Wiecie... jeszcze jakiś czas temu byłam pewna, że wiem jak się gra w to całe macierzyństwo. Że mając na uwadze błędy moich rodziców, znajomych i ogólnie całego świata - wiem czego unikać jak ognia, żeby moje dziecko wyrosło na pewną siebie kobietę, która nie ma problemu z poczuciem własnej wartości, która jest dobrym człowiekiem ble, ble ble. Ale wiecie co? To, że nie popełnię dwudziestu błędów, nie oznacza, że nie popełnię dziesięciu innych. Nie mamy absolutnie żadnej pewności, że naszą robotę odwalamy dobrze, dopóki nasze dziecko nie dorośnie, a jego zachowanie nagle uświadomi nam, gdzie popełniliśmy błąd. Na początku przygody z macierzyństwem, jak większość matek, byłam w stanie dostrzegać, co inni robią źle, nie dostrzegając wad u siebie. Dzisiaj jest wręcz odwrotnie. Zrozumiałam, że każdy ma swój model wychowania i to, że jest inny od naszego, nie oznacza, że jest zły. Możemy krzywo patrzeć na matkę, która daje swojemu dziecku słodycze, ale ta sama matka, może krzywo patrzeć na nas, bo przekraczamy inną, ważną dla niej granicę. Nie ma jednak sensu patrzeć krzywo na cokolwiek, a po prostu przypatrywać się sobie. Wychodzić z siebie i patrzeć na wszystko od boku. Ocenić siebie oczyma osoby trzeciej. Jaką jestem matką? Jak zwracam się do swojego dziecka? Gdzie popełniam błąd? Co mogę zmienić? W momencie, w którym zaczęłam tak postępować, okazało się, że wizja tego jaką jestem matką, troszkę odbiega od tego jak to wygląda w rzeczywistości. Wiecie... to wbrew pozorom całkiem pospolite. Osoby, które w sieci piszą o tym jak pozytywnie żyć, a kiedy je widzę narzekają na wszystko i na wszystkich... ale w dalszym ciągu uważają, że tak nie robią. Tak samo z byciem matką - dużo rzeczy nam się wydaje. Samokrytyka w naszym przypadku to obowiązek.
W tym całym ocenianiu, w tym całym szale na bycie matką idealną, jest taka szara matka jak ja. Która niby wie co robi, ale kiedy tak naprawdę się nad tym zastanowi stwierdza, że... kompletnie nie wie co robi! Kompletnie nie wiem, czy moje zasady, których się trzymam są dobre. Kompletnie nie wiem, czy mój model wychowania będzie miał dobry wpływ na moje dziecko. Podążam za intuicją, a ona nie daje mi żadnej gwarancji na to, że mój "eksperyment" odniesie sukces. Wierzę w to głęboko, ale... pewności nie mam żadnej! Wiele osób pyta mnie o to, czy w naszym domu panują jakieś zasady, czy zwracam szczególnie uwagę na coś podczas spędzania czasu z Polą. Owszem. Mam kilka takich rzeczy, które uważam, że są dobre, mam w głowie pewne rzeczy, które wiem, że na pewno są złe. Ale nie tworzyłam i nie będę tworzyć gotowych recept na wychowanie szczęśliwego dziecka, bo uniwersalnej recepty nie mam. Każde dziecko jest inne. Moje cudowne sposoby nie zawsze działają nawet na moje dziecko, a co dopiero na inne. Ale tak. Mam sposoby, mam pewne zasady.
Na przykład takie, że w naszym domu mówimy stanowcze NIE dla krzyku. Tutaj od razu zaznaczę, że jest to NIE dla krzyku, nie dla unoszenia głosu. To dla mnie dwie różne sprawy. Mogłabym wrzeszczeć jak opętana, krzyczeć itp. i to nie tylko na dziecko. Ale niech mi ktoś wytłumaczy jaki jest sens krzyku? Poza tym, że dostarczymy sobie podczas naszego wydzierania się dawki stresu, a tego naprawdę wolę sobie oszczędzać. Czy krzyk przynosi jakiś efekt? Wg mnie... żaden. Działa on albo tak, że stresuje nasze dzieci, albo... nie działa wcale. A dzieci mają z tego wręcz bekę. Krzyk nie załatwia niczego i nie dam sobie wmówić, że załatwia. Jeśli pod jego wpływem dziecko nagle posprząta pokój... brawo Ty. Ale nie sądzę, że sprawi on, że dziecko zrozumie. A chyba o to nam chodzi prawda? Żeby dziecko zrozumiało. Tak. Unoszę głos. Ale nie drę się jak opętana.
To, czego brakowało mi, na etapie gimnazjum, to szczerych, spokojnych rozmów z rodzicami. Rozmów o błędach, o tym co nas boli i smuci. Staram się namawiać do tego zarówno F. jak i Polę. Bo faceci to jednak mają z tym spory problem. Nie dusimy w sobie swoich problemów, nie zamykamy się na świat - rozmawiamy! Pola, jako 3,5 latka ma czasem problemy ze swoimi emocjami. Zamiast jej mówić, że wymyśla, po prostu pokazuję jej, że jej problem jest dla mnie ważny i że powinna mi o nim na spokojnie powiedzieć, a nie trzaskać drzwiami i krzyczeć. Nie zrozumcie mnie źle. Mam chwile słabości i moje dziecko też je ma - i czasem w natłoku wszystkiego, ciężko jest spokojnie rozmawiać i tłumaczyć, kiedy dziecko odprawia właśnie furię życia. Ale staram się. Na prawdę się staram. Bo z doświadczenia wiem, że nie ma nic gorszego, niż tłumienie wszystkiego w sobie + świadomość, że nie masz na kogo liczyć...
Kolejna zasada jest taka, że ... owszem, słodycze nie są dla nas złem i sporadycznie można je jeść. Ale jeśli już pozwalamy na takie coś, to niech w całej reszcie, którą jemy na co dzień będzie jak najmniej syfu. Bo jeśli już pozwalam na małą, czekoladową rozkosz, to nie dokładam do tego słodkich chrupek, słodzonej wody smakowej, naładowanego chemią chleba i nuggetsów z paczki, które w środku są fioletowe. Nie wiem kompletnie czy robię dobrze czy nie, ale jeśli Pola prosi mnie o jakiś słodycz w drodze z przedszkola, to nie robię z tego żadnego problemu. Po drodze i tak zaliczamy pięć placów zabaw, 3 kilometrowy spacer, w domu czekają na nas same zdrowe pyszności. Nie ma już podjadania czekoladek, ale jest podjadanie chrupek. Kto nas obserwuje ten wie, że jesteśmy wierne Tygryskom, które w sumie wcina ochoczo nie tylko Polka ale i F. Ja staram się jednak między posiłkami nie podjadać nic, bo przy moich problemach z tarczycą, wolę trzymać się określonych pór. Ale niech familia sobie dogadza, nie mam nic przeciwko! Wy również będziecie mogli sobie pochrupać co nieco, wystarczy, ze dotrwacie do końca wpisu... tam czeka na Was niespodzianka! Ale jeszcze chwila...
Wracając do zasad i modelu wychowywania. Zasad jest u nas całkiem sporo, choć nie są to jakieś szczególnie wyjątkowe zasady, bo podejrzewam, że podobne panują w większości domów. Nie mam też szczególnych metod wychowania i tak jak pisałam wcześniej... ja nie do końca wiem co robię. Staram się wychowywać swoje dziecko w atmosferze spokoju, wsparcia, miłości, ale z pewnymi granicami, których nie pozwalam przekraczać. Czy coś jest dla mnie szczególnie ważne? Myślę, że zaszczepienie w dziecku dobra, empatii i wrażliwości. Zaszczepienie miłości do świata, ludzi i do natury, a w tym wszystkim zaszczepienie wiary i pewności siebie. Wierzę, że będąc dobrym, kochającym, ale też pewnym siebie i swoich możliwości człowiekiem - świat będzie stał przed nami otworem! Wszystko będzie możliwe! Przekonałam się o tym na własnej skórze, choć dopiero po 20 - i chcę by przekonała się o tym moja córka. Znacznie wcześniej niż ja... Czy mi się uda? Kiedyś się dowiem...
Tymczasem na koniec, mam konkurs dla wszystkich mam i tatusiów. Nieważne, w jakim duchu wychowujecie swoje dzieci, na pewno uwielbiacie sprawiać im radochę, prawda? Zatem, do dzieła!
Do wygrania są:
Zasady są proste:
Będzie mi miło jeśli skomentujesz post na FB i udostępnisz go publicznie :) Niech o zabawie dowie się więcej osób!
Bawimy się od 15.10 do 29.10. POWODZENIA!
Kochani! Dziękuję wszystkim za udział w tej myślę, świetnej zabawie! Wszystkie komentarze były jak zwykle genialne, ale zasady to zasady. Choć muszę przyznać, że to fajnie, że dzisiaj nagrody lecą aż do trzech osób! Oto zwycięzcy:
Serdecznie gratuluję i proszę o wysłanie swoich danych do wysyłki wraz z numerem telefony na e-mail: alicja.wegner.blog@gmail.com
Pozostałym dziękuję za zabawę i oświadczam, że przed nami kolejne niesamowite zabawy, w których do wygrania będą bardzo atrakcyjne nagrody. Nie poddawajcie się! :)
Nie było źle. Dawałam radę, bo musiałam, ale ... moja praca nie mogła przebiegać tak jak bym tego chciała i przede wszystkim nie mogła dać mi zarobków i efektów jakich oczekiwałam. Nie było to po prostu możliwe, bo praca nie może być w 100% efektywna, jeśli co pięć minut się od niej odrywasz. Nie zarabiałam wtedy jeszcze "kokosów", ale wiedziałam, że inwestycja w przedszkole, w moment mi się zwróci. Byłam tego pewna. Przedszkola szukałam dość ostrożnie i szczerze mówiąc... byłam wybredna. Koniec końców, wybrałam najbardziej polecaną placówkę, którą była moim pierwszym strzałem, czyli Jeżykową Dolinkę.
Nie dramatyzowałam i nie stresowałam się. Nieco ciężej było mi już po fakcie, ale o tym zaraz. Wiele z Was pyta - jak przygotować dziecko do przedszkola? Jak przygotować siebie? Myślę, że większość z nas ... za bardzo panikuje! Ja paniki unikam, ale wątpliwości miałam - przyznaję się bez bicia. Czy na pewno dobrze robię? Czy nie jestem przez to złą matką? Czy nie będzie miała mi tego za złe? Co jeśli to za wcześnie? - myślę, że fakt iż te pytania w ogóle pojawiają się w naszej głowie, są same w sobie dowodem na to, że... jesteśmy naprawdę dobrymi matkami. Podejmujemy decyzje i to normalne, że możemy nie być ich w 100% pewne. W macierzyństwie niczego nie można być pewnym. Każde dziecko jest inne i nie jesteśmy w stanie przewidzieć jaki będzie przebieg przedszkolnej przygody. Gdybym teraz mogła spojrzeć na swoją decyzję z perspektywy czasu i wywnioskować, które moje kroki ( kierowane intuicją ) były znaczące na tej nowej drodze w życiu Poli, jak i w moim... na pewno teraz dostrzegłabym idealnie, co tak naprawdę pomogło nam przejść przez ten nowy dla nas etap. Wiedząc wiele o emocjach człowieka, jestem pewna, że to o czym napisze, może pomóc Ci spojrzeć na przedszkolne wyzwanie w nieco inny sposób. Pozwól, że poniżej w nieco psychologiczny i charakterystyczny dla rozkminiacza takiego jak ja sposób, opiszę Ci co moim zdaniem jest szczególnie ważne, kiedy decydujemy się wysłać nasze dziecko do przedszkola.
Mimo wielu pytań w mojej głowie, mimo wstydliwości Poli i mimo braku tak naprawdę świadomości, czy ona jest na to gotowa - wierzyłam w nią i pokazywałam jej to na każdym kroku. Wierzyłam w to, że sobie poradzi, że pokocha nowe przedszkole i dzieci. My rodzice, mamy w sobie coś takiego, że ... jednak w te nasze dzieci trochę wątpimy. Widzimy w nich wiecznie małe bączki i czasem dziwimy się, z iloma rzeczami radzą już sobie same. Nie wątp w swoje dziecko - nie wmawiaj sobie i innym, że sobie nie poradzi. Dziecko umie przystosowywać się do nowych sytuacji lepiej niż myślisz. Może to mu zająć mniej lub więcej czasu - to zależy od dziecka, ale wierz mi, że dziecko w wieku 3 lat pragnie być wśród dzieci, a nie widzieć tylko buzię mamy. Pola odkąd skończyła 2 lata, zamęczała mnie ciągłym wykrzykiwaniem: do dzieci! Była wstydliwa i mimo chęci bycia wśród dzieci i tak bardzo często MAMA była jednak niezbędna do zabawy, ale jedno było pewne - mama nie jest już jedyna i niezastąpiona. Dziecko zaczyna potrzebować kogoś w swoim wieku.
Od samego początku mojej przygody z macierzyństwem, całkiem intuicyjnie, a nie za radą żadnych poradników ( bo takowych nie czytam), zarażam Polę pewnymi rzeczami, stosując - można by powiedzieć, że autosugestię. Sugeruję jej, że coś jest fajne, opowiadam o tym w radosny sposób. Stosuję tą zasadę np. odnośnie mycia zębów, jedzenia warzyw i owoców, a także... przedszkola. Już długo, długo przed pójściem do wymarzonej placówki, opowiadałam Poli o tym co robią dzieci w przedszkolu, pokazywałam jej filmiki, opowiadałam o swoich przygodach. Zwracałam uwagę jak widziałyśmy przedszkolne grupy na spacerze, mówiłam o tym jak dużo spacerują i chodzą bawić się w parku. Dzięki temu wszystkiemu, zbudowałam w głowie Poli, obraz przedszkola jako miejsca, w którym są dzieci, jest zabawa, jest fajnie. Czasem Pola dodawała "ale mama tam będzie?" - nie wdawałam się wtedy w zbędne dyskusje i nie wytrącałam jej z tej wizji radosnego przedszkola. Odpowiadałam, że na początku mama będzie, ale później będzie musiała już iść do pracy - następnie dalej kontynuowałam opowieści. Nie mam w sobie czegoś takiego, by pogłębiać w dziecku negatywne reakcje, tylko po to, by "zrozumieć dziecka emocje". Rozumiem je doskonale, bo sama byłam wrażliwym i wymagającym uwagi dzieckiem. I ostatnie czego takie dziecko pragnie to niekończącej się rozmowy o tym, że jest na przykład smutne.
Bagaż doświadczeń jaki mam na plecach, lata pracy nad samą sobą i dziesiątki przeczytanych książek, nauczyły mnie, że... wszystko zaczyna się w głowie. Wszyscy to powtarzają, ale mało kto wie tak naprawdę jaki jest prawdziwy sens tych słów. To nie jest jakiś wymysł. W tym krótkim zdaniu, kryje się przepis na powodzenie we wszystkim: w pracy, w miłości, w macierzyństwie. Skoro wszystko zaczyna się w głowie, to przede wszystkim musimy sobie uświadomić, że nie dotyczy to tylko dorosłych. Wiem, że nie jest tak prosto matce, która musi odciąć pępowinę, uwierzyć w to, że wszystko będzie dobrze i nie odczuwać strachu ani stresu. Myślę, że przy takich decyzjach te emocje są nieuniknione. Od nas zależy jednak intensywność danych odczuć. Od nas zależy też, w jaki sposób przez to wszystko będzie przechodzić dziecko. Bo dziecko moi drodzy, czuje. Czuje to co, co jego matka. Zarażamy strachem, zarażamy brakiem pewności. Jesteśmy silnie związane z naszymi dziećmi i czy chcemy czy nie - nasze emocje, nawet silnie skrywane, są przez dziecko odczuwalne. Dziecko czuje nasze przyspieszone bicie serca, czuje zmianę w głowie. Możemy się dobrze kamuflować, ale nasza pociecha i tak wyczuje, że... coś jest nie tak. Serio, zwróćcie kiedyś na to uwagę. Nie bez powodu mówi się o tym, że szczęśliwa mama to szczęśliwe dziecko. Mam wrażenie, że większość humorów mojej córki, jest spowodowana właśnie przez moje gorsze dni i zmiany nastawienia. Dlatego własnie, musimy pamiętać o tym, że... przy dziecku jesteśmy cyborgami! Nie ukazujemy strachu, zarażamy spokojem, pewnością i ufnością. Nie robimy smutnych min przy pożegnaniu, nie przytulamy w sposób, który sugeruje dziecku: już Cię więcej nie zobaczę. Ale pokazujemy, że są dla nas ważne i że się z nimi liczymy. To znaczy nie mówimy: nie wymyślaj, czego Ty się boisz - nie negujmy, ale też nie dajmy zbytnio dziecku roztrząsać tego, że się boi. Przemieniajmy wszystko w pozytywy niczym cudotwórcy.
To samo tyczy się sytuacji, już w trakcie adaptacji, czy pierwszych dni w przedszkolu bez rodzica - nie zamęczajmy dziecka pytaniami o to jak było. Zapytajmy raz i dajmy spokój. Budujmy pozytywną aurą podczas rozmowy o przedszkolu i nie sugerujmy dziecku, że było źle, poprzez teksty: nikt Ci się nie psocił? Byłaś smutna? Tęskniłaś za mamusią? - takie pytania działają na zasadzie autosugestii, dziecko mimo dobrze spędzanego czasu, może zmienić swoje świeże, dobre wspomnienie na nieco gorsze i bardziej smutne.
To akurat jest najlepsza rzecz, przy podejmowaniu jakichkolwiek decyzji. Po co to robisz? Jakie będą konsekwencje? Co zyskasz, a co stracisz? W moim przypadku wyglądało to następująco:
Niby każdy to wie... ale czym najczęściej sugerują się rodzice wybierając placówkę? Odległością! Jest to zrozumiałe. Nie chcemy tracić połowy dnia na dojazdy, ale... odległość nie jest gwarancją tego, że placówka będzie DOBRA. Mieszkałam i w mieścinie liczącej ok. 70 tys. mieszkańców i Warszawie i wiem jedno - w mniejszych miastach też jest dużo przedszkoli, a przynajmniej do każdego odległość jest w miarę znośna. W większych miastach z kolei, przedszkola są na każdym kroku. Do wyboru, do koloru. Problem może być w bardzo małych miejscowościach, gdzie przebierać nie mamy w czym, lub kiedy mieszka się na wsi oddalonej od miasta kilkanaście kilometrów. Jedno jest pewne - wybór przedszkola nie może opierać się na jego wyglądzie. Oczywiście, przedszkole musi być czyste i schludne, ale nie musi się wpasowywać w nasze poczucie estetyki czy gustu, bo to akurat nie ma kompletnie znaczenia! Przede wszystkim liczy się kadra i to, jakie dzieci do przedszkola chodzą. Jestem daleka od podziału na lepszy i gorszy sort, bo to jest po prostu niesmaczne, ale nie będę też się oszukiwać, że we wszystkich placówkach są dzieci z ułożonych rodzin, bo tak nie jest. Środowisko w jakim będzie przebywać nasze dziecko jest tak samo ważne, jak kadra, która tymi dziećmi będzie się opiekować! Odpowiedni re-search, opinie innych ludzi, rozmowa z kadrą - temu wszystkiemu należy się bardzo dokładnie przyjrzeć. My na nasze przedszkole trafiliśmy na bodajże Dniach Ursynowa, kiedy Pola miała zaledwie półtora roku. Nawet mój F. zauroczył się wtedy kadrą - choć do tej pory nie jestem pewna, czy na pewno chodziło o podejście do dziecka ;) To co przede wszystkim potwierdziło moją pozytywną opinię o placówce, to rodzice, którzy wysyłają do niej już któreś dziecko z kolei. Mimo, że byłam już pewna, że to jest właśnie TO przedszkole, do którego chcę posłać Polę - to jednak zdecydowałam się na to, by pomyślała, że odkryłam to przedszkole razem z nią. Wybrałyśmy się tam więc wspólnie, budując atmosferę radości już po wyjściu z domu. Po wejściu do przedszkola, budowałam wciąż pozytywną wizję przedszkola, a Poli się to wszystko pięknie udzieliło.
Jestem ogromnie wdzięczna kadrze za wskazówki podczas adaptacji. Nie sądziłam nawet, że trafię na tak troskliwą i mądrą panią, która powie nam w jaki sposób mamy sobie z tym poradzić, jak się żegnać itp. Kiedy odprowadzałam Polę w pierwsze dni za namową P.Kasi, każdy rodzic pokazywał wagoniki, mówiąc dziecko co po kolei będzie robiło i po którym wagoniku zjawi się rodzic: np. po wagoniku z obiadkiem. Następnie miało nastąpić przytulanie i coś w stylu: teraz mama idzie do pracy! Pa! - i wyjście. Pani po wyrazie "Pa" od razu odbierała dziecko i zamykała drzwi. Nawet jeśli dziecko zaczynało płakać. Pola przez pierwsze dwa dni podczas mojego puszczenia ręki zapłakała, ale już po zamknięciu drzwi, po ok. 30 sekundach uspokajała się. Jestem pod meeega wielkim wrażeniem tego jak w pierwszy dzień, kiedy dzieci zostały same, weszliśmy wszyscy z rodzicami przerażeni, że zastanie nas krzyk, płacz i chaos. Tymczasem wchodząc... wszystkie dzieci siedziały grzecznie razem z Panią przy stoliku. Wielkie wow!
Podsumowując. Dowiedziałam się sporo o kadrze, o podejściu do dzieci, dowiedziałam się też o żywieniu! To było dla mnie mega ważne, żeby Pola w przedszkolu nie dostawała słodzonych soczków i płatków z kartonika z końską dawką cukru. Żywienie w przedszkolu jest naprawdę smaczne, zdrowe i zróżnicowane. To co było dla mnie również szalenie ważne, to małe grupy. Lubię kiedy nauczyciel jest w stanie obdarować każde dziecko uwagą, a w grupach 30 osobowych raczej o to ciężko. Wybór Jeżykowej Dolinki był w naszym przypadku przemyślany i ani razu nie poczułam, że wybrałam źle. Warto zwrócić uwagę na każdy, najdrobniejszy szczegół, by potem nie wyrzucać sobie, że postąpiliśmy zbyt pochopnie, kierując się jedynie bannerem na ulicy.
Podsumowując: często my same, nakręcamy i siebie i dziecko - i to zupełnie niepotrzebne. Nie jesteśmy w stanie przewidzieć, w jaki sposób nasze dziecko poradzi sobie w przedszkolu, ale możemy wywołać w dziecku pozytywny obraz przedszkola, a tym samym uspokoić również siebie. Grunt to mieć w głowie fakt, że dziecko nie idzie w ręce nieznanej opiekunki, a do renomowanej placówki, o której sporo wiemy. Zaufajmy dziecku, pozwólmy mu poznać inny świat, dzieci. Przedszkole to rozwój, to opieka, to bezpieczne miejsce. My dzięki takim placówkom, możemy być wydajnymi pracownikami, zadbanymi kobietami, a przede wszystkim stęsknionymi mamami, które na pewno czas po przedszkolu wykorzystają w 100%! JAKOŚĆ czasu, a nie jego ilość jest dla dziecka najważniejsza. Martwisz się, stresujesz, wyrzucasz sobie, że jesteś złą matką? Właśnie dałaś dowód jak bardzo kochasz swoje dziecko i się o nie troszczysz. Pamiętaj jednak, że kiedyś musi nastąpić ten pierwszy krok i jeśli chodzi o dzieci - im wcześniej go zrobisz, tym lepiej.
Będąc jeszcze w temacie przedszkola, pragnę poinformować mieszkańców Warszawy, a najbardziej mamy z okolic Ursynów/Mokotów, że przedszkole Jeżykowa Dolinka, otwiera również żłobek!
"Jest nam niezmiernie miło poinformować, iż niebawem w naszej placówce przy ul. Pięciolinii 1 zacznie działać grupa żłobkowa (od 1-go roku).
Postaramy się wykorzystać nasze ponad 10-letnie doświadczenie w edukacji przedszkolnej tworząc niepowtarzalne miejsce, gdzie maluszki będą czuły się niemal jak w domu.
Profesjonalna, kochająca dzieci kadra zapewni Państwa pociechom mnóstwo edukacyjnej zabawy.
Startujemy na jesieni (wrzesień/październik), ale już teraz zachęcamy do rezerwacji miejsca"
Zapisów możecie dokonywać tutaj.
Powodzenia w szukaniu wymarzonej placówki. Pamiętajcie, że dobre nastawienie to podstawa! Dlatego przesyłam Wam moc pozytywnej energii i sił, by dzielnie przejść przez etap "odcięcia pępowiny".
Kiedyś miałam wyobrażenie takie, że będę matką idealną. Wiecie... będę się starać nie popełniać błędów, nie pozwolę sobie na chwile słabości. Ale życie to jest życie moi drodzy i czasem sielanka się po prostu kończy. Na ogół jestem zadowolona z tego jaką jestem matką i bez problemu, perfidnie pozwalam sobie na egoistyczne zachcianki. Ale raz na jakiś czas za te egoistyczne zachcianki, złapią mnie wyrzuty sumienia i myślę sobie wtedy: czy ja jestem dobrą matką? Zawsze jednak chwilę po tym, Pola jakby słysząc moje myśli, rzuca do mnie jakimś tekstem w stylu: mamo, my jesteśmy pyjaciółki! I wtedy wiem... wtedy po prostu wiem, że odwalam kawał dobrej roboty. Nawet jeśli czasem myślę bardziej o sobie... Jednak za kilka rzeczy, muszę swoją córkę przeprosić! I błagać o wybaczenie! No bo jakże takie rzeczy można zrobić własnemu dziecku?! Poldun - wybacz matce, bo źle czyni... przepraszam za to, że...
No ja tam żadną przeciwniczką słodyczy nie jestem, bo wiecie - wszystko jest dla ludzi i liczy się zdrowy rozsądek - ale coś tam dla siebie zostawić na wieczór trzeba... z ojcem podjeść jakieś chipsy, albo po batonie. A spróbuj odpakować takie coś przy dziecku i co? I prawie nic Ci nie zostanie! I gdyby tak zliczyć, ile razy coś potajemnie do szafki z F. schowaliśmy, ukryliśmy, by żadne małe rączki tego nie sięgnęły - to wyszłoby tego całkiem sporo. I teraz to już człowiek nawet wyrzucać się odpowiednio nauczył, żeby dziecko na drugi dzień żadnych dowodów zbrodni przez swych rodziców dokonanej nie znalazło. Bo jaki żal wtedy, jaki lament! Że matka całe "szoko bons" zjadła, a papierki zostawiła na stoliku w salonie. A taką gafę kiedyś właśnie strzeliłam - i serce by mi pękło na milion kawałków, jak ona się pytała ze łzami w oczach: czeeeeemu mi to zjadłaaaaaaśśśśśś. Nigdy więcej. Takiej gafy oczywiście. Jeść w ukryciu nadal będę, nie ma innej opcji!
No czasem muszę, no. Zamknąć te drzwi i odgrodzić się od mojej uroczej, acz momentami irytującej rodziny! No czasem są takie dni, że już jedyne czego mi brakuje do wyprowadzenia z równowagi, to wejście dziecka do łazienki i truuuuucie, trucie i jeszcze raz trucie. Przecież takie zamknięcie w łazience i tak nie gwarantuje spokoju, bo jak nie widzisz oka w dziurce na dole drzwi, to widzisz ruszającą się klamkę, a jak nie widzisz klamki to słyszy pukanie, a jak nie pukanie to po prostu płacz, bo akurat kuźwa teraz dziecko nie potrzebuje taty, tylko do każdej najmniejszej pierdoły potrzebuje akurat Ciebie - matki niezastąpionej! Więc czasem muszę, bo się uduszę. Przekręcam zamek w drzwiach i mówię: ADIJOS! Róbta co chceta!
No co, no co! Już mam dość słuchania, że nie chcę dziecku zrobić najlepszego prezentu ever! W sensie brata czy tam siostry. Ja tam bym mogła... ale kto się tymi dziećmi zajmie, jeśli wyląduję w psychiatryku po miesiącu życia z dwójką? Dwójka będzie, phi, może nawet trójka, ale o panie - nie teraz !!! Po prostu nie teraz. Za dużo na głowie, zbyt dużo spraw i nie mam tutaj miejsca na szczeniaczka wielkości lalki, czy na dziecię numer dwa. Nie żebym się jakoś specjalnie przed tym broniła rękoma i nogami, ale wiecie... o paleniu się do tego też mowy nie ma. Wszechświat wie najlepiej, kiedy będzie na to wszystko czas i pora. Choć pewna na 100 % jestem, że pieska nie kupię nigdy! Koniec, kropka!
No wielkie PRZEPRASZAM w kierunku mojej córki, ale trzy lata jej życia pokazały mi, że idiotyzmem jest odmawianie sobie o trzy metry większej przestrzeni, tylko po to, żeby dziecko mogło robić większy bałagan! Do jej pokoju z ledwością wcisnęliśmy łoże, a gdzie tu jeszcze kącik biurowy dla matki? Noł łej, tutaj muszę być egoistką i zgarnąć te trzy metry dla siebie. Na pewno zmieścisz się w swoim kwadracie i będziesz mi wdzięczna za to, że nie musisz za dużo sprzątać - na peeeewno. Chyba, że pojawi się dzidzia nr 2. Wtedy zrobimy podmiankę pokojów. Albo znów wylądujemy na narożniku w salonie. Który nie ma funkcji spania... także tego.
... i wzięłam ją dla siebie. Nie no. Nie było tak źle. I dziecko się nawet nie przejęło. "Pocekamy az będę starsa. A telas kupimy nową, dobra?". Ale zacznijmy od początku. Zamówiłam dziecku nową hulajnogę. Ogólnie cud, miód malina. Dziecko czekało, przejęte, zaciekawione. Cóż to będzie? Jak się będzie jeździło?! No i nadszedł ten dzień. Przyszła paka od allegro, wielkie rozpakowywanie i jest! Wymarzona! Różowo, biała. Tylko matka tak jakby nie poczytała do końca jakie wszystko ma wymiary. Wiek 3+, to tak jak na Polę, perfecto... Trzy regulowane wysokości, ta najniższa, teoretycznie dobra na dziecko takie jak Poldun. Ale koła jakby dla niej za duże. I Pola mówi, że spoko! Jeździ na niej całkiem sprawnie. Ale ja jakby nie jestem do końca przekonana. No kurka wodna, może przesadzam, ale Poldun wygląda jakby wzięła tą hulajnogę od swojej pięcoletniej siostry! I matka się czai. Czai się na te wysokości i nagle bingo! A jakby ją rozłożyć maksymalnie? No i zrobiłam wysokość najwyższą, wsiadłam i... poleciałam. Ba! Pofrunęłam! Co za jazda! Co za wygoda! Co za szybkość! No luksus za nie wielką kasę. Przez rok pojeżdżę ja, a za rok przechwyci Poldun - o taki miałam plan! Ale za chwilę wszedł na nią jeszcze F! I się zaczęło. Cała trójka, jeden przez drugiego: ja chcę, ja chcę! A jak jeszcze przyjedzie Milla z Kacprem, to ja nie wiem - zrobimy chyba hulajnogę na minuty! I już sama nie wiem, czy bardziej to dla mnie, czy dla Poli, ale jedno jest pewne - zakup jest udany! Bo miałam chytry plan, przechwycić ją dla siebie, a tu jak zaraz zobaczycie na fotach - Pola śmiga na niej jak szalona! Pojechała na niej nawet do przedszkola. A ja... następnym razem po prostu pomierzę, wymierzę, przeanalizuję i żadnego faux pas nie będzie. Oj nie! A teraz wybaczcie, ale idę sobie pojeździć. Albo popatrzeć jak jeżdżą wszystkie okoliczne dzieci z Ursynowa. Bo nie wiem czemu, ale jakoś wszyscy ciągle chcą się "przejechać" :D Hulajnogę możecie kupić tutaj - jest naprawdę rewelacyjna i idealnie posłuży jak na moje dziecku od ok. 5 lat do... starości :P Wyszukana na allegro, na którym na pewno znajdziecie masę innych sprzętów, w tym i hulajnogi :)
A Wy? Za co musicie "przeprosić" swoje dziecko? Na bank wyjadacie słodycze, dla dobra swoich dzieci - jestem tego pewna!
Przez ostatnie trzy tygodnie jak nie miesiąc, bo już się pogubiłam - siedziała u nas teściowa. No dobra. Wcale nie siedziała, bo latała z Polą całymi dniami, pichciła nam domowe obiadki i generalnie było pięknie, dopóki po jej wyjeździe nie weszłam na wagę. Ale ja nie o tym. Ja to z Polą chodzę własnymi ścieżkami, codziennie gdzieś indziej. A Pola przy mnie to taka w dodatku jest, że się za bardzo z nikim nie zabawi nawet, bo przecież... mama to moja pyjaciółka i będę się z nią bawić i koniec KOPKA! Ja też jestem trochę taka aspołeczna wbrew pozorom i się za bardzo z matkami na placykach w rozmowy nie wdaję. Nie znam imion dzieci z podwórka, nic kuźwa nie wiem! A teściowa - wszystko. Ale nie, że ja narzekam, bo Pola teraz na podwórku ma miłość swojego życia i nareszcie nie muszę zjeżdżać z nią na zjeżdżalni i bujać się na koniku. No dobra, czasem to nawet nie musiała mnie o to prosić, sama chciałam. No i wszystko ładnie pięknie - ma kolegę, super się bawią. Ale co ja się o sobie nasłuchałam... i co to dziecko o mnie opowiada. To ja nie wiem! Bo rozmawiają sobie takie dwa smyki o swoich mamach - moja mama to, moja mama tamto... i do mnie wtedy dochodzi! Jaka ja naprawdę jestem!
No co, no! No która matka ot tak wyskakuje z łóżka na zawołanie? No trzeba trochę po przedłużać o dwie, trzy, ewentualnie dziesięć minutek. Ja to i tak jestem dobra! Bo mama tego jej kolegi, to tak późno wstaje, że hej! A ja widzicie... jeszcze chwilkę, jeszcze chwilkę. Dobrze, że ona to tak łagodnie opisała, a nie na przykład: mama lezy i się nie rusa! Bo czasem i tak bywa, jak mi się oko zamknie na amen. Prawie na amen.
Nooo dobra. Przyznaję się bez bicia! Rurki i lody - owszem. Ale ciasto?! Skąd ona wytrzasnęła to ciasto? Ja nie kupuję jej żadnego ciasta! A te lody i rurki to tylko w wakacje! I tak siedziały matki wkoło i słuchały ... i pewnie wyszło szydło z worka. FIT na blogu, a w domu rozpusta! Schabowe, ciasta, rurki w kilogramach, tony lodów i sosy na mące. Ja Ci dam matka tymi fit omletami mydlić oczy tysiącom ludzi! Jeszcze się matka będziesz wstydzić!
O ja pierdziu. Mam nadzieję, ze ten sąsiad z dołu mnie nie kojarzy i nie wpadnie kiedyś na ten wpis. Wstyd matko! Ale mam coś na swoje usprawiedliwienie! No co zamiotę balkon, co posprzątam, co na kolanach ( bo mopa obecnie nie mam) płytki odpicuję - babka z góry kwiaty swe podleje i oczywiście takie zgnilizny komu wpadną na balkon?! No komu? No mi, oczywiście, że mi. To ja czasem tak wiecie, bez przemyślenia sobie rzucę przed siebie, a niech je wiatr poniesie. A że na parterze sąsiedzi ogródki mają... to im może tam czasem coś wpadnie. Ale toż to sama natura. No ale jak się tak słucha tego w ustach dziecka, to jednak nieładnie! Nic temu dziecku nie umknie. No nic!
No powiem Wam, ze historię to skróciła najlepiej jak mogła!!! Ojciec jakby posłuchał to by zawału dostał! A przy tym tekście to ja już na tych ojców na placyku wcale, a wcale nie patrzyłam! Taka matka... bluzkę zdejmuję i zaraz zdrowa. Co to był za pan? Miał jakieś magiczne ręce, które leczą, czy może oczy? A tam... to wcale tak pięknie i fantazyjnie nie było. Bo to grudzień był i myślałam, że umieram i doktor do domu przyjechał, zbadał i antybiotyki i milion innych leków przepisał. No. Więc taka hop od razu zdrowa nie byłam. I ewidentnie dziecko się na mnie uwzięło! I ja sobie takich oszczerstw w moim kierunku nie życzę, o!
To se Kuba z matką pomyśli. Że matka oczadziała. Komu ona robi te zdjęcia? Kurierowi? Kartonowi? Dziecku jak otwiera i wsadza do albumu? No wszystko na opak opowie. A po co chowa? No chowa, bo jak co chwilę coś przychodzi, to ja chowam i zostawiam na specjalne okazje! Chyba, że ubranka. No to daję od razu. Bo ubranka to tam wiecie. Jak jedzenie. A Poldun z jedzenia i ubranek to się cieszy bardziej niż z zabawek. Ostatnim naszym hitem, była sukienka upolowana na allegro. Tiul, złote elementy, a przy tym wygodna i po prostu bajkowa! Możecie zobaczyć ją o tutaj. Jest naprawdę boska, a Pola wygląda w niej NIEZIEMSKO! I Wasze córki na pewno też będą tak w niej wyglądać. I jeśli chodzi o z(j)ęcia to pewnie miała na myśli to... :
No ja jestem ciekawa. NO jestem ogromnie ciekawa, czego ja się o sobie jeszcze od dziecka własnego dowiem! I czego się dowiedzą sąsiedzi, koledzy i koleżanki. Bo, ze matka się przed panem rozbiera, bluzki latają w powietrzu i że kilogramy ciasta i lodów codziennie jemy - to już wszyscy wiedzą. Ale spokooojnie. Nikt, na pewno NIKT nie dowie się o tym, że dabda czyt. babcia pozwoliła Poli zrobić siku na trawkę, a Pola jej na to: na trawkę siusiu robią pieski! Nie powiecie nikomu, prawda? Do by dabdzie nie było przykro, że już wszyscy o tym wiedzą? Uff... wiedziałam, że mogę na Was liczyć! A teraz nacieszcie jeszcze oczy tą panienką, co to język ma ciut za długi! Ale za to jak ona wygląda w tej sukience... no bosko! Swoją drogą, jakie na allegro można wyłapać perełki to głowa mała! Spróbujcie koniecznie i pochwalcie się swoimi "łupami".
Piknik mam karmiących był w planach już od początku cyklu #obliczamatkipolki. Wiedziałam, że sesja nie może być na początku, gdzieś pomiędzy, a musi być zwieńczeniem wszystkich wpisów. Bo skoro partnerem jest preparat na laktację - to jakie inne zdjęcia bardziej oddałyby klimat jakim jest karmienie piersią - oczywiście tylko takie jak te poniżej.
Piknik mam karmiących odbył się w piękną majową pogodę, na warszawskich Polach Mokotowskich. Na mamy czekał pyszny catering, cudowna atmosfera i w tym całym upale, cień pośród drzew. Nie powiem, ile zjadłam nerwów, kiedy nie wiedziałam jak to wszystko czasowo ogarnąć - ach, to wiem tylko ja! Bo jak zgrać wszystkie mamy, jak zgrać pogodę, jak zgrać catering, fotografa i w ogóle to wszystko! Co chwilę wypadała mi choroba Poli, co chwilę komuś coś wypadało i przede wszystkim... nie było pogody! No nic! Ciągle deszcz, deszcz i deszcz! Ale nam się udało... i choć pogoda była naprawdę upalna, to ja doskonale wiedziałam, że ok. 12/13 nadejdzie burza. I nadeszła! Ale my byłyśmy już wtedy wszystkie w drodze do swoich domów... całe szczęście!
Ale przeżyjmy to wszystko jeszcze raz... #obliczamatkipolki były pierwszym tego typu cyklem na blogu. Każdy wpis pokazywał inne oblicze matki polki - robot wielofunkcyjny, matka polka kobieta, anioł stróż, matka polka waleczna, a teraz... matka polka... karmiąca ;) Wpisy wzruszały, rozbawiały, skłaniały do refleksji... ale przede wszystkim pokazały nam jak wiele ról i twarzy ma współczesna matka polka. Jak wiele zadań dnia codziennego i jak wiele trudów musimy codziennie pokonywać. Nie ma co gadać, że nasze babcie miały gorzej i my teraz mamy siedzieć cicho. Mamy naprawdę cholernie dużo obowiązków, a do tego wszystkiego wiele z nas pracuje jeszcze zawodowo! Matki - zasługujecie na medal i nie ma tutaj miejsca na skromność - macie być dumne z tego jak wiele codziennie robicie dla siebie, dla swoich rodzin, dla swoich dzieci. Ale nie zapominajcie w tym wszystkim też o tym, co inni robią dla Was...
Przez cały cykl wpisów #obliczamatkipolki, towarzyszył nam ... Femaltiker - preparat wspomagający laktację. To była jedna z najbardziej wartościowych i wspaniałych współprac w mojej blogowej karierze. Po raz pierwszy na blogu, Femaltiker pojawił się w cudownej akcji MAMY TESTUJĄ FEMALTIKER, w której mamy mogły przetestować preparat i zdać mi relację z testów. Z tego wszystkiego powstał wpis podsumowujący akcję - wpis okazał się niezwykle pomocny dla mam, które szukają ratunku dla swojej laktacji i najczęściej trafiają właśnie na ten wpis. Nie minęło wiele czasu od tej akcji, a Femaltiker znów pojawił się właśnie tutaj - we wpisach #obliczamatkipolki. Nie nawiązywały one do karmienia piersią, nie nawiązywały do żadnej reklamy, a jednak partnerem był właśnie Femaltiker, któremu ogromnie dziękuję za tak wspaniałą współpracę i tak cudowne wsparcie moich wpisów i pikniku.
Dlaczego Femaltiker? Pisałam Wam o tym już nie raz. Tutaj nie chodzi już nawet o to, jaki to wspaniały produkt i jaka wspaniała firma. Tu chodzi o podejście. Podejście do macierzyństwa, do mam, do pomocy, którą się mamom daje. W dobie internetu i wszechobecnego hejtu, w dobie podziałów matek na: lepsze i gorsze, oni są dalecy od podziałów, mimo, że ich preparat kierowany jest do grupy mam karmiących piersią. Nie wbijają potajemnie szpilki tym, którzy wybrali inaczej. Nie istnieją dla nich podziały i szukanie klientów poprzez łamanie zasad moralnych. Femaltiker promuje swoje produkty poprzez obraz radosnego, luźnego macierzyństwa, ale zdaje też sobie sprawę z tego, że nie zawsze jest kolorowo - dlatego służy nam pomocą, tworzy pomocne filmy, artykuły. Ale przede wszystkim buduje naszą świadomość, bez piętnowania i wytykania braku wiedzy! Bo o to właśnie w tym wszystkim chodzi - by obalać mity, uświadamiać i uczyć, ale też pozostawiać wybór.
Piknik był doskonałą okazją do poznania fantastycznych kobiet i ich pociech. Choć wszystkie różniły się od siebie, to jednak sporo nas łączyło - wszystkie jesteśmy matkami i kobietami. I to powinien być wystarczający powód, by darzyć siebie sympatią i szacunkiem. Niestety nie zawsze tak jest, ale wierzę w to, że jeśli jest się dobrym człowiekiem, przyciąga się do siebie również dobrych ludzi. Tak też się stało. Nie było sztywnej atmosfery, nie było dziwnych spojrzeń. Delektowałyśmy się wspaniałą pogodą i atmosferą, zajadałyśmy pyszne babeczki i łapałyśmy promienie słoneczka. Każda z dziewczyn inna, każda wyjątkowa na swój sposób. Mam nadzieję, że dziewczyny mi wybaczą, że nie byłam do końca w formie, ale myślę, że mimo BIG opuchlizny na twarzy i całej hurtowni leków w moim organizmie - dałam radę.
Karmienie piersią... długo nie mogłam zrozumieć tej magii, którą czują mamy karmiące. Moje karmienie jak i moja wiedza o nim były znikome. Wiedząc dzisiaj, że nasza podświadomość i nasze nastawienie kształtuje całe nasze życie - mogłabym podejść do tego nastawiona na sukces i zapewne by się udało. Ja natomiast byłam zrozpaczona. Bólem, ciągłym duszeniem się Poli, widokiem jej sinej buźki i faktem, że jakoś za bardzo nic nie mogę z tym zrobić. Nasze karmienie trwało ok. 5 miesięcy, ale rzadko zaznawałam spokojnego karmienia, w którym mogłam się rozpłynąć. Podczas pikniku patrzyłam na mamy karmiące i na to jak idealnie im to "wychodzi". Trochę nawet zaczęłam zazdrościć, bo ... no pięknie to wygląda! Tak delikatnie i subtelnie. Bo... karmić to trzeba też umieć! Być może wtedy byłam zbyt zbuntowana i zbyt wiele było jeszcze ze mnie z tej dawnej pesymistki. Być może jeszcze wtedy nie dojrzałam do tego, by móc w pełni zakochać się w karmieniu. Nie żałuję, ale myślę, że przy drugim dziecku podeszłabym do sprawy inaczej. Tymczasem... dziękuję. Dziękuję wszystkim mamom i ich pociechom. Za przybycie, za udział w sesji, za ciepłe słowa, za uśmiech, za pięknie spędzony czas.
Dziękuję Monice, autorce bloga Monika Pawlak, za przepyszny catering. Babeczki zrobiły największą furorę, ale co się dziwić - były obłędne!
Ogromne podziękowania należą się też Ewie, która przyozdobiła głowy moich dziewczyn, cudownymi wiankami od Ewianek Pracownia Florystyczna. Jesteś niesamowita!
Całej tej sesji nie było gdyby nie Patrycja i jej "dziecko" czyli Wegner-Keiling Photography. To dzięki niej, możemy teraz obejrzeć piękną, myślę, że na swój sposób wzruszającą sesję mam karmiących... Zobaczcie sami efekty naszej wspólnej pracy... Zapraszam!
Tak to wszystko wyglądało... taka była atmosfera, takie kobiety, takie cudowne dzieci i taki wspaniały klimat! Jeszcze bardziej utwierdziłam się w przekonaniu, że idę w dobrym kierunku. Że chcę się uczyć, uświadamiać, pomagać, uszczęśliwiać, ale przede wszystkim tworzyć coś co ma jakąś wartość. Cieszę się, że mogłam być częścią tego pikniku i sprawić, że stał się on rzeczywistością. Byłam jednak jedynie pomysłodawcą. Całość mogła się zrealizować tylko dzięki temu, że ktoś chciał do tego dołączyć i stać się tego częścią. Dziękuję jeszcze raz i mam nadzieję, że to nie pierwszy i ostatni raz, kiedy mogliśmy wynieść internetową znajomość na wyższy poziom czyli... rzeczywistość!
Nie dbam oto, że robi śmieszne miny wśród ludzi, skacze i się popisuje. To przecież tylko dzieci... Nie dbam o wiele rzeczy i nie wynika to z braku zainteresowania, a ze zrozumienia. Że kiedy jak nie teraz? Na powagę przyjdzie czas. A kiedy jak nie teraz zbierać kamienie i układać z nich drogę na parkiecie w salonie? Kiedy jak nie teraz skakać po kałużach, nie przejmować się brudem, deszczem, ludźmi, czasem. Kiedy jak nie teraz śpiewać do lustra, gadać ze sobą w niezrozumiałym dla rodziców języku. Kiedy jak nie teraz pochłaniać kinder jajka, nie dbając o linię, kilogramy i zawartość cukru czy glutenu. Kiedy jak nie teraz tupnąć nogą, obrazić się na mamę i szlochać w poduszkę? Kiedy jak nie teraz zrobić w pokoju taki bałagan, że tylko dziecko będzie mogło wcisnąć gdzieś stopę, żeby przejść w inne miejsce? Kiedy jak nie teraz przewrócić dom do góry nogami, zrobić namiot z koców, wskoczyć mamie na brzuch i ją wycałować? Kiedy jak nie teraz ubrać bluzkę z myszką minnie, getry w kropki i sandały z barbie, nie przejmując się gryzącymi kolorami, wzorami i tym, że to wcale nie modne i takie dziwaczne. No kiedy, powiedz mi kiedy jak nie teraz, być dzieckiem w 100%, które życie widzi najprościej jak się da, nie utrudnia go tak jak my, na każdym kroku. No powiedz mi, kiedy to wszystko zrobić, skoro to jedyny czas w życiu, jedyne dzieciństwo jakie się ma?
Pozwalam dziecku być dzieckiem na jego własnych zasadach. Uczę szacunku i wskazuję co jest dobre, a co złe, ale pozwalam na istne wariactwo. Nie mam pod dachem spokojnej, ułożonej dziewczyny, której na każdym kroku mówi się - dziewczynki tak nie robią! Dzieci się tak nie zachowują. Nie hamuję jej dziecięcej wyobraźni i nie odbieram radości z tego beztroskiego czasu. Nie posługuję się w tym wpisie fachowym słownictwem, bo się na tym nie znam. Mam serce i mam rozum. Mam intuicję i... mam pamięć. Pamiętam jak to jest być dzieckiem, pamiętam doskonale co nas wzrusza, smuci, weseli. To mi wystarcza, by mieć pod dachem myślę, że szczęśliwe dziecko, które wie, że póki nie robi mi i innym krzywdy - to nie przekracza żadnych granic. Mam pod dachem dziecko, które nie jest tłamszone kiedy się wygłupia, nie jest tłamszone kiedy zbyt dużo mówi, nie jest tłamszone kiedy czegoś nie potrafi. Ale znam... znam takie dzieci, który były. Które w dzieciństwie nasłuchały się jakie to są głupie i psychiczne, bo czegoś nie umieją, czegoś nie potrafią zrobić. Gdyby tylko rodzic wiedział... ile razy dziecko tylko udaje, że czegoś nie potrafi, żeby tylko zrobić to z dorosłym. Gdyby tylko rodzic wiedział, że każde złe słowo powiedziane do dziecka, zwłaszcza w pierwszych latach życia, pozostawi ślad na jego psychice. Ale rodzice nie wiedzą... budzą się z ręką w nocniku, kiedy dziecko ma kilkanaście lat, nie wierzy w siebie, ma problemy, zamyka się w sobie...
Nie pozwolę sobie na ten błąd. Nie obetnę skrzydeł, nie stłamszę, nie zaniżę jego poczucia wartości. Nie jestem i nie będę matką idealną, ale pozwalając dziecku być dzieckiem i nie karcąc go za zachowania, które są tylko wynikiem dziecięcej radości - mam nadzieję, że uda mi się tym sposobem wychować dziecko, które w siebie wierzy, które wie, że ma we mnie oparcie.
Nie zawsze mi się udaje. Czasem powiem coś zupełnie niepotrzebne, czasem wtrącę się wtedy kiedy nie trzeba. Czasem muszę ugryźć się w język, kiedy świeżo po sprzątaniu Pola zaczyna korzystać z tego swojego dzieciństwa bez żadnych ograniczeń. Czasem ciężko mi wytłumaczyć czemu coś można, a czemu czegoś nie można. Na przykład ostatnio...
Pola dostała kiedyś paczkę ze szczoteczkami Jordan. Mają oni kilka rodzajów szczoteczek dostosowanych do dzieci w danym wieku. Jedne były od 3-6 lat, inne od 6-9. Rozpakowaliśmy jedną, resztę schowaliśmy. Ale wczoraj Pola przypomniała sobie o tym i stwierdziła, że rozpakuje je wszystkie " kazda na inny ząbek" ;) Było ciężko wytłumaczyć, że nie wolno, że dlaczego nie wolno, że najpierw trzeba zużyć jedną. Po nagimnastykowaniu się matki, ustaliłyśmy jednak, że możemy wyjąć kilka szczoteczek, ale one na razie muszą mieć ubranka, więc w opakowaniu przyjdą na występ... występować będzie Pola ze swoją szczoteczką ( o matko... ) Dostałam prawie palpitacji kiedy Pola chlapała wodą na prawo i lewo, a ja co chwilę ścierałam skądś pastę, ale... cel został osiągnięty - zęby zostały umyte, szczoteczki nieodpakowane, dziecko szczęśliwe. A, że lustro i zlew znów trzeba było czyścić - kilka minut w tą czy w tą przy trybie matki robota - to naprawdę nie robi mi już różnicy.
Przy okazji jaką jest Dzień Dziecka - przesyłam Wam dzisiaj kod BLOG15, który uprawnia Was do 15% zniżki na WSZYSTKIE PRODUKTY JORDANA. Kod obowiązuje do 31 lipca 2017 roku i można go wykorzystać o tutaj. My na dzień dzisiejszy używamy szczoteczki Jordan Step by Step 3-5 lat. Została ona zaprojektowana specjalnie do czyszczenia zębów mlecznych. Fajnym bajerem jest kolorowe włosie na główce, które wskazuje zalecaną ilość pasty. W sklepach szczoteczka dostępna jest z prezentem: osłonką podróżną lub klepsydrą odmierzającą czas dwóch minut.
Mam też fajną informację o konkursie "Mamo, Tato a dlaczego...?" - wiem ciary na sam dźwięk tego pytania :P Konkurs trwa do 11.06.2017 na facebooku Jordan Polska. Do wygrania dużo, fajnych nagród, także... spróbujcie swojego szczęścia i koniecznie dajcie znać jeśli uda Wam się coś wygrać. Nic mnie tak nie cieszy jak czytelnicy, którzy zgarniają nagrody w moich konkursach, lub konkursach o których dowiedzieli się ode mnie :)
Taka mała wariatka z tej mojej córki - od rana do nocy - wieczne wariacje, wygłupy. Z Poli jest trochę taki Wojtek, którym miała być - wiecznie rozczochrany, ubrudzony mały łobuz. Ale wiem, że wyciskamy to dzieciństwo jak tylko się da. Wyciskamy ja cytrynę, nie oglądając się za siebie. Co ktoś powie, czy powie, że niewychowane, że rozwydrzone - i don't care! Moje dziecko jest szczęśliwe, a to jest przecież najważniejsze!
Dlatego dzisiaj tematem numer jeden będą właśnie prezenty. Kiedy ostatnio wstawiłam na blog propozycję na prezenty na Dzień Dziecka, na blogu był totalny szał! Rozejrzałam się na drugi dzień po pokoju i w głowie miałam całą masę wpisów dotyczących właśnie zabawek. Ale stwierdziłam, że ... co tam zabawki! Lepiej pokazać coś innego, wyjątkowego, oryginalnego. Coś przy czym dziecko nie tylko dobrze się bawi, ale również się rozwija. I to wcale nie są jakieś nudne rzeczy, rzucone w kąt po jednym dniu. To coś, co ciągle jest w użytkowaniu i to nie tylko przez Polę!
Dzisiaj skupimy się na produktach wspierających rozwój dziecka. Jedne z tych, które mamy zaczęły nam towarzyszyć już od pierwszych dni życia Polki w formie... książeczek kontrastowych!
To właśnie rodzinne wydawnictwo Sierra Madre jako pierwsi w Polsce w 2011 roku wprowadzili koncept czarno-białych książeczek. Ale na tym się nie skończyło. Jeśli kojarzycie ich tylko z tymi książeczkami, to muszę wyprowadzić Was z błędu. Ich produkty mogą Wam towarzyszyć znacznie dłużej niż pierwszym roku życia dziecka. I ja Wam dzisiaj pokażę cóż to takiego... ale zanim przejdę do produktów dla starszaków, chciałabym Wam na pierwszy ogień pokazać nowość właśnie dla maluszków - dzięki takim właśnie prezentom, możecie nie tylko sprawić przyjemność dziecku czy młodej mamie, ale mieć też fajne poczucie, że wsparliście właśnie w wyjątkowy sposób rozwój dziecka.
W kartoniku znajdziemy zestaw kart kontrastowych, przeznaczonych głównie dla dzieci do 1 roku życia. Do kart dołączony jest klips, dzięki któremu możemy stworzyć wyjątkową książeczkę, którą przywiesimy np. do wózka albo w aucie. Książeczka jest jak najbardziej bezpieczna i dostosowana do użytkowania przez najmłodszych. Zawieszka została również wyróżniona w konkursie Komitetu Ochrony Praw Dziecka jako zabawka przyjazna dziecku.
No dobra... ale wy chyba najbardziej czekacie na propozycje dla starszaków, które zapowiadałam Wam na InstaStory, prawda? Pamiętacie te tajemnicze karty, w tajemniczych pudełkach? To są dopiero czadowe prezenty!
Są to trzy pudełka ( do kupienia również oddzielnie ), w których znajduje się po 30 kart z danej kategorii. Możecie o niej poczytać tutaj.
W tym pudełku znajdziecie 30 kart z przepisami na pyszne posiłki, które idealnie trafiają w gusta najmłodszych. Po jednej stronie karty znajduje się zdjęcie posiłku, czas przygotowania, ilość porcji oraz stopień trudności. Wymienione są również wszystkie składniki - i ich małe obrazki - genialne dla dzieci nie umiejących czytać. Na odwrocie karty znajduje się ... przepis! Prosty, obrazkowy z krótkimi komendami typu: dodaj bakalie, dodaj jogurt, wszystko wymieszaj. Na samym dole znajdują się rady dla młodego Szefa Kuchni, mówiące np. o tym, żeby dodać więcej jabłka, jeśli chcemy słodszą surówkę. Mało tego - już same nazwy są przyciągające dla dzieci np: to nie feler, krzyknął seler albo paluszki rybne pana kapitana :)
Karty GOTUJ Z DZIECKIEM to idealny sposób na dni, kiedy sami nie wiemy co zjeść - możemy wylosować kartę, albo wybrać coś adekwatnie do czasu jakim dysponujemy. To idealny sposób na dzieci takie jak Pola - wiecznie niezdecydowane. Tutaj mają czarno na białym - jaki posiłek mogą zjeść, co w nim jest zawarte. Wystarczy dać dziecku kilka kart, pozwolić wybrać, a potem wspólnie coś ugotować.
Tym razem na kartach nie znajdziemy jedzenia, ale... sztuczki! Trzydzieści wspaniałych i wyjątkowych sztuczek! Na jednej stronie karty możemy zobaczyć nazwę sztuczki, spis rzeczy potrzebnych do jej wykonania, poziom trudności oraz... efekt - czyli ukazanie co zobaczy nasza widownia w formie rysunkowego komiksu. Na odwrocie karty mamy instrukcję krok po kroku jak daną sztuczkę wykonać oraz RADY NIE OD PARADY.
Co najważniejsze - rzeczy potrzebne do sztuczek to np. ścierka, moneta, ołówek... a czasem jedynie nasze... dłonie i kawałek sznurka. Albo same dłonie! To jest idealna propozycja dla starszych dzieci, które będą chciały pokazywać Wam samodzielnie czary, których się nauczyły :) Zachwyt i podziw jakie dziecko widzi na twarzy swoich rodziców jest niezwykle ważne i budujące. Dziecko ćwiczy wiarę w siebie, cierpliwość, motywuje się do tego, by zrobić coś jeszcze lepiej. Chwalenie dziecka i docenianie jego starań wpływa ( nie tylko na tych najmłodszych) niezwykle dobrze, a wręcz magicznie. Dzieciaki dostają skrzydeł, czują się dowartościowane i wierzą w swoją... moc! Magiczną moc! ;)
No i tutaj coś w sam raz dla dzieci żądnych nowych doświadczeń - eksperymenty! Mali naukowcy będą tutaj mieli nie małą frajdę. Trzydzieści różnych eksperymentów od walki żywiołów po domowy elektromagnes. Podobnie jak poprzednio - na jednej stronie karty mamy nazwę eksperymentu, poziom trudności i potrzebne składniki. Na odwrocie mamy już szczegółową instrukcję - kroki do wykonania, naukowe wyjaśnienie oraz rady dla młodego naukowca. Eksperyment nie dosyć, że pozwala dziecku na samodzielne wykonanie ciekawego doświadczenia, to jeszcze je szczegółowo wyjaśnia - np. w przypadku domowego elektromagnesu, dziecko może dowiedzieć się o polu magnetycznym, które wytworzył dzięki połączeniu drutem biegunów plus i minus.
I jak? Podoba Wam się SERIA "CZAS Z DZIECKIEM"? Mi bardzo - oczywiście nie bardziej niż Poli :) Ale to jeszcze nie koniec. Mam dla Was jeszcze dwie propozycje, które na pewno przypadną Wa do gustu. Gotowi? To lecimy!
Idealny sposób na wyćwiczenie zdolności manualnych, ćwiczenie pamięci, rozwój dziecka, a przy tym wszystkim - świetną zabawę. Pola uwielbia od jakiegoś czasu wszelkiego rodzaju rysowanie, malowanie, układanie puzzli. Sprawia jej to niesamowitą frajdę i muszę przyznać, że z czasem stała się przy tym bardzo cierpliwa i niesamowicie skupia się na wykonywanych czynnościach. Jest niezwykle precyzyjna, a przecież jeszcze niedawno rzucała czymś jeśli jej coś nie wyszło.
Puzzlowanki malowanki, to pudełko, w którym znajdziecie dwa zestawy ścieralnych puzzli - 12 elementowy i 24 elementowy. Do tego dołączone są cztery kredki świecowe oraz materiałowa szmatka, dzięki której cały rysunek z puzzli można w moment zmyć... i stworzyć kolejny! To istna dawka kreatywności, nauki i zabawy dla każdego dziecka. Nie układa w kółko tych samych puzzli, tylko tworzy własne "ilustracje", które potem układa, zmazuje i... tworzy kolejne!
Na koniec zostawiłam dla Was coś książkowego. Tworząc ten wpis i robiąc do niego zdjęcia kompletnie zapomniałam o tej książce - a czułam, no czułam, że coś jeszcze chciałam Wam pokazać. Ale nic straconego, dwa dni później Pola sama się o książkę upomniała prosząc o zdjęcie jej z regału... no i masz! Matce się przypomniało!
Wierzcie mi, że kompletnie nie wiedziałam jak takie małe dzieci mogą uczyć się technologi w jakiś prosty, zrozumiały sposób. A jednak. Hello Ruby to pierwsza tego typu książka w Polsce. Podzielona jest na dwie części: ta pierwsza opowiada o przygodach Ruby i jej przyjaciół. Druga część to zestaw zadań.
" Zadania przedstawią w praktyce problemy ze świata kodowania: jak stworzyć algorytm (mycia zębów), jak rozpoznać wzór (obrazków na tapecie), jak ułożyć pętlę (figur tanecznych), czy też jak szukać błędu w instrukcji (przygotowania kąpieli). Dzięki nim mali programiści rozwiną swoje umiejętności, przy okazji świetnie się bawiąc! "
Pola początkowo skupiała się na opowiadaniu, ale od jakiegoś czasu i druga część stała się dla niej dużo bardziej zrozumiała i atrakcyjna. Książka posiada niesamowite ilustracje, a zadania w drugiej części są atrakcyjne nie tylko dla starszaków, ale i dla nas - rodziców. Zadania wcale nie są trudne i niezrozumiałe - wręcz przeciwnie. Przykładowo mamy ćwiczenie z sekcji STRUKTURA DANYCH, nazywające się : czas na drugie śniadanie!
W ćwiczeniu tym, dziecko musi pomóc Ruby dopasować jedzenie do właściwych przegródek. Przyznam, że Pola radzi sobie z tego typu zadaniami naprawdę fajnie, a i ja mam przy tym fajną zabawę i oczywiście satysfakcję!
I jak? Zaciekawieni? Zainspirowani? Prezenty przypadły Wam do gustu? Lalki barbie i auta też mają swoje miejsce w życiu dzieci, ale przy wyborze gier, zabaw czy książek dla dzieci, pamiętajmy o tym, że warto inwestować w produkty, które pełnią nie tylko funkcję rozrywkową, ale potrafią sprytnie podczas tej rozrywki nauczać. Dzieci chłoną wiedzę jak gąbka, a nauka jest najfajniejsza wtedy kiedy na pierwszy rzut oka... jej nie widać ;)
Dotrwajcie do końca wpisu... tam czeka na Was niespodzianka ... prezenty ! :)
Mam dla Was super fajne prezenty! Wśród wszystkich uczestników zabawy, rozdam trzy egzemplarze książki HELLO RUBY - specjalnie dla Was! :)
Zabawa jest tylko dla osób lubiących FB: Mamala i Sierra Madre
Zasady są proste:
I... czekaj na wyniki! Bawimy się w dniach 31.05 - 04.06. Wyniki ogłoszę w przeciągu 5 dni od zakończenia konkursu.
POWODZENIA!
Kiedy pokazałam na instastory zajawkę tego, co dzisiaj zobaczycie - zostałam zalana wiadomościami: co to takiego?! Jakie to fajne! Skąd to masz?! Gdzie to można kupić? Ale bajer! - i ja się wcale tym wiadomościom nie dziwiłam. Dawno się tak dobrze z Polą przy niczym nie bawiłam, jak właśnie przy tym.
Jakiś czas temu Pola za moją namową oddała potrzebującym wszystkie zabawki, które jak stwierdziła "są dla dzidzi" - mowa tutaj o rzeczach, które po prostu już jej nie bawią, na które jest za duża. Mnie z kolei przerażał wieczny bałagan i fakt, że tych wszystkich zabawek jest o wiele za dużo. Nie chodzi o to, że jestem jakąś zakupoholiczką - 90 % tych zabawek zawdzięczam blogowaniu. Uznałam jednak, że raz na jakiś czas będziemy się nimi dzielić z tymi, którzy ich nie mają.
Po dość dużej zabawkowej selekcji, razem z Polką wybrałyśmy dwie nowe "zabawki" - od razu wiedziałam, że będą one idealne na taki właśnie wpis. Nie wiedziałam jednak, że będą one AŻ TAK FAJNE, że wpis zrobię kilka godzin po otworzeniu paczki. Ale nie mogłam dłużej czekać. I w tym oto momencie dzielę się z Wami receptą na najlepszy dzień dziecka ever. Dzień, w którym dziecko nie tylko dostanie prezent, ale spędzi też przy tym prezencie sporo fajnego czasu ze swoimi rodzicami. Tak jak to było u nas. Razem z Polą miałyśmy przy tym całkiem sporo frajdy...
Pudła były dwa. Na pierwszy rzut poszła...
To jest coś niesamowitego. Choć zawsze wydawało mi się, że nie lubię czegokolwiek co wymaga składania, tak tamtego pięknego dnia zmieniłam zdanie całkowicie. Niesamowite elementy, frajda przy ich łączeniu. Zestawy Magic Playset to tekturowe modele konstrukcyjne do samodzielnego składania. Produkty wykonane są z ekologicznych, przyjaznych środowisku materiałów.
W środku pudełka mamy kilka plansz, z których należy powyjmować wszystkie elementy. Instrukcja krok po kroku, mówi nam, co z czym należy połączyć. Wszystko wczepia się do podstawy, która umieszczona jest w dolnej części pudełka. Byłyśmy z Polką idealną drużyną, bo Pola wszystko dzielnie wyłamywała z tekturki i kolejno mi podawała. Ja zajęłam się montażem, choć nie powiem i to Poli nawet wychodziło. Nie wiem nawet po jakim czasie, bo byłyśmy tym wszystkim tak zafascynowane - złożyłyśmy cały domek, a Pola bawiła się nim... znów nie wiem nawet ile :)
Jakieś dwie/trzy godziny później ubłagała mnie o złożenie następnego zestawu...
Nie robiłam już zdjęć podczas montażu, tylko całkowicie oddałam się zabawie. I tutaj frajda była JESZCZE WIĘKSZA!!! Musiałyśmy zadbać o każdy najmniejszy szczegół - zawiesić maleńkie sukienki na małe wieszaczki, zamontować za pomocą takich specjalnych zacisków wysuwaną kasę, a nawet położyć menu na stoliki w cukierni... Nie mogłam się na to wszystko napatrzeć, co chwilę wykrzykiwałam: jakie to ekstra! Polusia zobacz !!! Po złożeniu to wszystko wyglądało po prostu NIESAMOWICIE.
Pola bawiła się zestawami do końca dnia, łączyła sobie elementy - przeskakiwała z domku do domku i robiła przemeblowania ;) Ja obdzwoniłam pół rodziny i kilka koleżanek, podrzucając im mega pomysł na prezent na Dzień Dziecka. Ci, którzy mnie czytają od dawna, wiedzą, że tak już mam, że jak coś jest dobre, to mam ochotę wykrzyczeć to całemu światu. A, że mam szczęście do dobrych rzeczy to już druga sprawa. Szkoda tylko, że Pola nie była tak chętna do sprzątania jak do zabawy... :)
Zestaw z Myszką Minnie możecie zakupić tutaj. Z kolei zestaw z Zosią - tutaj.
Zestawy tego typu dostępne są również w wersji z Kopciuszkiem - klik ; i w wersji z Anną i Elsą - o tutaj.
Cena zestawu, jak na jakość wykonania, ogrom zabawy i zaangażowania dziecka jak i rodzica - jest naprawdę niewielka. Mam nadzieję, że nasza dzisiejsza propozycja przypadła Wam do gustu i że kolejne szkraby będą mogły czerpać satysfakcję z tak fajnej zabawy. Tymczasem, ja szykuję się pomału do kolejnych, ciekawych propozycji prezentów z okazji tego ważnego dla naszych pociech dnia. Trzymajcie się ciepło!
I na tych placach zabaw... że niby moja Polcia mogłaby komuś coś zabrać? Kogoś zaczepić?! Przecież ja znam własne dziecko! Rzekł rodzic każdego dziecka... A kiedy ostatnio była u nas Milla, a Pola wszystko jej zabierała, to mi szczęka do podłogi opadła! I niby rozmawiałam, tłumaczyłam, ale gdzieś tam w duchu sobie myślałam: przecież ona jest jeszcze mała, Milcia jest starsza, może niech jej ustąpi? A potem to i na głos powiedziałam wzburzona: W TEJ RODZINIE ZAWSZE MŁODSZEMU SIĘ USTĘPOWAŁO! A TERAZ NAJMŁODSZA JEST POLKA. I brzmiałam pewnie jak rozjuszona lwica, która broni swego małego lwiątka - a to lwiątko pewnie gdzieś w kąciku triumfowało po cichu...
A co to będzie jak pójdzie do szkoły - czy z mieczem i tarczą przyjdzie mi za nią chodzić? Bo przecież ktoś może jej kanapkę zabrać. Albo śmiać się, że tą kanapkę w ogóle do szkoły nosi. A ktoś może się z niej śmiać. A ktoś może zaczepić. Bo żeby Polka tak miała zrobić - NA PEWNO NIE! ( ;) ) - a co jeśli nie daj Bóg przyjdzie mi zapłakana, że jej smutno, że jej źle. Czy przyjdzie rozprawiać mi się z nieznośną gawiedzią, która śmiała w mym dziecku uczucia wzbudzić negatywne?!
Ależ starczy matko, no starczy tej ironii. Bo jeszcze ktoś uwierzy, jeszcze ktoś pomyśli, że ona tak na serio. Że w tym hełmie do przedszkola spaceruje i tarczą obrania, by jej córki ktoś niechcący nie dotknął, bo moja córka wrażliwa na dotyk innych dzieci jest! Ale coś w tym wszystkim przecież jest... że w najbliższych wierzymy najbardziej i ciężko nam uwierzyć, że i oni mogą mieć coś za uszami. W sporze zawsze ufniej patrzymy na swoje, niż na obce - i walczyć to wtedy trzeba, ale o bycie obiektywnym. A to tak ciężko, kiedy Ci dziecko kochane, jedyne, trzepocze rzęskami i oczyskami niczym kocisko ze Shreka. I choć ja na placu zabaw zawsze mówię w liczbie mnogiej: musicie się zgodzić i sobie nie zabierać! I własnej Polci mówię, że tym innym dzieciom niech już ustąpi i weźmie coś innego - to gdzieś tam w głębi serca chciałabym jej to dać, a tamte dziecko odesłać do domu. Bo ja to tak za dziećmi w sumie nie przepadałam obcymi, więc jakoś specjalnie mi nie zależy, żeby być dobrą ciotką wszystkich dzieci na świecie.
Ach no ale nie dajmy się zwariować,, bo czasem sytuacja jest czarno biała i w piaskownicy to moja Pola wymyśla i ja widzę, że to ona sypnie piaskiem! I wtedy wkraczam, zwracam uwagę i pokazuję jaka to jestem OBIEKTYWNA i KONSEKWENTNA. A, że pod nosem sobie mruknę, że na pewno piaskiem sypnęła, bo inne dzieci jej pokazały, to już całkiem inna sprawa!
Matka waleczna to oblicze każdej z nas. Bo przecież wszystkie chcemy dzieci uchronić przed złem tego świata. Wszystkie tulimy je najdłużej jak się da. Wszystkie w ogień za nimi wskoczymy. Miłość matki do dziecka i to do czego matka jest zdolna, by dziecko swoje obronić - to coś niepojętego, coś czego nie da się opisać słowami i coś czego nie zazna nigdy osoba nie posiadająca dzieci. To jest miłość najsilniejsza ze wszystkich miłości na świecie. Ja przecież tu nie wspomnę o tym, że to z tej miłości chcemy dziesięć razy dziennie wyjść z domu i nie wrócić. I ja tu przecież nie o tym, że to z tej miłości, mamy czasem ochotę pobyć bezdzietnym singlem przez kilka dni, żeby nikt nam już tyłka nie truł i nikt nas do niczego nie potrzebował. Bo po co tu o tym pisać, skoro po 10 minutach od decyzji: wyjdę i nie wracam, tulimy już małego szkraba i nawet nie pamiętamy, że byłyśmy wściekłe jak osy!
Matka waleczna też człowiek. I nie tam jakaś Merida. Matka Waleczna to jest dopiero coś. To jest stan umysłu. Tego nie ogarniesz.
_____________________________________________________________________________
A co by już tą ironią nie zajeżdżać i tak być na chwilę poważnym to ja Wam powiem, że... jesteśmy już prawie na mecie! Nasz cykl "Oblicza Matki Polki" za moment dobiegnie już końca. Choć wiem doskonale, że w Waszej pamięci zawsze będzie żywy ;) Ale niestety - to już przedostatni wpis, dlatego musiał być z jajem, o! Zwieńczeniem cyklu będzie już nie coś śmiesznego, a coś bardzo pięknego... w całej tej przygodzie patronował nam preparat na laktację Femaltiker. I najpiękniejsze w tym wszystkim jest to, że zdobył zaufanie wielu z Was, które o tym preparacie dowiedziały się właśnie z mojego bloga, lub wiedziały o nim, ale nie były do końca przekonane. Przypominam, że w zeszłym roku przeprowadził akcję, w której 15 mam przetestowało preparat. Wyniki tej akcji były cóż... więcej niż zadowalające. Były... REWELACYJNE! Efekty akcji możecie zobaczyć tutaj. Naprawdę warto zerknąć i zapoznać się z kryteriami, które zostały ocenione przez karmiące mamy.
Tymczasem nasz cykl pokazał Wam, że w tych całych sporach KP kontra MM, zawsze wygrywa... zdrowe podejście do tematu :) Uświadamianie, a nie wywieranie presji. W taki właśnie sposób Femaltiker promuje swoje produkty i właśnie dlatego to oni są partnerem mojej akcji i goszczą na tym blogu już od długiego czasu. Cieszę się, że mogłam pokazać Wam coś, co może wam pomóc i co jest warte rekomendacji.
Jesteście nadal z nami? Cieszymy się! Za moment razem dobiegniemy na metę i zobaczymy piękne efekty ostatniego wpisu... nie wybierajcie się nigdzie!
