zapewne dla wielu osób, tak to właśnie będzie wyglądało, ale mi się podoba i lubię takie nie oczywiste rozwiązania. Plakaty są starannie wykonane, a na stronie jest dużo fajnych grafik do wyboru, do każdego pomieszczenia.
Teraz przy efekcie "finalnym" widzę, że na ścianie jest jeszcze sporo miejsca, żeby dodać kilka mniejszych grafik, ale póki co - pas. Nie chcę przesadzi. Na razie podoba mi się tak jak jest.






W kwestii oświetlenia miałam najwięcej wątpliwości. Prześledziłam chyba cały asortyment we wszystkich sklepach online i stacjonarnych wzdłuż i wszerz. Finalnie stwierdziłam, że nie ma sensu wydawać 500 zł albo i więcej na lampę, która podoba mi się jedynie "jako tako" a nie urywa mi tyłka. Toteż kupiłam w leroy dwie jednakowe lampy do salonu i kuchni, każda po stówce i póki co mi styka. Lampa idealnie pasuje mi do salonu i nie sądzę, że będę mieć jakieś parcie, żeby ją zmieniać. Wręcz przeciwnie, odczuwam dumę, że straciłam tak mało kasy, a efeky mi się podoba :D


W świeżo odebranym mieszkaniu, grzejnik był dokładnie tam gdzie teraz stoi narożnik - centralnie za nim. Mało tego, był tak wielki, że nie było opcji, trzeba było to wszystko przenieść na ścianę, na której jest wyjście na balkon. No ale tam z kolei trzeba było już kupić grzejnik pionowy, z rodzaju tych dekoracyjnych. Sporo się naszukałam, zwłaszcza, że okazało się, ze te super cienkie i ładne, mają bardzo małą moc, mianowicie ogrzewają pomieszczenia mające do ok. 4 m2. Ten grzejnik znalazłam w necie i kupiliśmy go za ponad 2 tys złotych, ale było warto. Jest naprawdę ładny i porządnie grzeje. Cena wcale nie jest kosmiczna, grzejniki dekoracyjne z prawdziwego zdarzenia czyli już naprawdę przypominające jakieś dekory czy rzeźby, to koszta rzędu nawet 20 tys złotych. Kosmos.

Na sam koniec zostawiłam drobiazgi, które widać na stoliku. Tacy naszukałam się jak chora, ale w końcu znalazłam piękną, lustrzaną i w dodatku nie taką masywną, jak chciałam kupić pierwotnie. Ta jest delikatna i meeega efektowna. Będę nudna, jak powiem, że się nią niesamowicie jaram :D Kupiłam ją w sklepie primavera home.
To co na tacy, logiczne, że będzie się zmieniać, ale póki co postawiłam na niej to, co kolorystycznie pasuje do całości - upolowany dwa lata temu zestaw filiżanek i talerzyków na stojaczku ( westwing) i śliczne jabłuszka ze sklepu KiK - za mega grosze.
Kwiatki są w zwykłej szklance z Zara Home. Szklanki te pokazywałam Wam już we wpisie z Wielkanocną aranżacją stołu.




Kąt, który Wam pokazałam, właściwie jest już skończony, ale i tak się zmieni, kiedy dojdą zasłony i firanki oraz piękne listwy przysufitowe. Za narożnikiem zostanie również położona sztukateria taka jak na ścianie z telewizorem ( pokaże Wam w następnym wpisie), ale czekam na montaż kuchni, żeby wiedzieć, dokąd mają sięgać listwy ( kuchnia jest na tej samej ścianie co narożnik). Te dodatki jeszcze bardziej uprzytulnią ten kącik i będzie to wyglądało dużo lepiej.

Salon w całości pokażę Wam na przełomie lipca/sierpnia, kiedy zostaną już położone tapety, powieszone zasłony i kiedy kupię w końcu stolik pod TV - a tutaj sprawa nie jest prosta, bo również mi się nic nie podoba :D
Póki co - to na tyle. W urządzaniu własnego gniazdka, najważniejsze jest to, żeby finalnie, czuć się w nim po prostu dobrze. Ja czuję się wyśmienicie, więc chyba osiągnęłam zamierzony efekt. Jest idealnie, tak jak lubię. Jasno, szaro, srebrno, ale dla mnie... przytulnie. To wnętrze stworzone typowo dla mnie, ale mam nadzieję, że goście i domownicy również się w nim odnajdą... ;) Dziewczynkom jak zaraz zobaczycie, odpoczywa się w tym kącie całkiem dobrze :P
A na koniec, dziękuję Wam za cierpliwość - wiem, że ogromna liczba czytelników, czekała z niecierpliwością na kolejny wpis z naszego gniazdka, ale wiecie jaka jestem... wolę zaczekać niż robić coś na odpieprz :) Mam nadzieję, że się podoba i że wielu z Was choć odrobinkę zainspiruję :*























